antoonovka

Zdjęcie tygodnia #8

Na początku projektu 52 tygodnie wspominałam, że czasami pokażę Ci tylko zdjęcie, innym razem opowiem całą historię, jeszcze innym zdradzę, co u nas słychać. Nie planuję tych wpisów, one przychodzą spontanicznie, najczęściej w trakcie robienia zdjęć. Dzisiaj będzie bez zbędnych słów, bo tę fotografię można interpretować w różnoraki sposób, lecz tylko my dwie wiemy jak było naprawdę. Dowiesz się i ty, bo zawarłam cytat Antosi, który wyłuskałam podczas tego kilkusekundowego… …krzyku.   TYDZIEŃ #8 Blogera życie prawdziwe W zasadzie nie zastanawiałam się jakie zdjęcie pojawi się w tym tygodniu. Po wykonaniu tej fotografii nie miałam wątpliwości, że to właśnie ona powinna znaleźć się w tym projekcie. Taki mały backstage – jak powstają zdjęcia na bloga. Niech Cię nie zmyli ten krzyk, on oznaczał tylko „Dawaj mnie matka tego orzecha, NIE TEGO! Tego któremu akurat robisz zdjęcie ino już!!!”.  Po więcej szczegółów o pracy blogera zapraszam do Nieidealnej, bo lepiej opisać tego nie można! -> KLIKnij TUTAJ. Miłego Dnia Kochani!     *** Klikając like na Facebook’u (TUTAJ) będziesz zawsze na bieżąco, a na INSTAGRAMIE (o TUTAJ) podejrzysz, co robimy i gdzie nas nosi. Do zobaczenia! P.S. Przypominam o głosowaniu na mój tekst w konkursie Blog Roku, etap drugi kończy się 1.03 o 12:00! <3 SMS o treści T11199 na numer 7124 (1,23 zł – cały dochód idzie na Fundację Dziecięca Fantazja). Dziękuję!

antoonovka

3 kroki do robienia lepszych zdjęć.

Dwadzieścia jeden tygodni temu przestawiłam pokrętło w aparacie z trybu A (automatyczny) na M (manualny) i od tamtej pory pokrętełka już nie ruszam. Bawię się i testuję, a z każdym dniem uczę się jak robić lepsze zdjęcia. Jestem amatorem, kompletnym laikiem i dokładnie taki, amatorski sposób opowiem Ci na jakie trzy parametry zwracam uwagę podczas robienia zdjęć. Oto z okazji narodzin naszej córki w naszym domu zamieszkał nowy aparat – nikonowska lustrzanka. Mieliśmy zachowywać wspomnienia uwiecznione na pięknych kadrach, a wszystko to miał nam zapewnić dobry sprzęt. Niestety rzeczywistość okazała się brutalna i w trybie automatycznym 1 zdjęcie na 1000 wychodziło naprawdę wyjątkowe, a reszta… Reszta była najdelikatniej mówiąc słaba. Próbowaliśmy różnych opcji – zaczęliśmy nawet czytać instrukcję i robić zdjęcia bez flesza, na nic się to zdało. Nawet najlepszy aparat nie zastąpi człowieka – tego po prostu nie da się zrobić. No i jak to w życiu bywa, kiedy człowiek nie łapie bakcyla i na dodatek pomimo prób wcale nie wychodzi mu lepiej – odpuszcza. Odpuściliśmy i my, a zdjęcia nadal robiliśmy w trybie automatycznym. Bez flesza rzecz jasna. Wszystko zmieniło się we wrześniu 2015 roku, ale o tym możesz poczytać TUTAJ. W ogóle czuję się trochę dziwnie mędrkując nad zasadami fotografii, mając o fotografowaniu nikłe pojęcie. Wpis powstał na Waszą prośbę i mam nadzieję, że uda mi się rozjaśnić podstawowe kwestie, a później wrócę do tematów,

antoonovka

Przekaż swój 1% Kasi i pozwól zobaczyć Jej przyszłość syna nie tylko oczami wyobraźni.

Myślisz czasami o przyszłości? Ja bardzo często. Planuję najbliższy tydzień, rozmyślam o wakacjach, zastanawiam się nad tym jak to będzie, kiedy Tosia będzie miała te naście lat… Wiem, że będę obecna w Jej życiu, będę w tych najważniejszych momentach, tych gorszych i lepszych, nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej! Jakieś osiem lat temu chciałam zrobić sobie tipsy, a salony kosmetyczne nie posiadały wtedy najmodniejszych wśród nastolatek brokatów, dżetów i miliona różnych innych ozdób, które skradłyby serce małolaty. Poza tym w salonach było drogo. Zasiadłam więc do komputera i na gronie  znalazłam Ewę, a później  jeździłam do Niej na paznokcie raz na jakiś czas aż do wyprowadzki do Kielc. Wiesz jak to jest – manikiurzystkę i klientkę łączy specyficzna relacja. Niby są dla siebie całkowicie obce, a gadają ze sobą jak stare, dobre przyjaciółki. Ale tylko na wizytach, znajomość nie przenosi się na wypady na kawkę czy wspólne zakupy. Dlatego, kiedy wczoraj dostałam od Niej wiadomość byłam zaskoczona, bo ostatnim razem rozmawiałyśmy w okolicach mojej wyprowadzki (a to było przeszło 1,5 roku temu). Później się popłakałam i dzisiaj mam do Ciebie ogromną prośbę. Taką prośbę od matki do matki. I przepraszam Cię, bo wiem, że będziesz za chwilę płakać. Wyobrażasz sobie czasami przyszłość? Jak to będzie, gdy Twoje dziecko skończy 5, 10 lat, jak po raz pierwszy zakocha się tak naprawdę i już na całe życie, jak pójdzie

antoonovka

Hemofobia po porodzie #3 czyli #mamasiebada

Temat mojej fobii raz na jakiś czas wraca jak bumerang. A to Antonina zaleje się krwią, bo upadając rozetnie sobie wargę (gdzie zalanie krwią w moim słowniku rozpoczyna się już od ilość większej niż jedna kropla) to znowu wpadnę na pomysł zrobienia sobie wątpliwej przyjemności i wykonania badań kontrolnych, bo dr. Google zdiagnozował już kilka poważnych schorzeń, ewentualnie ktoś zapomni i zacznie opowiadać przy mnie krwawe historie. W zasadzie nieważne co się dzieje, ale tam gdzie spotyka się krew i ja, tam  musi być dziwnie/śmiesznie/przerażająco /nietypowo (prawidłową odpowiedź zakreślić). Dla postronnych obserwatorów na pewno też ciekawie, dla mnie niekoniecznie. Czasami jestem twarda i nie rusza mnie nawet krew lejąca się na filmie – o, np. wtedy jak Antonina nastawiła Conana Barbarzyńcę i obie bezmyślnie gapiłyśmy się w telewizor (KLIKnij TUTAJ). Słabo zrobiło mi się dopiero jak zobaczyłam męża, jakieś 5 minut po fakcie, jak już miałam pewność, że w razie omdlenia będzie miał kto się zająć Antosią. Gdyby nie przyszedł pewnie w miarę szybko bym o tym zapomniała i raczej uniknęłabym słów „O matko! Jak mi słabo!” i bieganiny po domu przysiadając co chwilę i drapiąc się po głowie. Dziwne to, ale ciąża i związane z nią comiesięczne badania krwi, a później poród, który skończył się cesarką, czyli kolejnymi kroplówkami, dodatkowymi badaniami i zastrzykami trochę mi pomogły. Może nie jest ze mną na tyle dobrze

