Słony omlet babci Zosi...

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Słony omlet babci Zosi...

Nie wiem czy Wam już pisałam, ale całe liceum mieszkałam z babcią. Z babcią Zosią. Strasznie wtedy narzekałam, ale z perspektywy czasu były to najlepsze lata w moim życiu. Nikt nigdy już się o mnie tak nie troszczył, a ja za nikim tak bardzo nie tęskniłam, jak go zabrakło, jak właśnie za babcią Zosią. Miałyśmy swój świat, swoje sprawy, mogłyśmy na siebie liczyć. Babcia nigdy nie zostawiła mnie z żadnym problemem. Rozpieszczała mnie i pocieszała, a pomagały jej w tym jej zdolności kulinarne. Jak to babcia miała swoje niezawodne sposoby, żeby poprawić mi humor.Na przykład omlet.Ile ja się oszukałam przepisu, sposobu na ten omlet. Bo oczywiście głupia, nie chciałam się uczyć gotować, gdy babcia chciała mnie szkolić. A teraz tęsknię za tamtymi smakami. Trzeba było korzystać, spisywać, praktykować, jak był na to czas. Teraz pozostaje mi tylko eksperymentować i próbować czy to już to, czy jeszcze trzeba coś udoskonalić.Potrzebujemy:2 jajka,odrobinę mleka (ok. 2 łyżek),odrobina mąki (łyżeczka, może troszkę więcej),sól,masełko do smażenia.Jajka bełtamy z mlekiem, dodajemy mąkę i sól, dokładnie łączymy, wylewamy na rozpuszczone, rozgrzane masło, na patelnię średniej wielkości. Czekamy aż dół się zetnie, podnosimy ostrożnie brzegi i masę z góry wlewamy pod spód, znów czekamy aż się zetnie. Przerzucamy na drugą stronę. Omlecik ładnie rośnie, ale do tej pory nie opatentowałam sposobu, co zrobić, żeby nie opadł po przełożeniu na talerz. Mojej babci nie opadał.Proste, prawda? Oczywiście, można sobie omlecik urozmaicić dodatkami i czasami to robię, ale ten omlet, sam, bez niczego, to jest to, co wspominam najlepiej. I tak jak kiedyś z babcią, tak i teraz, gdy jestem sama wieczorem, gdy jest mi smutno, robię sobie właśnie taką kolację i wspominam czasy, które już nie wrócą. Chyba się starzeję, że nawet jedzenie mnie rozczula, ale tak to już jest, gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że tamte czasy już nie wrócą. Nieważne, jak dobre by były te obecne, jednak tamtych już nie ma...

Zosia i Filip 2015: 53/52.

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Zosia i Filip 2015: 53/52.

No i koniec...Ostatni tydzień roku i ostatni tydzień projektu...Zastanawiam się co dalej, tak przywykłam do tych tygodniowych podsumowań i do wybierania zdjęć dzieci...To już drugi rok. Pierwszy rok Zosi...Niesamowite, jak to szybko zleciało.A ten ostatni, 53 tydzień 2015 roku to oczywiście nic innego, jak urodziny Zosi. Zosia jeszcze nie bardzo rozumiała o co chodzi, ale frajdę miała. Podobnie zresztą jak Fifi, który wśród prezentów i ogromu gości czuł się jak ryba w wodzie.A jakie jest Wasze zdanie? Chcecie nadal co tydzień (albo co dwa) oglądać moje bobasy i czytać krótkie podsumowanie co tam u nas i jak nam mijają dni? A może wolicie jakąś inną formę streszczeń?

To już roczek...!!!

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

To już roczek...!!!

Co tam Sylwester, co tam Nowy Rok, co tam przedłużone weekendy i inne takie cuda. W porównaniu z dniem 29 grudnia nie mają znaczenia. Bo to właśnie 29 grudnia rok temu, o godzinie 7 z kawałkiem rano zameldowałam się na izbie przyjęć jednego z lubelskich szpitali. To właśnie z tej izby przyjęć skierowano mnie prosto na blok porodowy, gdzie o 12.05 przyszła na świat nasza Zofia. Niestety, ja dowiedziałam się o tym dopiero koło godziny 15, bo dopiero wtedy udało się lekarzom poskładać mnie do kupy, ale nie zmienia to faktu, że właśnie wtedy po raz drugi zostałam mamą. "Moja córeczka", to powiedziałam, gdy ją pierwszy raz zobaczyłam i od tej pory nic już nie było takie samo. To był rok zmian. Zmieniliśmy wszystko dostosowując nasze życie pod nowego członka naszej rodziny jednocześnie starając się, żeby Filip zbytnio tego nie poczuł. Teraz, po roku, mam wrażenie, że jesteśmy ze sobą od zawsze, a Filip nawet nie pamięta życia bez Zosi. I, jak to z dziećmi bywa, gdy już jesteśmy pewni, że wszystko opanowaliśmy, że wszystko wiemy, to wszystko wywraca się do góry nogami. Ale nie wyobrażam sobie życia bez Zosi. Mam swoją księżniczkę, mam swoją córeczkę, iskierkę, kruszynkę. Nie marzyłam o niej, nie wyobrażałam sobie siebie jako matki dziewczynki. Gdy dowiedziałam się, że będę miała córkę byłam zaskoczona, zdziwiona i musiałam się z tą myślą oswoić. Radość przychodziła stopniowo, aż opanowała mnie do tego stopnia, że szafka zapełniła się sukieneczkami i różowymi ciuszkami. Teraz troszkę się opanowałam, znalazłam złoty środek, ale nie powiem, że nie sprawia mi przyjemności buszowanie w sklepach z malutkimi kreacjami, że już nie wyobrażam sobie tych kokardek na jej blond włoskach, że nie marzę o księżniczkach, lalkach, ciasteczkach, o wszystkim, czego ja w dzieciństwie miałam tak mało.Zosia z malutkiego zawiniątka zmieniła się w malutką kobietkę. Jest zadziorna, zdecydowana i uparta. Sprawia nam swoim charakterkiem ostatnio niemałe kłopoty. Nie znosi sprzeciwu, co manifestuje krzykiem, gryzie Filipa, tarmosi kota. Czasem jest nie do opanowania, ale wystarczy, że spojrzy na mnie swoimi wielkimi, błękitno-szarymi oczkami, żebym wszystko jej wybaczyła. Noce nadal spędza ze mną i chyba szybko się to nie zmieni, bo Zosia wie czego chce i potrafi o to walczyć. O dziwo, bardzo dobrze toleruje zostawanie z kimś innym, wtedy i jedzenie jej lepiej idzie, i zasypia bez marudzenia. Mi natomiast bardzo lubi wchodzić na głowę. Ale co tu dużo mówić, sama jej na to pozwoliłam i teraz mam efekty. Zwyczajnie nie podejrzewałam, że tak szybko Zofia dojrzeje do egzekwowania swoich praw również tych wydumanych. Nadal hołduję teorii, że dziecko powinno do wszystkiego dojrzeć, ale już widzę, że niektóre sprawy będą nam szły oporniej niż to miało miejsce z Filipem. Zośka zwyczajnie jest bardziej rozgarnięta, by dać się oszukać i przechytrzyć.Rok... O mamusiu, jak to szybko zleciało. Jak wiele spraw się w tym roku przewinęło... Mogę tak pisać i pisać o Zosi, a i tak nie napiszę wszystkiego... Bycie jej mamą zaskoczyło mnie tak bardzo, że do tej pory nie mogę wyjść z podziwu... Z dnia na dzień zachwycam się coraz bardziej...Podobnie, jak bycie mamą Filipa, tak i bycie mamą Zosi codziennie uczy mnie czegoś nowego. A fakt, że Zosieńka ma już roczek nie może jeszcze dotrzeć do mojej matczynej głowy...Nadal jestem w szoku... Od roku jestem mamą dwójki...

