MAMUSIOWO BORSUCZKOWO
Jak spokojnie i bez nerwów spakować się na rodzinny wyjazd...
Wyjazd z małymi dziećmi to nie lada wyzwanie. Planowanie, zbieranie, pakowanie,w końcu załadowanie wszystkiego i wszystkich do samochodu i podróż. Niektórzy bezdzietni nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak wielki jest to wysiłek i jak wielkich umiejętności wymaga. Ale da się i nawet może pójść sprawnie, ale jak wszystko wymaga wprawy, a żeby mieć wprawę, trzeba ćwiczyć. Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć.My ćwiczenia rozpoczęliśmy dość późno, bo jak Fifi miał 14 miesięcy, bo wcześniej wszyscy z naszego otoczenia wbijali nam do głowy, że z dziećmi się nie da, a przede wszystkim nie powinno się podróżować. Jako że już byłam w ciąży z Zofią, łezka mi się w oku zakręciła i żal mi się strasznie zrobiło, bo z dwójką to już przecież nigdy i nigdzie, przełamałam strach i wyciągnęłam chłopa na te wymarzone rodzinne wakacje. Co do pakowania, to mieliśmy zadanie ułatwione i utrudnione, bo podróżowaliśmy samolotem więc trzeba było się ograniczać. Łatwiej, bo trzeba było się wepchnąć w dwie walizy i jakoś ograniczyć niepotrzebne tobołki więc od razu trening w umiejętności logicznego wybierania co jest potrzebne, a bez czego się obędziemy. Ale trudniej, bo tutaj dziecko, potrzebuje wiele, tutaj ja w ciąży, tam ciepłe kraje, atrakcje, nie wiadomo co się przyda, no i znów decyzje, z czego zrezygnować. Wszystko to, dopakowywanie, odpakowywanie, dokładanie, odejmowanie, wszystko to jeszcze z małym dzieckiem jako pomocnikiem, wprowadza chaos, zamieszanie, zdenerwowanie i niesamowity bałagan, z którym przychodzi nam się zmierzyć, gdy po upragnionym urlopie wracamy do domu.Gdy podróżujemy własnym samochodem, zwłaszcza większym, rodzinnym, mamy zadanie ułatwione, bo można wziąć więcej. Kończy się to jednak zazwyczaj zabraniem ze sobą całego mieszkania, załadowaniem samochodu aż po sufit, podróżą jak tabor cygański, a na końcu zawaleniem pokoju hotelowego całą masą niepotrzebnych toreb. Nie obywa się oczywiście bez tego, o czym pisałam wcześniej to znaczy bez nerwów, chaosu i wszechogarniającego bajzlu. Pamiętam to ze swojego dzieciństwa, gdy wyjeżdżałyśmy z mamą nad jezioro i odnotowuję to przy każdym naszym teraźniejszym wyjeździe. Ja ładuję w walizy, dzieci się szwendają i rozwlekają wszystko co się da, a M. marudzi, że dużo, żeby na koniec dowalić jeszcze swoje trzy siaty i nakładkę na kibelek, bo przecież "na plecach tego nie nosimy", ale i tak idzie nam coraz lepiej i obserwuję poprawę.A co trzeba zrobić, żeby pakowanie w asyście dwójki dzieci i marudnego męża obyło się bez spięć, nerwów, czegoś zapominania i tobołów miliona zabrania?Po pierwsze, zacznijmy odpowiednio wcześniej. Jak chcemy uniknąć wkurzania się, zadbajmy również o męża. Mój ostatnio, dzień przed wyjazdem, o godzinie 20.30, przypomniał sobie, że nie ma kąpielówek, bo zgubił. Super, tu trzeba się pakować, a on się wybiera na zakupy. To samo ze sprzątnięciem, umyciem przede wszystkim zatankowaniem samochodu. Według M. najlepiej zrobić to już po drodze. To błąd. Lepiej wcześniej. Zaplanujmy, zapiszmy, pokupujmy, pogrupujmy, poukładajmy na kupki, jeśli mamy taką możliwość, poza zasięgiem dzieci. Potem tylko hyc w walizki i torby, doładować ostatki i gotowe.Po drugie, dowiedzmy się co jest na miejscu, z czego możemy zrezygnować, jakie jest menu, jakie udogodnienia dla dzieci i dla was. Po co targać ze sobą coś, co można wypożyczyć lub dostać na miejscu. Ja zawsze mam problem z ręcznikami, bo nigdy nie wiem czy są, ale przecież wystarczy zadzwonić i się dowiedzieć. To samo ze szlafrokami czy wyżej wspomnianymi nakładkami na kibelek dla dzieci. No i jedzenie dla dzieci. Targam ze sobą całe sklepy, jakbym na miejscu nie mogła kupić. No cóż, nad tym jeszcze muszę popracować.Trzecie, nie bierzmy za dużo. Po co nam na trzy dni 5 koszulek? Nawet jak coś się stanie, to przecież można przeprać. Kilka par spodni, eleganckie sukienki,kosmetyczka pełna drogich perfum, cuda wianki. Jasne, potrzebne to na weekend z dziećmi jak cholera. Dwie walizki i torba bagażu podręcznego zdecydowanie wystarczy przecież w bagażnik musi wejść jeszcze wózek. Łatwiej i przyjemniej będzie się wam wychodziło z domu.Czwarte, przygotujmy sobie wszystko na wyjście. Ciuchy dla siebie i dzieci, kosmetyki, których używamy, jedzonko. Rano wstajemy, ubieramy się, jemy, malujemy, dopakowujemy co zostało i wychodzimy. Szybko i sprawnie, bo ociąganie i guzdranie generuje nerwowość.Po piąte, postarajmy się zostawić po sobie porządek. Wiem, że nie jest łatwo, ale naprawdę wiele fajniej się wychodzi ogarniając wzrokiem swoje mieszkanie w stanie nadającym się na używanie, a nie jak po przejściu tornada. I o wiele fajniej się do tego mieszkania wraca, które wygląda jak prosto od dewelopera (http://apm-development.com.pl/). My mamy tyle fajnie, że mamy dziewczynę, która pod naszą nieobecność karmi nam kota i jest tak kochana, że zawsze, jak zostawimy jakiś niewielki nieład, to troszkę ogarnie, ale był czas, że zostawiałam klucze osobom, które zostawiały nam jeszcze większy bajzel niż sami zostawiliśmy więc też uważajcie, kto wam się zajmuje pozostawionym zwierzyńcem czy kwiatami.No i szóste, ostatnie i najważniejsze. Spokój, spokój, spokój. Nawet jeśli ten małżonek faktycznie lata za tymi gaciami dzień wcześniej, nawet jeśli dzieci skrupulatnie wyciągają z toreb to co ty tak pieczołowicie tam układałaś, jeśli zostaną nawet nieumyte szklanki w zlewie i piżama rzucona obok łóżka. Spokój, spokój, spokój. Banan na gębę, jedziecie przecież na wakacje, macie się dobrze bawić, a nie stresować, że za dużo bagażu czy za mało. Żeby wspomnienia były dobre i chęci na następny wyjazd ogromne. Spokój i radocha.PS.Nie bierzcie tego posta zbyt serio, to tylko parę moich spostrzeżeń, które mogą pomóc sprawniej i bez spinki wybrać się na wywczas z dziećmi. A wierzcie mi, moje są nad wyraz ruchliwe i chętne do pomocy więc to nie jest łatwe. Ale ja ciągle próbuję i dążę do perfekcji, bo z wyjazdów, wbrew temu, co tłukła mi do głowy rodzina, nie mam w planie rezygnować.