antoonovka

Zdjęcie tygodnia #6

Mało sypiam, dzięki czemu wydłużyłam sobie dobę i niemal ze wszystkim się ostatnio wyrabiam. Mam jednak wrażenie, że czas stara zrobić mi na złość i specjalnie przyspiesza. Ledwo zaczął się nowy rok, a ja publikuję już szósty wpis projektu 52 tygodnie, ba! Przecież ja wczoraj roczek dziecka urządzałam, a tutaj już pół roku minęło. Gdzie tak pędzisz, gdzie?! W każdym razie dzisiaj pokażę Ci to szóste zdjęcie tygodnia i przy okazji zadam tylko jedno, jedyne pytanie… TYDZIEŃ #6 fot. Monika Kozera A w Twoim domu kto tak naprawdę myje i sprząta samochód? *** Klikając like na Facebook’u (TUTAJ) będziesz zawsze na bieżąco, a na INSTAGRAMIE (o TUTAJ) podejrzysz, co robimy i gdzie nas nosi. Do zobaczenia!

antoonovka

A Ty jak przewozisz swoje dziecko? Zobacz szokujące zdjęcia!

Kiedyś wozili nas bez fotelików i żyjemy. Rozumiem, że dla noworodka i dziecka, które jeszcze nie siedzi nosidełko jest potrzebne, ale dla takiego półtoraroczniaka? O wiele fajniej jest pojeździć u mamy albo taty na kolanach lub na przednim siedzeniu. Dziecko przynajmniej nie płacze, portfel też, bo foteliki samochodowe kosztują swoje, nie mówiąc już o tych montowanych tyłem do kierunku jazdy. Ich ceny to chyba z kosmosu wzięli! Przewozisz swoje dziecko tak? A tak? Nie? To dlaczego robisz to tak?     Na pewno oburzyłaś się oglądając dwa pierwsze zdjęcia. Ale w kolejnych trzech nie widzisz nic złego, prawda? Dziecko siedzi w foteliku i jest zapięte pasami – na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być w OK. Ale proszę Cię, przyjrzyj się dokładniej… Widzisz ten luz? Czy wiesz, że prawidłowo zapięte pasy powinny być zaciśnięte jak najmocniej? Powiem więcej… Powiem Ci coś o czym przez długi czas sama nie wiedziałam. Dziecka NIE WOLNO przewozić w foteliku w okryciu wierzchnim takim jak kombinezon czy kurtka. Byłam w szoku, naprawdę! W ubiegłym roku Antonina jeździła w zimowym kombinezonie, a ja myślałam, że zapewniam jej bezpieczną podróż. Myliłam się, ale tegoroczną zimę przejeździła już całkowicie bezpiecznie – w sweterku, a w zimniejsze dni przykryta ciepłym kocykiem. No i chciałam Cię jeszcze przeprosić, wybacz za tę tanią sztuczkę, za ten tytuł i wstęp, ale mam dla Ciebie pewną ważną informację

antoonovka

Krótki poradnik o karmieniu piersią dla kobiet w ciąży i mam noworodków.

Gratulacje! Wkrótce na świecie pojawi się maluszek, a Ty zostaniesz szczęśliwą mamą. Na pewno masz już wybrany wózek, fotelik czeka w samochodzie, a w szafie leżą wyprasowane i poskładane ubranka, które znasz już na pamięć. W pokoju przygotowałaś piękne łóżeczko z pastelową pościelą i codziennie oglądasz rożek wyobrażając sobie jak tulisz w nim swoje dziecko. Przeczytałaś wszystkie książki, poradniki oraz gazety i spokojnie (no może nie do końca spokojnie) czekasz na poród. Ale powiedz mi jeszcze jedno… Co wiesz o karmieniu piersią? Pewnie to, że jest naturalne i najlepsze dla dziecka, prawda? Wiesz też, że podczas karmienia trzeba przejść na specjalną dietę i w ogóle, że początek to krew pot i łzy. I jeszcze to, że niektóre kobiety nie mogą karmić, bo nie mają mleka lub ich pokarm jest mało treściwy. Twoja mama i siostra karmiły bardzo krótko, bo pokarm im zanikł, może Tobie też się nie uda? W każdym razie prawdopodobnie jak 91,5% polskich kobiet (Karmienie Piersią w Polsce, Raport 2015) deklarujesz chęć karmienia piersią, a co będzie to się zobaczy jak bobas się urodzi. Otóż nie do końca. Przyznam Ci się do czegoś… Powyższy opis całkowicie przypomina mnie z roku 2014. Karmić piersią chciałam, no ale czytać tych wszystkich pustych informacji o laktacji już mi się nie bardzo chciało. Jakoś to będzie – myślałam. No i rzeczywiście, jakoś było, ze szczególnym podkreśleniem na

antoonovka

Zdjęcie tygodnia #5

Ostatnio mało tutaj Antoniny, na co na pewno zwróciłyście uwagę. Nie, nie jest to zabieg celowy i nie mam zamiaru zabierać Tośki z sieci, spokojnie! Dlatego dzisiaj, przy okazji mojego cotygodniowego projektu 52 tygodnie opowiem Ci, co słychać u mojej Pannicy. Ciekawa? No to klikaj po więcej informacji.  TYDZIEŃ #5 Antonina nie jest już tak skora do pozowania jak wtedy, zanim zaczęła chodzić, dlatego większość naszych zdjęć wygląda teraz tak:     Jeżeli chcesz pobrać grafikę w formię pliku [KLIKnij TUTAJ] Chociaż nie powiem, że nie zdarzają się dni, kiedy pozowanie i strojenie minek to najlepsza zabawa pod słońcem (przypominam, że pod tagiem #minkiantoninki na instagramie znajdziecie przegląd Antosiowych min -> KLIK) Za 21 dni skończy 1,5 roku i już nie chodzi, a biega. Zasób słownictwa powiększa się z dnia na dzień, do najpopularniejszych słów należą: bam, nie, nie ma, dada, babi, mama, tata, dzidzi, koko, brumbrum, gdzie, bajki. Poza tym ciągle mówi i opowiada nam różne rzeczy w swoim języku. Codziennie, a nawet kilka razy dziennie tuli misie, lalki, rodziców i dziadków, a jak chce bajkę to buziaki z głośnym cmokiem rozdaje na lewo i prawo. Na szczęście bezinteresowny buziak też się czasem zdarza. Robi herbatkę, którą wszystkich częstuje, uwielbia czytać książeczki i słucha bajek z coraz większym zainteresowaniem. Układa coraz wyższe wieże z klocków (co możesz podejrzeć w poprzednim wpisie z cyklu –

antoonovka

Pączki ziemniaczane, które smakują jak… PĄCZKI!