Minął rok... i co dalej?

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Minął rok... i co dalej?

Minął rok odkąd jestem podwójną mamą i minął kolejny rok mojego "niby" urlopu macierzyńskiego. Urlopu, a raczej zasiłku za ten okres nadal nie otrzymałam, ale fakt przebywania z dzieckiem w domu nie da się zepchnąć na dalszy plan. Łącznie mojego przebywania z dziećmi w domu można się naliczyć już prawie trzy lata i, choć w tym czasie kalałam się pracą, a raczej formalnie, pomocą merytoryczną w prowadzeniu firmy, prawda jest taka, że mam już delikatnie dość. Nie, nie siedzenia z dziećmi w domu. Nie opieki nad nimi. Nawet nie samego zajmowania się domem. Mam dość pracy z dzieckiem uczepionym nogi zawsze i wszędzie. Kto próbował skupić się na czymś, nawet na płaceniu rachunków, z dzieckiem wiecznie czegoś chcącym, wie, że nie jest to łatwe, prowadzi do pomyłek i do matczynej frustracji. Zawalanie sobie każdej drzemki i każdego spania dzieciowego papierami i obowiązkami też nie jest rozwiązaniem. Zwyczajnie, z czasem zaczyna brakować tych drzemek. Dlatego marzy mi się takie miejsce, gdzie na początek raz, może dwa razy w tygodniu będę mogła znaleźć ciszę i spokój na ogarnięcie wszystkiego, z czym w domu nie mogę się zebrać przez tygodnie. Na skupienie się tylko na pracy, a nie na dzieciach, obiadach, spaniach, praniach i sprzątaniach. Owszem, mój powrót na łono firmy łatwy nie będzie. Potrwa to pewnie jeszcze jakiś czas, ale żeby do czegoś dojść, trzeba działać i to właśnie jest moje postanowienie noworoczne. Małymi kroczkami, powolutku szykować się do powrotu do pracy.I tak oto:Musimy wyszykować sobie takie miejsce, gdzie będę mogła się zaszyć sama, ale i z dziećmi, gdy będzie trzeba. Prace już trwają, powoli zmierzają do takiego punktu, gdzie będę wkraczała ja czyli urządzanie. Biuro i salonik już prawie są, ale w miejscu kuchni i łazienki jest dziura. Wiem, że to jeszcze trochę potrwa, ale już nie mogę się doczekać wybierania kolorystyki i dopieszczania szczegółów. Wizja własnego domu oddala się wielkimi krokami więc wizja takiego swojego kącika, od początku do końca takiego, jaki ja chcę, bardzo mnie cieszy. Swoją drogą, nawet nie miałam pojęcia, że można takie cuda wyczarować, jak na przykład nadruki na szkle. http://www.cels.pl/  Po drugie, musimy się zastanowić, co z opieką nad Zosią. Wiadomo, najlepiej byłoby mi jeździć z nią. Najlepiej dla mojej delikatnej matczynej psychiki i pewnie dla Zośki, która jest uczepiona mojej nogi strasznie. Nie to, żeby lamentowała przy każdym zostawieniu, ale obcych się boi więc i ja się boję ją zostawiać. Do żłobka na razie nie mam w planie jej posyłać, bo wydaje mi się to za wcześnie, ale nie mówię też, że chcę z tym czekać jakoś strasznie długo. Pożyjemy zobaczymy. Jak na razie, dwa razy została z opiekunką, jak ja jechałam do firmy i jakoś dały radę więc trzeba to przemyśleć i dopracować.Po trzecie, moja jazda samochodem, a raczej jej brak. Prawo jazdy mam dość długo, o ile dobrze pamiętam, jazda nie sprawia mi szczególnych problemów, samochód posiadam, ale jakoś się boję. Problem jest spory, ponieważ do pracy mam 50 km. w jedną stronę. Przed dziećmi jeździliśmy razem, nie było z tym problemu, ale teraz wygodniej byłoby mieć wolność godzin pracy, a nie być uwiązanym do pracy męża. Dodatkowo, Zosia rośnie, zaraz i ona będzie miała zajęcia dodatkowe i jeden, biedny, zmotoryzowany małżonek może ze wszystkim nie wyrobić. Co tu dużo mówić, w tej kwestii uniezależnić się trzeba.To jest takie moje główne postanowienie noworoczne. Mam jeszcze jedno, ale niestety ostatnio musiało zejść raczej w strefę marzeń niż postanowień więc nie będę się z nim wyzewnętrzniać. Pozostaje mi tylko prosić was o trzymanie kciuków, a samej dążyć do realizacji celów realnych, a tymi nierealnymi się nie przejmować.A Wy? Jakie macie postanowienia? A może lepiej nic nie wymyślać, po co sobie stawiać jakieś cele? Co ma być, to będzie...

Święta dawniej, Święta dziś...

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Święta dawniej, Święta dziś...

Święta... Jak bardzo zmieniają się na przestrzeni naszego życia. W dzieciństwie są inne, magiczne. Gdy jesteśmy nastolatkami są fajne, ale czasem nudne. Potem, gdy jesteśmy już "dorośli" albo przynajmniej nam się tak wydaje, nie potrafimy ich docenić, często uciekamy, nie korzystamy z nich tak, jak trzeba. Gdy pojawiają się dzieci wszystko znów wywraca się do góry nogami. Znów wszystko jest magiczne, inne, ale też niesamowicie męczące, zajmujące, nie dające wytchnienia.Pamiętam Święta, gdy byliśmy dziećmi. U dziadków, podrzucani wcześniej uczestniczyliśmy w przygotowaniach, ubieraliśmy z dziadkiem choinkę, robiliśmy łańcuchy, wylizywaliśmy miski po kremach do ciast. Do tej pory nie mogę się nadziwić, jak babcia dawała sobie z naszą czwórką radę i szykowała takie idealne przyjęcie. Potem zjeżdżali się rodzice i prezenty. Całe góry prezentów.Pamiętam Święta w Lublinie. Wigilia u jednej babci, potem u drugiej i powrót do domu rodzinnego, tego samego, gdzie wcześniej odbywały się Święta, o których piszę wyżej. Święta w domu, gdzie panował totalny leń, piżamy i śnieg za oknem. Zapach mandarynek, Coca-Cola, haftowany obrus mamy i kino familijne. Nikt nawet nie fatygował się odśnieżać podjazdu, bo po co? Było nam dobrze, nie trzeba było wychodzić, mama zadbała o wszystko i niczego nam nie brakowało.Pamiętam ostatnie Święta z mamą. Tydzień później już jej nie było. Od tego momentu Święta stały się nudne, obowiązkowe, odbębnialiśmy Wigilię i pędziliśmy zaszyć się w domu. Pamiętam lenistwo przed telewizorem, na kanapie (http://meblohand.eu/), odpoczynek, wylegiwanie się, nic nie robienie. Zbieraliśmy się grupką znajomych z podobnym podejściem do Świąt i świętowaliśmy po swojemu. Drugi dzień Świąt obowiązkowo wyjściowy. Jakaś impreza, śledzik ze znajomymi, powrót do domu nad ranem, żeby kolejnego dnia, o ile był wolny, znów leżeć na kanapie przed telewizorem. Ciepła piżamka, skarpetki, czasem winko. Tak to było.A potem przyszły dzieci. Rok 2012 z wypukłym brzuszkiem. Rok 2013 pełzającym po podłodze brzdącem. 2014 z bobasem już w pełni sprytnym, rozpakowującym prezenty i z malutką dziewczynką w wielkim już wtedy brzuchu. No i teraz, rok 2015, w końcu dwójka żywych, zmaterializowanych dzieci roznoszących nam Święta. Wszystko się zmieniło. Wszystko wywróciło się głową do dołu. Wszystko przybrało postać totalnego chaosu. Nawet życzenia przy opłatku odbywają się w atmosferze zamieszania. Nigdzie nie zdążamy, nigdzie nie możemy posiedzieć, nigdzie nie zaznajemy spokoju tak charakterystycznego dla Świąt. Mieszkanie mimo wysiłków wygląda jak pobojowisko. Tak nasze, jak i każde inne, w którym się pojawimy. To tu, to tam, w ciągłym pędzie. Nie przypomina to wcale, a wcale obrazków, jakie znamy z reklam telewizyjnych.Ale wraz z tymi szkrabami powróciła magia Świąt. Ta sama, którą czuliśmy, gdy spędzaliśmy te dni u dziadków, w naszym rodzinnym domu. Nagle przestajemy się kłócić z rodziną, nagle dyskusje na tematy polityczne przyjmują żartobliwy ton. Nikt się nie obraża, nikt nie denerwuje. Są dzieci, biegają między nami, cieszą się z prezentów, krzyczą na widok choinki, ganiają za dziadkowym psem. Jest pisku co nie miara, hałas nie do wyobrażenia, bałagan, rozgardiasz, zamieszanie. Padamy na twarz, jak tylko przekraczamy próg mieszkania, jesteśmy zmęczeni, obolali, ale szczęśliwi. Szczęśliwi, jak nigdy dotąd. Bo dzieci, to cała istota Świąt. Bez nich byśmy ich nie znosili...Tylko czasem, na krótką chwilkę, przypomni się ta wygodna kanapa, zapadający się fotel, miękka sofa, salon urządzony z klasą i stylem, którego ja nigdy nie będę miała (http://meblohand.eu/), ciepły kocyk, telewizor, mamina herbata, bezpieczeństwo i spokój. A już za chwilę zdaję sobie sprawę, że teraz to my mamy to wszystko zapewnić naszym dzieciom, że nasza kolejka minęła, teraz mamy inną rolę, a dzieci wskoczyły na nasze miejsce. To jest ich czas i Święta są dla nich. I choć zmęczenie wychodzi każdym członkiem naszego ciała, to warto... Dla nich warto wszystko.

Zosia i Filip 2015: 51/52, 52/52... Wesołych Świąt!!!

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Zosia i Filip 2015: 51/52, 52/52... Wesołych Świąt!!!

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły nam, jak większości, pod znakiem przygotowań do Świąt i chorowania. Jedno i drugie raczej nie lubi chodzić ze sobą w parze, było ciężko, ale przetrwaliśmy i cali i prawie zdrowi dotarliśmy do Wigilii. Z tego więc miejsca, chcielibyśmy życzyć Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie, Waszym rodzinom i przyjaciołom:Zdrowych, pogodnych, rodzinnych dni.Dużo miłości, radości i zaufania.Szczerego opłatka, miłych rozmów i pysznego jedzenia.Odpoczynku od codzienności, oderwania się od problemów i spokoju.W skrócie:WESOŁYCH ŚWIĄT!!!Ale że ostatnie tygodnie to też kolejne tygodnie projektowe, przedstawiam Wam nasze the best of zdjęcia...Tydzień 51.Zośkowy kaszel, nieprzespane noce, zmęczenie w dzień, przygotowania do jasełek, w końcu same jasełka. Łezka w oku, wzruszenia i początek szpitala w domu... Filip pierwszy raz taki elegancki, stremowany, występujący przed dużą publicznością. Moja pierwsza wyprawa do pracy bez Zośki i sama zainteresowana zasypiająca i jedząca z opiekunką bez problemu, gdy ze mną to istny dramat... To poszukiwanie kreacji, tak dla dzieci, jak i dla rodziców, którzy do eleganckich wyjść mają tak mało okazji. Z pomocą jak zwykle przychodzą sklepy internetowe (https://www.chiclook.pl/), chwała im za to. Matka już nie może się doczekać, jak się wystroi. I siebie i dzieci. Jako, że chętnych do opieki nad dziećmi w Sylwestra brak, to Święta są jedną, niepowtarzalną okazją, żeby odziać się wyjątkowo...52. tydzień...Miał być ostatni, a tu okazuje się, że w gratisie mamy jeszcze jeden...Chorujemy już w zasadzie wszyscy. Ciągle mamy nadzieję na ozdrowienie przed Świętami. Jedynym ratunkiem są w końcu względnie przesypiane noce. Jakoś sobie radzimy we trójkę w domu. Przygotowania idą tak sobie, ale nastrój się pojawia. Robimy wspólnie bombki, pieczemy kolejne pierniczki, sprzątamy, urządzamy, dekorujemy. Ubieramy choinkę, pakujemy prezenty. Powoli znika gorączka, ustępuje kaszelek, udaje się bez antybiotyku...Filip pomaga, Zośka przeszkadza, ale nadrabia urokiem... jakoś to leci...Szykujemy się, przymierzamy kreacje, smakujemy specjały i już za chwilkę, za momencik spakujemy tobołki i udamy się na Wigilię do babci. Jedyny stały element programu od lat...

Światło, nosisz je w sobie... czyli oświetlenie ma znaczenie.

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Światło, nosisz je w sobie... czyli oświetlenie ma znaczenie.