Tłusty Czwartek – od dziecka uwielbiałam to święto. Babcia zawsze smażyła pyszne pączki, które w mig znikały ze stołu, a po obudzeniu mnie mówiła (zawsze, ale to zawsze!) „Powiedział Bartek, że dziś tłusty czwartek, a Bartkowa uwierzyła, dobrych pączków nasmażyła” . Smażyła je zazwyczaj tylko raz w roku, więc jak tylko słyszałam te słowa w kuchni byłam pierwsza… Dzisiaj jednak nie podzielę się z Tobą babcinym przepisem, a zdradzę Ci ponownie przepis z przepiśnika mojej teściowej. Kurczę, Ona ma w nim same perełki. Pamiętam jak w ubiegłym roku nie mogłam się nadziwić – ale jak to? Z ziemniaków? Pączki z ziemniaków, które smakują jak pączki? To nie możliwe! A jednak… Na dodatek przepis jest szybki, bardzo tani i prosty. Do dzieła!   PĄCZKI Z ZIEMNIAKÓW SKŁADNIKI: 0,5kg ziemniaków 0,5kg mąki 2 jaja 60g drożdży 60g masła 60g cukru DODATKOWO: słoik ulubionego dżemu lub marmolady tłuszcz do smażenia (olej lub smalec) cukier puder odrobina wody sok z cytryny Ugotowane do miękkości i ostudzone ziemniaki mielimy, następnie wrzucamy pozostałe składniki, mieszamy i dokładnie, ale krótko wyrabiamy ciasto. Pozostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia na ok. godzinę. Po tym czasie rozwałkowujemy ciasto na grubość ok. 2-3cm i wykrawamy szklanką okręgi. Pozostawiamy na parę minut do ponownego wyrośnięcia i w tym czasie rozgrzewamy tłuszcz w garnku lub na dużej, głębokiej patelni (kilka centymetrów, pączki muszą w nim pływać).  Smażymy na złoty

antoonovka

Co mają wspólnego ręczniki i jabłka?

Zdziwisz się jak dużo! I nie. Nie opowiem Ci dzisiaj o nowej marce ręczników w jabłka, ani o produktach pewnej znanej firmy z jabłuszkiem w logo. Opowiem Ci jak w prosty sposób, bez żadnego wysiłku, nakładu pracy i tak naprawdę pieniędzy możesz zostać fundatorem sadzonki jabłoni, która przez kolejne sto lat będzie rodzić pyszne jabłka. Wystarczy jeden ręcznik… Zapewne w mniejszym lub większym stopniu interesujesz się ekologią. Segregujesz śmieci, starasz się oszczędzać wodę. Takie zachowania już na dobre wpisały się w naszą kulturę i nikogo nie dziwią. Dziwi raczej to, jeżeli ktoś tego nie robi. Takie postępowanie ma same plusy, nie dość, że dbasz o środowisko to przy okazji masz całkiem spore oszczędności w budżecie domowym. No dobrze… W domu skrzętnie oszczędzasz wodę, prąd, segregujesz śmieci, a później jedziesz na wakacje i całe Twoje ekologiczne życie trafia szlag. To zupełnie jak z dietą, która urlop bierze równolegle z Twoim wyjazdem na wczasy. No, bo w hotelach przecież poszanowanie środowiska pewnie leży i kwiczy. W końcu codzienne pranie tony brudnych ręczników i pościeli, detergenty, hektolitry wody nie działają korzystnie na żaden ekosystem, nie mówiąc już o pieniądzach. Ale przecież płacisz = wymagasz. To nic, że w domu zmieniasz ręczniki raz na tydzień, w hotelu codziennie musi być świeży! Hulaj dusza piekła nie ma, gość hotelowy to je pan, a panu się należy, pan nie zważa na

antoonovka

Jak zrobić 7 litrów soku z 5 pomarańczy i 0,5kg marchewki?

Patrzysz się pewnie teraz w monitor i zastanawiasz, co ona znowu wymyśliła. Jak można z pięciu pomarańczy uzyskać tyle soku?! Można! I na dodatek jest pyszny i nawet całkiem zdrowy. W zasadzie pomijając ten cukier i kwasek to by samo zdrowie było, tylko nie wiem czy aż tak smaczne. W każdym razie na rodzinną imprezę, jako zamiennik soku z kartonu czy innych gazowanych świństw, nadaje się wyśmienicie. Do obiadu też się sprawdzi i do ugaszenia pragnienia. Z resztą. Zrób i przekonaj się sama!   SOK POMARAŃCZOWY SKŁADNIKI:   5 pomarańczy 0,5kg marchewki 7l. wody + 1l. 0,5kg cukru 1 czubata łyżeczka kwasku cytrynowego   Wodę z cukrem i kwaskiem cytrynowym doprowadzamy do wrzenia, a następnie studzimy. Pomarańcze myjemy, następnie zalewamy gorącą wodą i wyparzamy. Obrane skórki z trzech pomarańczy kroimy bardzo drobno. Marchewkę ścieramy na grubych oczkach, następnie składniki zalewamy dodatkowym litrem wody (musi przykryć skórki i marchewkę) i gotujemy do miękkości  (ok. 40 min.). Studzimy i miksujemy. Dokładnie miksujemy pomarańcze i wszystkie, ostudzone składniki ze sobą mieszamy. Voila! Sok pomarańczowy gotowy!             Aby pobrać przepis w formie gotowej do wydruku kliknij w poniższy link: [KLIK] *** Jeżeli spodobał Ci się przepis, będzie mi niezmiernie miło jeżeli udostępnisz go swoim znajomym, dasz kciuka w górę lub pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza. Klikając like na Facebook’u (TUTAJ) będziesz zawsze na bieżąco,