Czy myśleliście kiedyś co tak naprawdę nadaje klimat waszemu mieszkaniu, domowi, pracy czy innym pomieszczeniom w jakich przebywacie. Meble, dekoracje, dodatki? A może światło? Tak, ja uważam, że światło ma bardzo duże znaczenie dla klimatu, naszego samopoczucia, tego, jak się czujemy w danym pomieszczeniu. W zależności od pory dnia, nastroju, gości czy samotności lubimy, żeby światło było inne, dostosowane do naszych potrzeb. W zależności od pomieszczenia, od przeznaczenia światło jest inne. Kiedyś wydawało mi się to nieważne, ale teraz wiem, że światło potrafi wprowadzić w nastrój. Abstrahując już od tego, że wszelkiego rodzaju źródła światła (http://www.e-klosz.pl/), mogą same w sobie być niezłą dekoracją wnętrza.I tak na przykład w kuchni mam bardzo jasne, białe światło. Lubię wszystko widzieć dokładnie, każdy pyłek, każdy brudek. Lubię czystą kuchnię, ale żeby to ocenić muszę mieć dobre światło. Punktowe światło w suficie i kierunkowe w okapie, to jest to co rozpalam, gdy zabieram się wieczorem za prace kuchenne.W łazience podobnie, ale fajnie, jak oprócz ostrego, jasnego światła jest też światełko ciepłe, nastrojowe, przydatne na długie wieczory w wannie z książką (takie mi się ostatnio nie zdarzają, ale trzeba być przygotowanym na wszelką ewentualność).Pokój dziecięcy to już inna bajka. Bibułkowy klosz nadaje pomarańczowy kolor wszystkiemu co się w nim znajduje. Jest ciepło i przytulnie. A na bardziej kameralne posiedzenia na ścianie wiszą świecące, kolorowe kule wyposażone w ściemniacz pozwalający dopasować jasność do potrzeb. W praktyce prawie wcale nie gaszę tych kul, nie potykam się wtedy o zabawki, gdy przychodzę otulić w nocy Filipa.Podobne kule wiszą też w sypialni, gdzie śpi Zosia. Oprócz lampki nad dziecięcym łóżeczkiem są klimatycznym dodatkiem do wnętrza. No i oczywiście lampka nocna. Bez niej nie wyobrażam sobie łóżka.Salon to istna skarbnica oświetleń. Rano, gdy się śpieszymy, palimy inne światło. Gdy w dzień jest ciemno, inne. Gdy pracuję, palę lampkę przy biurku lub przy stole. Gdy bawimy się wszyscy razem, inne. Gdy oglądamy telewizję, inne. Zupełnie inne, gdy chcemy pobyć we dwoje, a jeszcze inne, gdy jestem sama i szykuję się do snu... A teraz, w okresie przedświątecznym dochodzą lampki na choince... Oczywiście w różnych konfiguracjach. Wiecie, że przez kilka lat specjalnie stawiałam choinkę w oknie, żeby ją było widać z zewnątrz. Nieważne, że zawalała nam pół salonu i zastawiała dojście do kwiatów na parapecie, ja chciałam się pochwalić, jak ładnie świeci.Coś w tym chyba musi być, jak nawet długotrwała, ciemna zima wpływa źle na człowieka. Kiedyś dla eksperymentu wybrałam się w środku zimy na solarium, żeby sprawdzić teorię braku światła i wiecie co? Pomogło. Nie polecam, ale pomogło. Nie ma słońca, jest ciemno, zimno i ponuro... trzeba sobie jakoś radzić. Dlaczego by nie za pomocą światła? Tego co mamy w domu, w każdym pomieszczeniu. Czemu by nie wprowadzić się w nastrój za pomocą lampek, lampeczek i lampionów? Co o tym myślicie? Mam rację czy może się mylę?

Mnóstwo zabawy i bałaganu czyli robimy bombki...

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Mnóstwo zabawy i bałaganu czyli robimy bombki...

Co zamiast piersi czyli nauka samodzielnego picia...

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Co zamiast piersi czyli nauka samodzielnego picia...

Jak nie kupić niechcianego prezentu...?

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Jak nie kupić niechcianego prezentu...?

Pomysł na dziecięcy pokój: łóżko piętrowe.

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Pomysł na dziecięcy pokój: łóżko piętrowe.

Czemu pędzę wprost przed siebie...?

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Czemu pędzę wprost przed siebie...?

Zosia i Filip 2015: 49/52, 50/52.

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Zosia i Filip 2015: 49/52, 50/52.

Jesienno-zimowe tygodnie mają to do siebie, że jednocześnie strasznie się wleką i ciągną, a jednocześnie ma się wrażenie, że dzień za dniem znika jakoś niepostrzeżenie. Ja czasem muszę się mocno zastanowić, jaki jest dzień tygodnia, bo zwyczajnie dni mi umykają. Zawsze wybieram sobie jakieś wydarzenie, na które czekam, do którego odmierzam czas i wtedy jakoś się całkiem nie gubię. Na szczęście grudzień w takie wydarzenie obfituje i zawsze coś się dzieje.49. tydzieńPomysłowość moich dzieci bije wszystkie rekordy. Pomysły na zabawy, pomysły na stroje, pomysły na urozmaicenie nam czasu, to to, co zaprząta główki moich dzieci w długie jesienne dni i ciemne wieczory. Nie ma co, jest ciekawie. Zośka łazi wszędzie, wszędzie zagląda, a jednocześnie chce mnie mieć zawsze w zasięgu wzroku, a często także w zasięgu małych łapek. Lubię z nią spędzać dnie, ale przyznaję bez bicia, że czasem mam ochotę troszkę odsapnąć od tego małego wisidła.Fifi szkudnicuje, kombinuje i wymyśla. Ma swoje humory, które czasem ciężko opanować.Popołudnia z dwójką są zawsze przygodą. To się poszarpią o zabawkę, to za mocno poprzytulają, to wyjedzą sobie jedzenie. Jedno jest pewne, zawsze jest głośno.50. tydzień...... to przede wszystkim Mikołajki. Mikołajki przed Mikołajkami, Mikołajki w Mikołajki i Mikołajki po Mikołajkach. Filip bardzo długo się do nich przygotowywał, uczył się wierszyków i piosenek, piekliśmy pierniczki, potem czekał i Mikołaj przyszedł. Najpierw jeden, potem drugi, a na końcu nawet i trzeci. Zresztą nadal cały czas gada o Mikołaju, a ja staram się mu wytłumaczyć, że to przecież już po.Między Mikołajkami, a Mikołajkami wepchnęliśmy jeszcze parę wizyt u babci, no i oczywiście ciąg dalszy kombinacji, akrobacji i zośkowych wspinaczek, w których ostatnio Zofia mocno zagustowała.No i zaczęliśmy przygotowania do jasełek, potem Świąt, urodzin i do Sylwestra. Jest na co czekać i o czym opowiadać dzieciom w grudniowe popołudnia.... 

Pierniczki, Mikołajki, szał... Idą Święta...

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Pierniczki, Mikołajki, szał... Idą Święta...

Jest taki moment w roku, kiedy można powiedzieć, że to już, że to już pora, że można zacząć. Dla niektórych następuje to zaraz po Święcie Zmarłych, inni czekają do grudnia, inni do połowy grudnia, a inni zew przygotowań poczują dopiero z pierwszym śniegiem. Pogoda ostatnio nie rozpieszcza więc ciężko o atmosferę świąteczną, ale galerie handlowe pomagają we wczuciu się w odpowiednią rolę. My postanowiliśmy sobie dać troszkę na wstrzymanie, bo korciło nas już dużo wcześniej, żeby zabrać się za zakupy, strojenia, mnie nawet już ciągnie do garów i sprzątania. Nie do końca nam się to udało, bo w szafie za ręcznikami już leżą i czekają prezenty dla dzieci, a na szafce w kuchni kuszą bakalie do ciast, ale resztę zostawiliśmy sobie na później. Na "po Mikołajkach".I Mikołajki nadeszły. Wiecie, że nasza rodzina dość mocno odbiega od tej z reklamy Coca-Coli i, że trzeba się troszkę wysilić, żeby ją do takiej rodziny zbliżyć. Wiecie też, że zazwyczaj na nas spada cała odpowiedzialność z atmosferę i całą otoczkę jaką tworzymy dla naszych dzieci. W tym roku chcieliśmy, żeby było tak jak trzeba i na Mikołajki czekaliśmy wszyscy. Filip już od dwóch tygodni uczył się wierszyka dla Mikołaja, czekał, opowiadał. My ze swojej strony też mówiliśmy mu o Mikołaju, o pierniczkach, o mleczku, o tym, że rano będzie coś w zamian. Naturalnym dla mnie było to, że te pierniczki upieczemy razem, że razem je udekorujemy, że potem zostawimy na stoliku, żeby potem wspólnie odnaleźć tam podarki. Mimo sprzeciwów Szanownego, który przed oczami miał już wizję kuchni całej w mące czy jajek na ścianach, my zamknęliśmy się przy garach i zabraliśmy się do roboty. Filip spisał się na medal, wszystko odmierzał, mieszał, próbował, a na koniec nawet wykrajał ciasteczka. Na spokojnie, bez spinania się o bałagan. Jeszcze jakiś czas temu nie wyobrażałabym sobie wspólnych pracy z Filipem, a tu proszę. Nie doceniałam mojego syna. Bawiliśmy się świetnie.Na drugi dzień zabraliśmy się z Fifim za dekorowanie ciasteczek. Ja miałam wizję swoją, Fifi swoją. Jak to mówi Filip, pisaliśmy ciastka. Wszystkie miały być udekorowane i kolorowe. Nawet nie wiedziałam, że tyle frajdy sprawię tym naszemu synkowi. Jeszcze po myciu zębów porwał dwa ciastka, położył na talerzyku i poprawiał, bo to przecież dla Mikołaja i ma być idealnie. Przed snem był tak podekscytowany, że baliśmy się, że nie będzie mógł spać, ale szybciutko zasnął i choć gadał przez sen, to dotrwał do rana w oczekiwaniu na prezenty.Mikołajki to już dzień, który rozpoczął u nas z przytupem okres przedświąteczny. Było prezentowo, kolorowo, rodzinnie, choć nie za bardzo, wesoło, radośnie, spokojnie i właśnie świątecznie. Byli dziadkowie, były podarki, nie było nieporozumień, niepotrzebnych spięć. Było po naszemu. Choć choinki jeszcze nie ma, choć dekoracji też jak na lekarstwo, to z każdego kąta zaczyna wychodzić magia świąt. Znów potrafimy cieszyć się tym okresem, tymi przygotowaniami, tą pogonią za wszystkim. Teraz, gdy są dzieci, wszystko jest piękniejsze, bo to dzieci tworzą tą całą atmosferę.A gdzie Zosia?Zosia w pieczeniu nie uczestniczyła, ale w jedzeniu owszem. Prezentów może jeszcze nie rozumie, ale się cieszy. Uwielbia odwiedziny, lubi, gdy wszyscy są razem, chyba czuje, że coś się święci. Zosia zdecydowanie też już wie, że idą Święta. Dla niej podwójne, bo przecież to już za chwilkę na stół wjedzie tort z jedną świeczką, a nasz niemowlaczek niemowlaczkiem być przestanie.Tym przemiłym, spokojnym dniem wpadliśmy w szał przedświątecznych przygotowań. U mnie objawiają się one częstszym wilgotnieniem oczu, u Szanownego częstszym wkurzaniem się na żonę, a u dzieci? A dzieciom więcej wolno, to przecież ich czas. Teraz tylko czekać i Wigilia. Najlepszy okres w roku.PS.Kochani, wciągnijcie dzieci w przygotowania przedświąteczne, nawet takie malutkie jak nasz Fifi. One też czują tą magię, też aż ich trzęsie, żeby przyłożyć do czegoś łapkę. Może nie wszystko wtedy będzie idealne jak od linijki, może trzeba się uzbroić w troszkę więcej cierpliwości, ale mówię Wam z ręką na sercu, warto.PS2.Tym razem do zrobienia pierniczków wykorzystałam genialny, super szybki przepis. Można go znaleźć TUTAJ. Jeśli jednak chcecie się troszkę bardziej potrudzić, to polecam zeszłoroczny przepis. Wypróbowany i sprawdzony więc tez bardzo dobry. Ze zdobieniem poszłam na łatwiznę, bo wykorzystałam gotowe pisaki cukrowe. Może nie są idealne, ale do pierwszych zdobień naszego dziecka nadają się znakomicie. Łatwo się wyciskają, ładnie nakładają i nie zostawiają zbyt dużego bałaganu. Może następnym razem pokuszę się na własny lukier.

Czy załuję, że posłałam dziecko do żłobka?

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Czy załuję, że posłałam dziecko do żłobka?

Warminsko - Mazurskie Spotkania Blogerów vol. 5 - sponsorzy.

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Warminsko - Mazurskie Spotkania Blogerów vol. 5 - sponsorzy.

Relacja była,, ochy i achy były, teraz przyszedł czas na naszych wspaniałych sponsorów, bo, jak wiecie, bez nich spotkanie i aukcja by się nie odbyło. Albo inaczej, odbyłoby się, ale to nie byłoby to samo. Także dziękujemy:KD MebleBiała SkrzynkaLillifoxBielenda Plus dla SkóryZiołolekTurkusowa PracowniaWhisbearLidlDreweks OliniMilovia Nasza Księgarnia Zakamarki  Miody Wileńskich Tiny StarCzuCzuPiątnicaWilla Dwa JezioraKindiiOuhmania Własnymi rękami Mama i ŁobuziakiByło tego wszystkiego naprawdę sporo i jeszcze więcej... Cała ta kupa cudowności poszła oczywiście na aukcję i na fanty w loterii więc dochód z nich przeznaczony został na słuszny cel.A oto zawartość torebeczki, która mi przypadła w udziale: ...i fanty, jakie udało mi się wylosować:Wiadomo, miło się dostaje prezenty, nie będę kłamała, że nie sprawia mi to przyjemności, ale nie to jest w tych spotkaniach najważniejsze. Bardzo miło było mi spotkać się ze wspaniałymi kobietami, mamami i blogerkami. Mam nadzieję, że dane mi będzie jeszcze to kiedyś powtórzyć i cały czas i wciąż liczę, że może doczekamy się w Lublinie jakiś fajnych wydarzeń w tym temacie.

Zosia i Filip 2015: 47/52, 48/52.

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Zosia i Filip 2015: 47/52, 48/52.

Nie ma to jak jesienne tygodnie, przeraźliwie ciemne poranki i ciągnące się w nieskończoność popołudnia. Pewnie tak już będzie do Świąt, a potem do końca roku i długo, długo potem do wiosny. Trzeba sobie jakoś radzić, wymyślać atrakcje, kombinować, żeby nie popaść w marazm. Dlatego właśnie nam tydzień 47 upłynął pod znakiem jesiennych wakacji. Celem zrobienia sobie frajdy wybyliśmy na wywczas. Frajdziocha dla dzieciaków, basen, kulki, zwierzątka i ogólna inność, a dla nas troszkę oddechu i odpoczynku od codzienności. Sam fakt, że nie trzeba prać, prasować i gotować jest wart swojej ceny, a miny zadowolonych dzieci są bezcenne. Fifi jeszcze długo powtarzał w domu, że on idzie do pokoju, gdy mu coś zabranialiśmy, bo tam miał więcej luzu, a o "basenku" mówi do dziś.48. tydzień to już powrót do codzienności. Ech, ciężko się pozbierać znów do kupy i zmobilizować do działania, ale co poradzić, trzeba wziąć się w garść. Gdy nam pomysłów brak, to dzieci na pewno nie zawiodą, a ich pomysłowość jest nieprzewidywalna. Nie ma chwili, by któreś z dzieciaków nie siedziało nam na głowie. Kicają, brykają i dokazują. Nie ma co, jest wesoło. A najfajniejsze są dni, kiedy nic nie trzeba, gdy można chodzić pół dnia w piżamach, wałkonić się po łóżku i nikomu się z niczego nie tłumaczyć. To ja lubię w jesieni, bo oprócz tego, to chyba nie bardzo za nią przepadam.