antoonovka

Zdjęcie tygodnia #4

    Odkurzanie, przekładanie prania z miejsca na miejsce i chowanie go w najczarniejsze zakamarki domu (zgadnijcie czyja to zabawa), zmywanie flamastrów z podłogi – standardzik, takie tam porządki z dzieckiem u boku. W pewnym momencie moja córka odnalazła koszyk z zapomnianym przez siebie klockami i zaczęło się układanie najwyższej wieży w całym pokoju, a wtedy… TYDZIEŃ #4 Antonina ułożyła ostatniego klocka i spojrzała na mnie z taką dumą i szczęściem w oczach (co widać z resztą na załączonym obrazku). Nacisnęłam spust migawki i dosłownie rzuciłam aparat (uff, szczęście, że obok był basen z kulkami), żeby podejść do Niej i pokazać jak bardzo jestem z Niej dumna. Pasowałoby mi tutaj powiedzenie, że później długo siedziałyśmy i budowałyśmy wieże z klocków, ale nie byłoby to prawdą. Po upadku, a raczej celowemu zniszczeniu swojego dzieła, Antonina w nosie miała klocki i budowle. Do budowania wróciłyśmy dopiero dzisiaj i znowu powstała najwyższa wieża. Jeszcze wyższa od tej. Ale tym razem nie miałam aparatu, nie miałam nawet telefonu i było to celowe działanie. Czasem zbyt bardzo chcemy złapać wszystkie chwile i uwiecznić je na pięknych fotografiach… Czasem tak bardzo chcemy zatrzymać coś w kadrze, że zapominamy, że to trwająca chwila jest najważniejsza. Czasem nie trzeba pięknych zdjęć aby opisać cudne wspomnienia. Wiesz… Właśnie z takich pięknych momentów, które siedzą w mojej głowie i zostaną w niej już na zawsze nie mam zdjęć.

antoonovka

Jakiego święta brakuje w kalendarzu świąt nietypowych?

Dzień kota Garfielda, marzyciela, święto pizzy, oficjalny Dzień Matki i Ojca, Babci, Dziadka – świąt, a świąt. Każdy znajdzie coś dla siebie, bo okazji do świętowania jest całe mnóstwo. Brakuje mi jednak jednego święta. Bardzo ważnego święta! Ciekawa jestem czy zgodzisz się ze mną, że w naszych kalendarzach brakuje… DNIA CIOCI I WUJKA! Mamy międzynarodowy dzień pizzy (9 lutego), dzień bez makijażu (5 maja), światowy dzień morza (28 września), a nawet dzień czarnego kota (17 listopada). Szukam, szukam i znajduję kolejne kwiatki. Dzień czosnku (19 kwietnia) – chyba jako miłośnik tego śmierdzącego przysmaku zapiszę tę datę w kalendarzu. Jako matka zapisuję sobie również 29 września, wszak dzień kawy, która codziennie od ponad siedemnastu miesięcy pozwala mi w miarę normalnie funkcjonować trzeba odpowiednio celebrować, prawda? Kalendarz świąt nietypowych wypełniony jest po brzegi, nie będę więcej wymieniać, jeżeli chcesz zaspokoić swoją ciekawość KLIKnij TUTAJ, ale święta Cioci i Wujka w nim nie uświadczysz. I wiesz co… Jak się nad tym zastanowiłam jestem tym faktem oburzona! Rodzice są od wychowywania, dziadkowie od rozpieszczania – wiadomo. A gdzie miejsce dla cioć i wujków? Chyba każdy z nas ma kogoś takiego. Kogoś z rodziny lub nie. Ukochana ciocia lub cudowny wuj (opcjonalnie stryjek, ale podciągnijmy to już pod wujostwo, dobra?). Opowiem Ci dzisiaj o mojej Goleńce, najukochańszej Cioci w całym wszechświecie. - Mamo? A mogę do ciebie mówić Goleńka, a

antoonovka

Zdjęcie tygodnia #3

Odkąd pamiętam byłam bardzo zamknięta, przejmowałam się tym, co inni pomyślą, tysiąc razy zastanawiałam się czy w zdjęciu, które wrzucam jest wszystko w porządku, a kiedy pomalowałam usta kolorową szminką miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią…  TYDZIEŃ #3 Założenie bloga było momentem przełomowym. Powoli pokonywałam swój irracjonalny wstyd i strach przed „co inni pomyślą”. Ponadto dopiero od niedawna jasno wyrażam swoje zdanie i nie krążę wokół tematu. Jeżeli posiadam wiedzę na dany temat, mówię o tym wprost i nie daję sobie wmówić, że jest inaczej. Dzisiaj nie wstydzę się swojego stroju, umalowanych ust, głupich min, śmiesznych zdjęć. Nie wstydzę się być po prostu sobą i przede wszystkim nabrałam do siebie dużego dystansu. To oczywiście nie znaczy, że mam wywalone na wszystko, na środku knajpy przebieram swoją córkę, karmię roznegliżowana na ławce w parku, chodzę w upapranym dresie i z tłustymi włosami, a jak dziecko zaczyna pokładać mi się na środku restauracji i krzyczeć ile sił w płucach (jak dzisiaj) spokojnie kończę swój obiad i kompletnie nie reaguję. Nie. Bo nie o to w tym chodzi. Trzeba wiedzieć gdzie i na ile można sobie pozwolić, co jest w danym momencie na miejscu, a co nie do końca. Chodzi mi raczej o ten luz. O bycie sobą i nieudawanie kogoś innego. Nie silenie się na bycie idealną, modną, perfekcyjną mamuśką. Dbam o siebie, ale czasem pukając

antoonovka

Zakopane? Gdzie jeść i nie jeść – mój subiektywny przewodnik po karczmach.

Trzy dni, trzy restauracje, trzy oceny. Dzisiaj opowiem Ci co i gdzie jedliśmy podczas naszego weekendu w samym sercu Tatr, ile zapłaciliśmy oraz gdzie warto wybrać się na obiad lub gdzie na pewno na niego nie iść. KARCZMA ZAGRODA (ul. Krupówki 24). Poszliśmy tam z polecenia moich teściów. Akurat moja teściowa jest doskonałą kucharką i mistrzynią wszelkiego rodzaju zup. Rodzice zachwyceni byli w szczególności zupą jarzynową, która serwowana była wraz z drugim daniem jako „danie dnia”, więc na pierwszy obiad postanowiliśmy wybrać się do Zagrody… Nie wiem na ile mój odbiór tego obiadu był kwestią złego samopoczucia (zawsze pierwsze kilka/kilkanaście godzin w górach lub nad morzem odchorowuję dziwnym samopoczuciem, prawdopodobnie wiążę się to ze zmianami ciśnienia), a na ile rzeczywiście fatalnej kuchni. W każdym razie zaserwowane dania były co najwyżej poprawne w smaku, a to i tak dość pochlebna opinia. Nie znaleźliśmy w karcie nic, co by nas szczególnie zainteresowało, więc zdecydowaliśmy się na „danie dnia”. Do  wyboru były dwie opcje, więc postanowiliśmy spróbować obie. Zacznę od zup (rosół i pomidorowa). Były nieco za słone, ale to jestem w stanie zrozumieć, bo my w ogóle mało solimy, więc większość potraw w restauracjach jest dla nas przesolona. Nie byłam w stanie jednak znieść rozgotowanego na ciapę makaronu. Zarówno w rosole jak i zupie pomidorowej kluski były tak rozgotowane, że dosłownie rosły w buzi. Dla kogoś kto