Warmińsko-Mazurskie Spotkania Blogerów vol. 5 - relacja.

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Warmińsko-Mazurskie Spotkania Blogerów vol. 5 - relacja.

Karmienie piersią - kolejny kryzys...

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Karmienie piersią - kolejny kryzys...

No i nadszedł ten czas, kiedy znów muszę napisać, że mam kryzys. Że nie chce mi się już momentami karmić piersią, choć tak naprawdę chcę nadal i to jeszcze długo. Złoszczę się tą całą sytuacją, mam ochotę się odwrócić, nie zwracać na nią uwagi, wysłać męża do apteki po mleko modyfikowane i zakończyć temat raz na zawsze. Ale ja nie umiem. Po pierwsze, nie potrafię zostawić Zośki w potrzebie, a wiem, że ona mnie teraz potrzebuje, że ona też ma kryzys i jestem jej potrzebna. Po drugie, ja nie wiem, jak się karmi butelką. Nigdy butelką nie karmiłam i dla mnie chyba byłby to ogromny stres, skok na głęboką wodę i w zasadzie wcale bym nie osiągnęła tego mojego wymarzonego spokoju. A po trzecie, nikt mi nie zagwarantuje, że nawet gdybym jednego dnia opanowała karmienie butelką do perfekcji, to spokój bym osiągnęła, bo przecież nie koniecznie Zosia musi zacząć mi przesypiać noce, nie koniecznie musi spać w swoim łóżeczku i nie koniecznie musi chcieć się ode mnie odczepić choć na chwilkę. Może właśnie dlatego, że zabiorę jej pierś, to będzie potrzebowała więcej bliskości i spadnę z deszczu pod rynnę.Jak wiecie, bo nie raz już o tym pisałam, jestem zwolenniczką pozwolenia dziecku do wszystkiego dorosnąć. Mam zdanie, że na wszystko przyjdzie czas, że można dziecko delikatnie naprowadzić, ale jak nie będzie gotowe, to nie opanuje tego co od niego oczekujemy. Ta teoria sprawdziła mi się wiele razy przy Filipie i przy Zosi również staram się ją stosować. Jak dotąd z sukcesami, co nie oznacza, że czasem to czekanie jest irytujące i chcemy coś niecoś przyśpieszyć. Próbujemy, mimo że wiemy, że to nie ma sensu, ale łapiemy się czasem ostatniej deski ratunku. Irytuje nas to jeszcze bardziej i wpadamy w błędne koło. Tak właśnie jest teraz ze mną. Mój poziom irytacji osiągnął chyba zenit.A wszystko rozbija się właśnie o to, że jestem już tym wszystkim zmęczona i wszystkie męczące i dręczące sprawy zwalam na karb karmienia piersią. Zosia zrobiła się mocno wymagająca, nie chce spać w łóżeczku, budzi się co 1,5 godziny, najpóźniej koło północy musi wylądować ze mną w łóżku, bo inaczej nie zaśnie, a i tam nie ma pewności, że pośpi spokojnie. No i oczywiście jedynym uspokojeniem jest pierś w buzi. Najgorsze, że ostatnio ta pierś nie służy jej tylko do jedzenia. Po prostu dobrze mieć ją w buzi i tyle. Większość nocy jestem uziemiona w łóżku w jednej pozycji i nie ważny jest Fifi w drugim pokoju, nie ważne są matczyne potrzeby tak momentami silne, że mam wrażenie, że będzie nam potrzebny osuszacz (http://www.osuszacze.watersmile.pl/), nie ważne obolałe kości i zdrętwiały biust. Dokładając do tego moją chorobę, która daje się mi mocno przy takiej aurze we znaki i nerwy związane ze sprawami niezależnymi od dzieci, jestem padnięta i już mi te przytulanki przestają sprawiać taką przyjemność, jak powinny. W dzień niestety nie jest lepiej. Zofia nie chce jeść nic, jak ja jestem w pobliżu. Ona ode mnie oczekuje piersi, a nie jakiś owocków, kaszek czy obiadków. A ja, mimo zmęczenia, staram się bardzo, a potem się denerwuję, bo ona nie chce jeść. Nie chce jeść, a potem płacze, bo chce pierś. Ja czasem się zaprę i nie dam, ale potem panienka i tak sobie odbije przed spaniem albo w nocy na mnie i koło się zamyka. A poziom mojej irytacji rośnie.W momencie, gdy piszę ten post i tak sytuacja idzie ku lepszemu, bo zdałam sobie sprawę, że irytacja jest niepotrzebna, że nic nie wniesie do sprawy, nic nie zmieni, a tylko nas wszystkich pokosztuje wiele nerwów. Znów wiem, że muszę wziąć na luz i czekać spokojnie, że przyjdzie czas, gdy wszystko się unormuje. Joga, oddechy, spokój. Ale czasem łatwo jest mówić, gdy oczy trzeba podtrzymywać na zapałki, a biust wydaje się nie mieć końca. Także przyznaję się, że mam teraz kryzys i choć bardzo kocham tą bliskość, jaką daje karmienie piersią, to teraz tego nie lubię. Mam nadzieję, że szybko znów wszystko powróci na swoje miejsce.

Jak przypadkiem zostałam blogerką kulinarną...

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Jak przypadkiem zostałam blogerką kulinarną...

Jak spokojnie i bez nerwów spakować się na rodzinny wyjazd...

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Jak spokojnie i bez nerwów spakować się na rodzinny wyjazd...

Wyjazd z małymi dziećmi to nie lada wyzwanie. Planowanie, zbieranie, pakowanie,w końcu załadowanie wszystkiego i wszystkich do samochodu i podróż. Niektórzy bezdzietni nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak wielki jest to wysiłek i jak wielkich umiejętności wymaga. Ale da się i nawet może pójść sprawnie, ale jak wszystko wymaga wprawy, a żeby mieć wprawę, trzeba ćwiczyć. Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć.My ćwiczenia rozpoczęliśmy dość późno, bo jak Fifi miał 14 miesięcy, bo wcześniej wszyscy z naszego otoczenia wbijali nam do głowy, że z dziećmi się nie da, a przede wszystkim nie powinno się podróżować.  Jako że już byłam w ciąży z Zofią, łezka mi się w oku zakręciła i żal mi się strasznie zrobiło, bo z dwójką to już przecież nigdy i nigdzie, przełamałam strach i wyciągnęłam chłopa na te wymarzone rodzinne wakacje. Co do pakowania, to mieliśmy zadanie ułatwione i utrudnione, bo podróżowaliśmy samolotem więc trzeba było się ograniczać. Łatwiej, bo trzeba było się wepchnąć w dwie walizy i jakoś ograniczyć niepotrzebne tobołki więc od razu trening w umiejętności logicznego wybierania co jest potrzebne, a bez czego się obędziemy. Ale trudniej, bo tutaj dziecko, potrzebuje wiele, tutaj ja w ciąży, tam ciepłe kraje, atrakcje, nie wiadomo co się przyda, no i znów decyzje, z czego zrezygnować. Wszystko to, dopakowywanie, odpakowywanie, dokładanie, odejmowanie, wszystko to jeszcze z małym dzieckiem jako pomocnikiem, wprowadza chaos, zamieszanie, zdenerwowanie i niesamowity bałagan, z którym przychodzi nam się zmierzyć, gdy po upragnionym urlopie wracamy do domu.Gdy podróżujemy własnym samochodem, zwłaszcza większym, rodzinnym, mamy zadanie ułatwione, bo można wziąć więcej. Kończy się to jednak zazwyczaj zabraniem ze sobą całego mieszkania, załadowaniem samochodu aż po sufit, podróżą jak tabor cygański, a na końcu zawaleniem pokoju hotelowego całą masą niepotrzebnych toreb. Nie obywa się oczywiście bez tego, o czym pisałam wcześniej to znaczy bez nerwów, chaosu i wszechogarniającego bajzlu. Pamiętam to ze swojego dzieciństwa, gdy wyjeżdżałyśmy z mamą nad jezioro i odnotowuję to przy każdym naszym teraźniejszym wyjeździe. Ja ładuję w walizy, dzieci się szwendają i rozwlekają wszystko co się da, a M. marudzi, że dużo, żeby na koniec dowalić jeszcze swoje trzy siaty i nakładkę na kibelek, bo przecież "na plecach tego nie nosimy", ale i tak idzie nam coraz lepiej i obserwuję poprawę.A co trzeba zrobić, żeby pakowanie w asyście dwójki dzieci i marudnego męża obyło się bez spięć, nerwów, czegoś zapominania i tobołów miliona zabrania?Po pierwsze, zacznijmy odpowiednio wcześniej. Jak chcemy uniknąć wkurzania się, zadbajmy również o męża. Mój ostatnio, dzień przed wyjazdem, o godzinie 20.30, przypomniał sobie, że nie ma kąpielówek, bo zgubił. Super, tu trzeba się pakować, a on się wybiera na zakupy. To samo ze sprzątnięciem, umyciem przede wszystkim zatankowaniem samochodu. Według M. najlepiej zrobić to już po drodze. To błąd. Lepiej wcześniej. Zaplanujmy, zapiszmy, pokupujmy, pogrupujmy, poukładajmy na kupki, jeśli mamy taką możliwość, poza zasięgiem dzieci. Potem tylko hyc w walizki i torby, doładować ostatki i gotowe.Po drugie, dowiedzmy się co jest na miejscu, z czego możemy zrezygnować, jakie jest menu, jakie udogodnienia dla dzieci i dla was. Po co targać ze sobą coś, co można wypożyczyć lub dostać na miejscu. Ja zawsze mam problem z ręcznikami, bo nigdy nie wiem czy są, ale przecież wystarczy zadzwonić i się dowiedzieć. To samo ze szlafrokami czy wyżej wspomnianymi nakładkami na kibelek dla dzieci. No i jedzenie dla dzieci. Targam ze sobą całe sklepy, jakbym na miejscu nie mogła kupić. No cóż, nad tym jeszcze muszę popracować.Trzecie, nie bierzmy za dużo. Po co nam na trzy dni 5 koszulek? Nawet jak coś się stanie, to przecież można przeprać. Kilka par spodni, eleganckie sukienki,kosmetyczka pełna drogich perfum, cuda wianki. Jasne, potrzebne to na weekend z dziećmi jak cholera. Dwie walizki i torba bagażu podręcznego zdecydowanie wystarczy przecież w bagażnik musi wejść jeszcze wózek. Łatwiej i przyjemniej będzie się wam wychodziło z domu.Czwarte, przygotujmy sobie wszystko na wyjście. Ciuchy dla siebie i dzieci, kosmetyki, których używamy, jedzonko. Rano wstajemy, ubieramy się, jemy, malujemy, dopakowujemy co zostało i wychodzimy. Szybko i sprawnie, bo ociąganie i guzdranie generuje nerwowość.Po piąte, postarajmy się zostawić po sobie porządek. Wiem, że nie jest łatwo, ale naprawdę wiele fajniej się wychodzi ogarniając wzrokiem swoje mieszkanie w stanie nadającym się na używanie, a nie jak po przejściu tornada. I o wiele fajniej się do tego mieszkania wraca, które wygląda jak prosto od dewelopera (http://apm-development.com.pl/). My mamy tyle fajnie, że mamy dziewczynę, która pod naszą nieobecność karmi nam kota i jest tak kochana, że zawsze, jak zostawimy jakiś niewielki nieład, to troszkę ogarnie, ale był czas, że zostawiałam klucze osobom, które zostawiały nam jeszcze większy bajzel niż sami zostawiliśmy więc też uważajcie, kto wam się zajmuje pozostawionym zwierzyńcem czy kwiatami.No i szóste, ostatnie i najważniejsze. Spokój, spokój, spokój. Nawet jeśli ten małżonek faktycznie lata za tymi gaciami dzień wcześniej, nawet jeśli dzieci skrupulatnie wyciągają z toreb to co ty tak pieczołowicie tam układałaś, jeśli zostaną nawet nieumyte szklanki w zlewie i piżama rzucona obok łóżka. Spokój, spokój, spokój. Banan na gębę, jedziecie przecież na wakacje, macie się dobrze bawić, a nie stresować, że za dużo bagażu czy za mało. Żeby wspomnienia były dobre i chęci na następny wyjazd ogromne. Spokój i radocha.PS.Nie bierzcie tego posta zbyt serio, to tylko parę moich spostrzeżeń, które mogą pomóc sprawniej i bez spinki wybrać się na wywczas z dziećmi. A wierzcie mi, moje są nad wyraz ruchliwe i chętne do pomocy więc to nie jest łatwe. Ale ja ciągle próbuję i dążę do perfekcji, bo z wyjazdów, wbrew temu, co tłukła mi do głowy rodzina, nie mam w planie rezygnować.

Akcja motywacja: ruszamy się!!!

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Akcja motywacja: ruszamy się!!!

Szarość dnia zeza ma czyli co zrobić, żeby mieszkanie nam nie zbrzydło...

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Szarość dnia zeza ma czyli co zrobić, żeby mieszkanie nam nie zbrzydło...

Zosia i Filip 2015: 45/52, 46/52.

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Zosia i Filip 2015: 45/52, 46/52.