antoonovka

Zdjęcie tygodnia #2

    Jak szybko człowiek może się zmienić? Ile czasu potrzeba na wyplenienie złych nawyków i zastąpienie ich tymi dobrymi? Czy wielkie zmiany utrzymają się przez dłuższy czas czy odejdą w niepamięć jak noworoczne postanowienia wraz z nadejściem kolejnego miesiąca? Jak to w ogóle z nami jest? Da się ot tak nauczyć żyć na nowo? W poprzednim wpisie z projektu 52  pisałam: Po każdych siedmiu dniach usiądę i spokojnie zastanowię się jakie zdjęcie wybrać i co tą konkretną fotografią chcę Tobie przekazać. Nie chciałabym, żeby to była tylko wrzucona fotka i nic więcej. Chociaż… Może przez rok zdarzy się i taka, która nie będzie wymagać słów? Zobaczymy, ma być bez planowania, spontanicznie i zawsze z jakąś refleksją. Taki mój trochę inny Projekt 52 tygodnie. TYDZIEŃ #2 Minęło siedem dni, a ja zamiast usiąść i spokojnie zastanowić się nad fotografią i wpisem dla Was, walczyłam z Antoniną, która poddała się i zasnęła dopiero przed 3:00 nad ranem. Energia z kosmosu powiadam ja Wam, bo innego wytłumaczenia nie znajduję. W każdym razie następnego dnia przed południem byliśmy już w drodze do Zakopanego, a dzisiaj siedzę ponownie w swoim łóżku, z Tosią śpiącą u boku, wspominam trzy szalone, góralskie dni i nadrabiam zaległości. No właśnie. Zaległości. Moja najmroczniejsza cecha, od której zaczynają się wszystkie negatywne rzeczy, które dzieją się w moim życiu. Zaczyna się zazwyczaj niewinnie, czegoś nie zrobię,

antoonovka

Gdybyś ujrzeć chciał, nadwiślański świt…

Nie mieszkam w Warszawie od półtora roku. W zasadzie nigdy nie mieszkałam. Pochodzę z obrzeży, ładniej zwanych przedmieściami. Jednak w stolicy spędziłam kawał swojego życia. Studia, praca, imprezy… Ah, co to były za czasy! Nadwiślański swit pod Poniatowskim z wtedy jeszcze niemężem, powroty o wschodzie słońca z obcasami w dłoniach i bąbelkami buzującymi w głowie, oglądanie filmów do 10 rano, odsypianie, pizza na śniadanio-kolację i wieczorne planszówki. Noce nad Wisłą, spacery po parkach, drinki w plenerze i papierosy palone jeden za drugim. Bezdzietna, zakochana, beztroska. Wspominam te czasy z uśmiechem, tęskniąc tylko czasami.  Kiedy dziecko buszuje do nocy, kiedy leży na podłodze krzycząc, chociaż krzyczeć przecież nigdy nie miało, kiedy wpada w bliżej nieuzasadnioną histerię czy bije mnie, bo tak. Teraz, będąc żoną i matką, pomimo że wciąż bardzo młodą, bo dwójka z przodu gościć na torcie będzie jeszcze przez kilka ładnych lat, imprezy nabrały dla mnie innego wymiaru. Nie wyobrażam sobie zarwać całej nocy, balować do 10 rano dnia następnego czy o północy sączyć piwo na ławce w parku narażając się na mandat. No nie! Chociaż kiedyś na butelkę wina w plenerze na pewno się jeszcze wybiorę, tak z sentymentu. Teraz jednak na wiele rzeczy patrzę inaczej. Imprezy nie należą już do mojej codzienności, a każde takie wyjście przeżywam kilka dni. Cóż, kiedy z dwóch imprez w tygodniu człowiek przestawia się na 3 imprezy

antoonovka

Książka dla Mamy i Dziecka na styczeń.

Dzisiaj chcę polecić Ci książkę, która w pewne poświąteczne popołudnie pochłonęła mnie bez reszty. Wystarczyło kilkanaście godzin, a ja już nie miałam co czytać i czułam niedosyt. Chciałam więcej i więcej i z potrzeby czytania wpadłam na pomysł, że co miesiąc będę polecać Ci jedną książkę (lub odradzać, zależy od tego, co przeczytam). A w związku z tym, że Antonina jest molem książkowym, postanowiłam również raz w miesiącu kupować jeden tytuł do jej biblioteczki. Z potrzeby zaczytania powstał cykl: Książka dla Mamy i Dziecka. Odkąd zostałam matką zdecydowanie zaniżam średnią przeczytanych książek przypadających rocznie na jednego obywatela. A lubię czytać. Poza książkami o karmieniu piersią lubuję się szczególnie w kryminałach. Dzisiaj mam dla Ciebie kryminał psychologiczny oraz jedną z naszych ulubionych książeczek dla dzieci. „Dziewczyna z pociągu” wciągnie Cię na długie godziny. Położyłam się z zamiarem przeczytania kilku stron „Dziewczyny z pociągu„, a zamknęłam książkę dopiero jak literki skakały tak wysoko, że nie byłam w stanie zrozumieć czytanego zdania. Czytałam do 4:00 nad ranem. Kilka godzin snu i znowu książka, nie mogłam się od niej oderwać! Całe szczęście, że sięgnęłam po nią w okresie świątecznym. Antonina trochę bawiła się z tatą, stryjkiem, babcią i dziadkiem, a ja… Czytałam! Później czytałyśmy wspólnie, Antonina dostała „Różnimisie”, a ja w dalszym ciągu pochłaniałam swoją książkę. Kiedy Tosia poszła na drzemkę, zamiast przygotować sobie coś na ząb nadal cztałam. Nie