Czas zapiernicza jak szalony, ani się obejrzałam, a już minęły kolejne dwa tygodnie i czas wybierać kolejne zdjęcia, które będą świadczyły o upływającym czasie. A upływa on szybko, bardzo szybko. Wstajemy, jest ciemno, w dzień przeważnie też jest ciemno, Fifi wraca z przedszkola, zanim się obejrzymy, znów jest ciemno. I tak ciągle i tak w kółko. Trzeba się mocno nagimnastykować, żeby zapełnić popołudnia dzieciom, gdy pogoda nie pozwala na wyściubienie nosa za drzwi. I tak...45. tydzieńNasze 3. Halloween. Nie włączam się w dyskusję nad tym "świętem". Dla mnie to po prostu fajna zabawa dla dzieci i przyznam, że nie mogę się doczekać, kiedy dzieci będą bardziej czynnie brały w nim udział. Do tej pory nasze działania ograniczały się do przebierania Filipa w okolicznościowy bodziak i na powycinaniu dyni. W tym roku po raz pierwszy Fi wykazał jakąś interakcję, a dynie sprawiły mu dużo frajdy. Zośce zresztą też, biegała za Filipem i próbowała mu ją zabrać. Ale, żeby nie było, nasze polskie, tradycyjne święto też świętowaliśmy. Tak się składa, że święto zmarłych ma dla nas bardzo duże znaczenie i obchodzimy go co roku z rodziną, spotykamy się na grobach, a potem razem jemy obiad u babci. Podobnie było i w tym roku, z tym, że my 1. listopada odpuściliśmy cmentarz, poszliśmy z dziećmi w sobotę rano, poporządkowaliśmy groby, postawiliśmy znicze i kwiaty, żeby w niedzielę dołączyć do rodziny już na miejscu. Było ładnie, ciepło i klimatycznie, a Fifi zaliczył swoje pierwsze dwa długie spacery bez pieluszki i bez wpadki.Reszta tygodnia przebiegła nam raczej tradycyjnie. Z racji gwałtownego pogorszenia się pogody, zwyczajnie większość przebimnaliśmy w domu. Zośka z impetem wskoczyła nam w jakiś skok rozwojowy więc było wesoło plus nieprzewidywalnie.46. tydzieńNudy, nudy, nudy. Zośka galopuje przez jakiś kryzys, nie wiadomo czego się można po niej spodziewać. Dynda na matce, a jak nie dynda, to jęczy i tak w kółko i tak wciąż. I to ciągłe dążenie do samodzielności. Sama chodzić, sama jeść, sama pić. Szkoda, że sama spać nie chce. Fifi przedszkoluje, zaczyna przygotowania do jasełek, jest grzeczny, wesoły, inny. Jeszcze czasem się buntuje, ale to kwestia charakteru, a nie buntu, który, miejmy nadzieję, już minął. Przytula, pogłaszcze, dzieli się, gdy trzeba. Cud, miód, malina można by powiedzieć.I pomyśleć, że już lecą kolejne tygodnie, że za chwilkę Mikołajki, potem Święta i koniec tego projektu. Już się zastanawiam czy zaczynać go też w nowym roku czy już sobie darować.

Polska piękna jest... i bezpieczna.

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Polska piękna jest... i bezpieczna.

2,5 roku... zmiany...

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

2,5 roku... zmiany...

Borsuczkowy pomysł na obiad: tarta serowa z pomidorami.

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Borsuczkowy pomysł na obiad: tarta serowa z pomidorami.

Jakiś czas temu, całkiem niedawno, gdzieś koło Świąt Wielkanocnych, odkryłam tarty. Ci, którzy mnie znają z Instagrama, może pamiętają tartę z jajkiem, która stała się hitem na naszym świątecznym śniadaniu. Potem podchodziłam do nich z dystansem, by ostatnimi czasy zarzucić Szanownego Małżonka coraz to nowymi plackami na obiad bądź kolację. Dziś mam dla Was kolejny pomysł. Przepis znalazłam jakiś czas temu gdzieś w odmętach internetu i tak siedział mi w głowie i siedział, aż się za niego wzięłam. Wzięłam się raz, drugi, trzeci... za każdym razem ku radosze męża... A teraz się z Wami nim dzielę: Tarta serowa z pomidorami.Potrzeba:opakowanie ciasta francuskiego (albo okrągłe, pasujące do formy, albo XXL),2 jajka, śmietana 18%, mała,2 małe, twarde pomidory,mozzarella (jedna kulka lub garść z kawałkiem tartej),gorgonzola (jak kto woli, u mnie weszło ok 70g., 1/3 opakowania sprzedawanego w Lidlu),feta (ok. 80 g., 1/3 opakowania),ser żółty, starty, według uznania,oregano, zioła prowansalskie (jak ktoś lubi)Ciasto francuskie wykładamy na formę. Ja mam taką, której nie trzeba smarować masłem, zawsze, jak smarowała, to ciasto mi zjeżdżało do środka, ale jak macie inną, to posmarujcie. Pieczemy ok. 15 minut, aż będzie kruche.Jajka mieszamy ze śmietaną, dodajemy pokrojone w kostkę pomidory, porwane na drobno sery, zagęszczamy serem żółtym i przyprawiamy oregano i ziołami. Pieczemy aż góra się ładnie zarumieni, nawet przypiecze, ok. 30-40 minut. Gotowe!!!Mój M. uwielbia pizzy, zamawiamy często właśnie serową, ale ja uważam, że w tej wersji jest o niebo lepiej. Smacznego!!!

Każdy dobry, kogo nie ma...

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Każdy dobry, kogo nie ma...

Kosmetyczne odkrycia czyli co na szybkie wyjście...

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Kosmetyczne odkrycia czyli co na szybkie wyjście...

Zosia i Filip 2015: 43/52, 44/52

MAMUSIOWO BORSUCZKOWO

Zosia i Filip 2015: 43/52, 44/52

Co tu dużo gadać, jesień przyszła, trzeba się ubierać na cebulkę, każde wyjście z domu to przygoda. Zebrać wszystkie manatki, ubrać dzieci, ubrać siebie, wszystko załadować sobie na plecy, nie spocić się przy tym, wyjść bez ryków i awantur, to graniczy z cudem. Ale jak już się udaje, to cieszymy się z tego jak z cudu i korzystamy ile wlezie zanim znów wrócimy do domu i wszystko z siebie pościągamy. A w domu, jak to w domu, z dwójką bywa wesoło, tak wesoło, że czasem koło 21 padamy jak muchy.43. tydzień...... to trochę zwyczajnej załatwianiny, ale też troszkę wycieczek z dzieciakami. Odwieczny problem, jak ubrać niemowlaka, żeby go potem było łatwo rozebrać w sklepie, a potem ubrać, jak będziemy wychodzić. I jak to wszystko ogarnąć i nie zepsuć wyżej wymienionemu humoru. Zośka, jak widać, troszkę znudzona akrobacjami, ale piżamka dla Filipka została zakupiona.A Fifi w końcu dorósł do doceniania uroków jesieni. Zbiera liście, kasztany, znosi do domu, cieszy się jak głupiutki. Trajgoli przy tym jak najęty. W domu czasem ciężko wcisnąć choć jedno swoje słowo, bo opowiada, opowiada i opowiada.44. tydzień...to super imieniny Filipka. Spodziewaliśmy się tylko dziadka, a przyszła i babcia (a miała pracować), zupełnie niezapowiedzianie pojawiła się moja ciocia z moją siostrą cioteczną (dobrze, że dzień wczesniej upiekłam sernik), wcześniej dzwoniła moja babcia i pierwszy raz rozmawiała z Fifim przez telefon, no i chrzestni zadzwonili czyli moja siostra i brat M. Jednej osoby zabrakło, ale tego się spodziewałam. Nie powiem, jest mi do dziś przykro, ale chyba powinnam już przywyknąć. Pogoda była różna, więcej padało i wiało niż było ładnie, ale akurat w wyborczą niedziele zrobiła się piękna, złota jesień. Żal było nie skorzystać i nie przejść się spacerkiem z dzieciakami, a przy okazji spełnić obywatelski obowiązek. Fifi jak zwykle człapał swoim tempem, pozował do zdjęć i zbierał artefakty, ale jakoś nam się udało. A popołudniem działeczka. Nawet Zofia odpuściła na ten dzień atrakcje samochodowe. Nasze małe Słoneczko.A jak u Was jesień? Cieszycie się z niej czy macie dość? Podobno jeszcze dwa tygodnie ma być tak pięknie, a potem? Potem to my jedziemy na Mazury i znając moje szczęście to będzie zimno i będzie lało...