antoonovka

Zdjęcie tygodnia #1

Rozpoczynając od dzisiaj, przez kolejne pięćdziesiąt dwa tygodnie na blogu będzie ukazywać się jedno zdjęcie. Fotografia tygodnia. Najładniejsze, budzące uśmiech, refleksje… Do końca jeszcze nie wiem, jakie emocje czy wydarzenia będą przedstawiać, ale przecież planuję ich nie planować. Po każdych siedmiu dniach usiądę i spokojnie zastanowię się jakie zdjęcie wybrać i co tą konkretną fotografią chcę Tobie przekazać. Nie chciałabym, żeby to była tylko wrzucona fotka i nic więcej. Chociaż… Może przez rok zdarzy się i taka, która nie będzie wymagać słów? Zobaczymy, ma być bez planowania, spontanicznie i zawsze z jakąś releksją. Taki mój trochę inny Projekt 52 tygodnie. TYDZIEŃ #1 Poza oczywistą fascynacją matki nad najpiękniejstwem i najmądrzejstwem (zdroworązsądkowym chwaleniem i wychwalaniem pod niebiosa tylko przy mężu oczywiście) swojej pociechy, Antonina jest zwykłą, szczęśliwą dziewczynką, która codziennie odkrywa świat. Ale nie dla mnie! Ten niespełna osiemdziesięciocentrymetrowy człowiek, ledwo się wykluł, a już nauczył mnie tylu wartościowych rzeczy. Cierpliwości, pokory, beztroskiej radości, empatii i wyrazumiałości do drugiej osoby. Nauczył mnie, żeby nie oceniać, bo nigdy nie wiesz jaką historię kryje w sobie drugi człowiek. Moja córka, pokazała, że to co najważniejsze mam tuż na wyciągnięcie ręki, a jeżeli bardzo, bardzo chcę to dosięgnę też tego, co jeszcze niedawno wydawało się nieosiągalne. Wystarczy, że w to uwierzę i… Po prostu zacznę to robić! To małe szczęście, które mówi zaledwie kilka słów i prawdopodobnie nie zdaje

antoonovka

Od tego jest specjalista!

„Córeczko, mówiłam że pomarańcze i mandarynki to samo zło i Antonina nie powinna ich jeść” rzekła przez telefon z przejęciem w głosie moja mama. „Jestem właśnie u Marzeny* i powiedziała, że niemowlęta i dzieci nie powinny jeść cytrusów, to może być przyczyną biegunki!”. W związku z tym, że humor po chorobie Antoniny miałam ‘bez kija nie podchodź’ to odwarknęłam, że dziękuję, sprawdzę to na pewno, ale niech każdy zajmie się swoimi sprawami. O cytrusy zapytam dietetyka, a stomatolog niech wróci do leczenia zębów. Jak bardzo niegrzecznie wtedy to nie zabrzmiało, to nadal podrzymuję swoje zdanie. To, że ktoś skończył wydział medyczny, nie oznacza od razu, że wie wszystko, co z medycyną związane. Owszem, jest wiedza ogólna, ale później każdy lekarz robi specjalizację. Czyli na zdrowy rozum – każdy lekarz specjalizuje się w innej dziedzinie, posiada inną wiedzę i naprawdę nie wie wszystkiego o wszystkim! W gwoli wyjaśnienia, oznaczona gwiazdką *Marzena to nasza cudowna stomatolog, prywatnie znajoma mojej mamy, dzięki której moją największą bolączką była plamka na zębie wielkości główki od szpilki i aparat w wieku nastu lat. Nie boję się dentysty i do dzisiaj nie wiem, co to ból zęba. Jest świetna w tym co robi i zna się na zębach jak nikt inny, bo jest STOMATOLOGIEM. Dlatego groźne cytrusy skonsultowałam z osobą posiadającą wiedzę i wykształcenie odpowiednie, aby rozwiać moje wątpliwości, z DIETETYKIEM –

antoonovka

Mamo, Tato, nie kłam! #jestemuczciwy

Jestem matką zdrowego dziecka, które na dodatek niezwykle rzadko choruje. Jednak nawet największy okaz zdrowia musi czasem mieć badania czy dostać leki. Przy okazji ostatniej choroby Antosi naszła mnie pewna refleksja – dlaczego tak często okłamujemy swoje dzieci? „Nie córeczko, nie będzie boleć.” W rzeczywistości doskonale wiesz, że pobieranie krwi i grzebanie igłą w żyle nie należy do rzeczy przyjemnych, a czasami nawet  boli. Wiesz, ale dla jej dobra, no i żeby nie robiła scen przed wejściem do gabinetu uspokajasz i kłamiesz w żywe oczy. Jak myślisz? Jak będzie wyglądać kolejne badanie? W „córeczko, nie będzie boleć” może już nie uwierzyć. W zanadrzu masz pewnie kilka innych niewinnych kłamstewek. Ale przecież „wszystko dla jej dobra, bo ona tak się boi”.  „Synku, mam dla Ciebie coś pysznego.” Po chwili gorzki jak pieron syropek ląduje w buzi Twojego syna, który po kilku takich akcjach całkowicie traci zaufanie do mamy wołającej go na „coś smacznego”. Przecież nie wie, kiedy rzeczywiście będzie to coś co rzeczywiście lubi, a kiedy po raz kolejny dostanie ten paskudny syrop, który nawet nie wie po co mu dajesz. Innym razem karmiąc go jego ulubioną zupą, przemycisz syropek na łyżeczce, na pewno się nie zorietuje! Nieświadomie nakarmisz go lekiem i obrzydzisz mu tą zupkę może i nawet na zawsze. A on w dalszym ciągu nie będzie wiedział po co… Każda z nas chce dla

antoonovka

#100happydays i projekt 52 tygodnie

Za kilka godzin skończy się 2015 rok. Wkroczymy w Nowy Rok 2016, z nowymi planami i postanowieniami. Kto z nas ich nie ma? Nie napiszę dzisiaj jednak o tym. Chciałabym zaprosić Cię do wspólnej zabawy, która będzie dla Ciebie wspaniałą pamiątką i pozwoli odnaleźć nawet to najmniejsze, ukryte szczęście oraz w paru słowach podsumować mijający rok. Zaczęłam ten wpis od słów: „Ten rok był nijaki. Nie osiągnęłam ani spektakularnych sukcesów, nie zaliczyłam wielkich porażek” I zatrzymałam się w pół zdania. Hola, hola! Obroniłam na 5 swoją pracę licencjacką i skończyłam Szkołę Główną Handlową z oceną dobrą na dyplomie. Ukończyłam kurs na Promotora Karmienia Piersią, tym samym spełniając jedno ze swoich marzeń. Uporządkowałam swoje życie, posprzątałam w głowie i wokół siebie, dzięki czemu w Nowy Rok wchodzę z uśmiechem na ustach i spokojem w głowie – czy to jest nic? Nie! To bardzo dużo. Po drodze mogę mnożyć jeszcze wiele mniejszych sukcesów i osiągnięć, mogę wspominać tyle wspaniałych chwil spędzonych ze swoją rodziną. W mijającym roku nie brakowało też złych dni i rzeczy, które nie powinny się zdarzyć. Nieświadomie zmierzałam ku depresji, ale w porę zdałam sobie z tego sprawę i wyciągnęłam rękę po pomoc. Po pomoc, którą otrzymałam – czy nie jest to wspaniałe? Czy rodzina, która wspiera Cię w najgorszych chwilach, nie ocenia, nie osądza nie jest Skarbem? Jest i zawsze będzie. Chciałabym zdradzić

antoonovka

Spowiedzi część druga, czyli jak zapanowałam nad chaosem w mojej głowie.

Przeszło dwa lata czułam permanentny ścisk w żołądku. Trwało to tak długo, że myślałam, że to normalne, że każda z nas się z tym boryka. Codziennie zasypiałam w stresie, że coś jest jeszcze do zrobienia. Codziennie czułam tę gulę w brzuchu i gardle. Z różnym nasileniem. Czytając książkę miałam wyrzuty sumienia, wyjeżdżając na wakacje nadal byłam spięta, idąc na spacer czułam, że marnuję ten czas i mogłabym go inaczej spożytkować. Po czym leżałam w łóżku do 10 i miałam wyrzuty sumienia, że za późno wstałam i teraz robić cokolwiek to jest już w ogóle bez sensu. Logiczne, prawda? Wpadłam w błędne koło. Ale to już Ci opowiedziałam. Nie pamiętasz? Koniecznie zajrzyj TUTAJ. Obiecałam też opowiedzieć o tym jak sobie z tym poradziłam i co pozwoliło zapanować mi nad chaosem w mojej głowie…   OTWÓRZ SIĘ Mężowi, partnerowi, przyjaciółce, mamie, a nawet obcej osobie (czasem opowiedzieć swoją historię obcemu jest łatwiej) powiedz wszystko, co leży Ci na sercu. Wyrzuć z siebie negatywne emocje. Jeżeli nie masz z kim porozmawiać pisz. Weź kartkę lub usiądź do komputera i wyrzuć to z siebie! To nie ma być esej napisany nieskazitelnym charakterem pisma, bez błędów i z interpunkcją bez zarzutu. To ma być coś, co Cię oczyści. W zasadzie mogłabym zakończyć na tym punkcie, bo to jest jedyna rada, którą mogę Ci doradzić. Ale chcę powiedzieć więcej, chcę opowiedzieć

antoonovka

Spowiedź.

Jestem świetną aktorką. Ale grałam te rolę całkowicie nieświadomie, coś nie pozwalało mi normalnie funkcjonować, niszczyło mnie. To nie była depresja. Z depresji nie da się tak szybko wyjść, nie da się pozbierać ot tak i wrócić do normalności bez pomocy specjalisty, a ja pozbyłam się tego czegoś niemal z dnia na dzień. Nikt nic nie widział, nikt nic wiedział, a w mojej głowie odgrywał się prawdziwy dramat.   Otwieram oczy i od razu mam ochotę je zamknąć. Trzeba wstać, ale w głowie plączą się wyłącznie zadania, które muszę wykonać. Nic mi się nie chce. Muszę wstać. Muszę ogarnąć siebie i dziecko. Muszę wypić kawę i coś zjeść. Muszę wyjść na spacer, muszę się pobawić, muszę zrobić pranie, muszę odkurzyć, posprzątać, umyć… Muszę! Muszę! Muszę! Na nic z tych rzeczy nie mam ochoty. Robię, bo muszę, wykonuję wszystko automatycznie, bo tak trzeba, bo muszę. Na nic nie mam czasu, a nie robię nic. Nie uśmiecham się. Wszystko stało się jakieś szare, straciło sens. Czasem na mojej twarzy pojawi się uśmiech, kierowany głównie do dziecka, bo tylko ono jest jeszcze w stanie wykrzesać ze mnie resztki optymizmu, chociaż też nie zawsze. Ostatnie dni są najtrudniejsze. Z łóżka wygrzebuję się około 12 w południe. Nie śpię, po prostu zalegam. Oglądam z Młodą pół godziny Peppę, przeglądam książeczki, bawię się pluszakami. Wszystko jest jakieś takie wyzbyte entuzjazmu. Nawet

antoonovka

Pierniczki nadziane różą.

Jeżeli chciałabyś zaskoczyć swoją rodzinę pysznymi, nadziewanymi, domowymi piernikami, a wpadłaś na ten pomysł kilka dni przed Wigilią ten przepis jest właśnie dla Ciebie. Miękkie, z aromatycznym nadzieniem, nie wymagające leżakowania i dojrzewania pierniczki z nadzieniem różanym. Uwaga! Znikają w tempie światła! Podobno smaki się zmieniają. Mogę to potwierdzić, bo jeszcze w ubiegłym roku pisałam Ci, że pierników nie lubię [TUTAJ], a dzisiaj pokażę Ci przepis na ekspresowe, nie wymagające leżakowania i pyszne ciasto typowo piernikowe. No kobieta zmienną jest! W zależności od grubości ciasta i używanych foremek z przepisu wychodzi około 90 – 120 pierniczków nadziewanych. Ja zrobiłam 70 szt. nadziewanych i 70 szt. choinkowych. Wiem, wiem, ta ilość brzmi przerażająco, ale gwarantuję Ci, że długo nie poleżą. Pierwsza blacha, sztuk 9 rozeszła się zanim zdążyła ostygnąć. Zanim upiekłam resztę, nie miałam już pierwszej połowy. Czyste szaleństwo. Ledwo obroniłam te, które zostały, ale na szczęście się udało i mogłam zrobić kilka zdjęć.     SKŁADNIKI:   ok 1,3kg mąki (do ciasta 8 szklanek,  reszta do podsypywania) 4 łyżki kakao 3 łyżki kawy rozpuszczalnej 8 łyżek miodu gryczanego 2 szklanki cukru 6 lyżeczek sody 3 opakowania przyprawy do piernika skórki otarte z 2-3 pomarańczy pół kostki masła 5 jaj (jedno do smarowania) 0,5 – 1 szklanka mleka (trzeba wyczuć konsystencję) marmolada (ja kupiłam w Tesco o smaku różanym) Przydadzą się: tarka, duża stolnica, wałek, duży nóż,

antoonovka

Pierniczki z nadzieniem różanym.

jn

antoonovka

List do Świętego Mikołaja #4 + KONKURS i niespodzianka!

Na początek muszę Was uprzedzić o jednym. To nie jest lista typu: co w rozsądnej cenie kupić dziecku na prezent. To jest lista pt.: O matko, maamuuniuuuu ja muszę to mieć, to jest takie piękneeee, chcę, potrzebuję , aaaaa! Jak inspiracje, to inspiracje. Wiem, że jak nie dla Antoniny to dla kilku następnych potomków (oby) na pewno będę mieć kilka z tych rzeczy. Uzbieram. Muszę uzbierać, po prostu muszę! Teraz niestety najnormalniej w świecie mnie na nie jeszcze nie stać, ale pomarzyć dobra rzecz, prawda? Zapraszam na garść drogich i niekoniecznie niezbędnych inspiracji prezentowych.  1. Mów co chcesz. Ja wiem, że cena tej lampki jest tak bardzo abstrakcyjna, że aż ciężko ją przełknąć, ale musiała pojawić się w tym zestawieniu. Choruję na nią od kiedy zobaczyłam po raz pierwszy. Kurczę… W sumie to mam nadzieję, że nie będę miała Cię na sumieniu pokazując Ci ją dzisiaj! Bo ja do tej pory nie mogę wybaczyć tej, która mi ją pokazała po raz pierwszy! Ale patrząc z punktu widzenia ekonomicznego… Będzie świecić wszystkim dzieciom, a później cieszyć oko w salonie? Cena: 665,00zł [KLIK] 2. Boski, różowy, dziewczęcy domek! Sama takiego nie miałam, dlatego Antosia będzie mieć na pewno! Czy Ty też tak masz, że spełniasz swoje niespełnione marzenia? Cena: 559,00 zł [KLIK] 3. Powiem Ci, że tutaj miałam zagwostkę. Nie mogłam zdecydować się, którego konika na biegunach pokazać

antoonovka

List do Świętego Mikołaja #3

Doskonale zdaję sobie sprawę, że taka kuchnia nie będzie tylko świetną i rozwijającą zabawką dla Antoniny, ale będzie również spełnieniem moich dziecięcych marzeń. To chyba jedyna zabawka, na którą zwracałam uwagę nawet jeszcze przed ciążą i powiem Ci, że mam wrażenie iż z roku na rok pięknych kuchni jest coraz więcej. Decyzja była bardzo trudna, ale mam swojego faworyta, może i Ty w moim zestawieniu znajdziesz swój ideał? Poza tym przygotowałam dla Ciebie nie tylko kuchnie… 1. Nowoczesna kuchnia zarówno dla chłopca jak i dziewczynki. Ze swoim wyglądem spokojnie może stać zarówno w kuchni jak i w pokoju dzieci. Na pięknych zdjęciach możecie obejrzeć ją u Bakusiów [KLIK] Cena: 724,68 zł [KLIK] 2. Kolejna propozycja z tej samej firmy. No przecież to nie moja wina, że one są taaaakie piękne! Tym razem propozycja typowo dla dziewczynki. Idealna do romantycznego pokoiku w stylu retro… Oh, rozmarzyłam się! Cena: 799,00 zł [KLIK] 3. Różowa, ale ma w sobie to coś. No i cena – w porównaniu z innymi zdecydowanie nie zwala z nóg Cena: 379,00 zł [KLIK] 4. Jeden z moich faworytów. Doprawdy nie wiem, co ta kuchenka w sobie ma, ale urzekła mnie od pierwszego wejrzenia. Spójrzcie na te palniki, kolor „kafelków”. Mam wrażenie, że inspirowana jest latami ’70 To już taki trochę vintage, nie? Cena: 345,00 zł [KLIK] 5. Delikatna, pastelowa kuchnia. Ja wybrałabym ją dla chłopca.

antoonovka

Jak skutecznie pobudzić laktację?

To pierwsze godziny i dni po porodzie są najważniejsze dla powodzenia karmienia piersią. Nie znaczy to jednak, że jeżeli na początku coś nie wyszło, nie otrzymałaś wsparcia, wystraszyłaś się, że głodzisz dziecko i zaczęłaś dokarmiać, nie możesz już karmić wyłącznie piersią lub swoim mlekiem, a Twoja laktacyjna przygoda się skończyła. Nie! Będzie to wymagać od Ciebie teraz więcej cierpliwości, samozaparcia i prawdopodobnie będziesz potrzebować dużego wsparcia wśród najbliższych, ale możesz wrócić do wyłącznego karmienia piersią i z powodzeniem kontynuować je w późniejszych miesiącach i latach życia dziecka. Przede wszystkim zacznę od tego, że ilość pokarmu  NIE  JEST  uwarunkowana genetycznie. Jeżeli w Twojej rodzinie nie karmiło się z babki, prababki, nie karmiła mama i siostra też, a koleżanka najlepszej przyjaciółki „miała za mało pokarmu” istnieje możliwość, że ulegniesz presji i uwierzysz w to, że Tobie też się nie uda. No to ja mówię Ci już dzisiaj – uwierz, że dasz radę! Nie poddawaj się i spróbuj zawalczyć. Jeżeli z jakiś powodów nie powiodło Ci się karmienie starszych dzieci, pamiętaj, że tę mleczną przygodę rozpoczynasz z nową, czystą kartką. A jeżeli właśnie teraz masz problemy z karmieniem piersią, usiądź wygodnie, rozluźnij się i przeczytaj ten tekst. Miękkie piersi to ustabilizowana laktacja, a nie zanik pokarmu! Piersi stają się miękkie w okolicy 4- 8 tygodnia życia dziecka. Nie oznacza to, że pokarm w Twoim organizmie zanika. Niestety stabilizacja laktacji często połączona

antoonovka

List do Świętego Mikołaja #2

Jak obiecałam, tak też robię – zasypuję Cię pomysłami na prezent. Dzisiaj na tapetę biorę jeździki. Wybrałam kilka najpiękniejszych pojazdów dostępnych w polskich sklepach internetowych i po prostu muszę się z Tobą nimi podzielić. Pomyśleć, że do tej pory myślałam, że tylko jeden producent ma jeździki w stylu retro, a tu takie zaskoczenie! Prawdziwy oczopląs, kompletnie nie wiem, na który się zdecydować!        1. Vilac Ten jeździk Antonina miała przyjemność testować u swojej „brzuszkowej” koleżanki. Co prawda jest na niego jeszcze za mała, ale dzielnie odpychała się paluszkami podczas, gdy ja sterowałam pojazdem. Były piski, były krzyki a to jest zdecydowanie najlepsza rekomendacja. Oczywiście nie mogło zabraknąć pozowania, w końcu Młoda to urodzona modelka, dlatego efekty tej sesji możecie zobaczyć na końcu wpisu! Cena: 415 zł [KLIK]   2. Gepetto  Biedroneczki są w kropeczki! Ta słodka biedrona nadaje się dla dzieci powyżej roku. W całości wykonana jest z drewna i niestety ma (chyba) nieskrętne koła. Myślę, że biedronka idealna będzie dla miłośnika/czki długich, prostych tras. Muszę zaznaczyć, że to produkt polski – wiem, że dla niektórych z Was jest to ważny element podczas wyboru zabawek. Cena: 258 zł [KLIK] 3. Max Urzekł mnie swoim kosmicznym designem, jednak po spojrzeniu na cenę… Pisałam jednak wcześniej, że tym razem w przeglądzie jeździków nie cena była wyznacznikiem, a wygląd. A ten całkowicie skradł moje serce. Prostota, elegancja, sztuka