10 najpiękniejszych plaż…

KAMPERKI

10 najpiękniejszych plaż…

Najpyszniejszy i najprostszy przepis na pierniczki

KAMPERKI

Najpyszniejszy i najprostszy przepis na pierniczki

Wyciskacz łez – najlepszy prezent na wszystko!

KAMPERKI

Wyciskacz łez – najlepszy prezent na wszystko!

Jestem mięczakiem i są sytuacje, które sprawiają, że topię się w środku, jednocześnie starając się zachować kamienną twarz. A najchętniej rozbeczałabym się jak małe dziecko. Taki dzień znów nadchodzi wielkimi krokami i znów poleją się łzy. Uwielbiam dawać prezenty, cała ta atmosfera i otoczka całego wydarzenia, to dla mnie wielka frajda. A najbardziej, najbardziej wtedy, kiedy moja ofiara wcale nie spodziewa się tego, co otrzyma. Nie wiem, kto wtedy ma wyższy puls, człowiek nieświadomy tego, co zaraz otrzyma, czy ja, która wiem i wpatrzona jak tygrys na ofiarę czekam na pierwszą minę. To właśnie ten ułamek sekundy pokazuje, czy prezent jest trafiony, czy jednak oczekiwano czegoś innego. W tym roku pośród przeróżności mamy przygotowany jeden wyjątkowy prezent. Najpiękniejszy, najczulszy, zrobiony prawie, że własnoręcznie. Spędziłam całą noc, by uporządkować, obrobić, poukładać i zrobić ją idealnie.  Moje zdjęcia, na które pracuję od dawien dawna przedstawione na łamach foto książki, a na nich ona.  Oczko w głowie pewnego mężczyzny…  oj, ktoś niedługo będzie płakusiał ;) Specjalnie dla Was przygotowany został rabat w wysokości 40% na fotoksiążkę. Wystarczy, że pobierzecie kod z tej strony: http://printu.pl/lp/kamperkipl.  Printu.pl przygotowało wiele pięknych świątecznych szablonów, do samodzielnego przygotowania książek, dzięki czemu praca nad nimi jest prosta, szybka i przyjemna. Znajdziecie ich mnóstwo tutaj: http://printu.pl/fotoksiazka/szablony/. Gdybyście potrzebowali pomocy, służę radą. A jeżeli wszystko chcecie sami, tu znajdziecie tutorial, co i jak zrobić, żeby było pięknie : https://www.youtube.com/watch?v=UYRQkvB8RGg. Miłego projektowania tych cudownych prezentów! Artykuł Wyciskacz łez – najlepszy prezent na wszystko! pochodzi z serwisu Kamperki.

3 x stylizacja dla dziewczynki na Święta

KAMPERKI

3 x stylizacja dla dziewczynki na Święta

Okres przedświąteczny to taki magiczny czas, w którym w tajemnicznych okolicznościach giną mi pieniążki z konta. Zupełnie nie wiem, jak to się dzieje, bo przecież tu kupiłam tylko malutki stroiczek, tu świeczuszkę, parę  rajstopek i bombeczki. Patrzę i oczom nie wierzę. To ta magia świąt, na bank! Jeszcze  destrukcji konta dopełnią zakupy prezentów, a przecież wypadało by się jeszcze choć troszkę bardziej elegnacko ubrać, męża i dzieci też. Oh jak ja bym chciała wyglądać tak idealnie, jak z reklamy. Moje włosy ułożyły by się same w idealne fale, a piękna złota sukienka połyskiwała w blasku światełek z choinki…. Wróćmy jednak na ziemię, z pewnością tak nie będzie. Włos ułożę już spóźniona na Wigilię,  w sukienkę pewnie się żadną nie wcisnę, więc jeszcze sobie popłaczę rozmazując misternie nakładany makijaż.  Tak to będzie wyglądało w rzeczywistości. Jedyne, co przygotowałam i co nie sprawi mi żadnego problemu, to ubranie dla mojej dziewczynki. Żebym ja tak sobie potrafiła wybierać stroje, jak jej, było by super, ale wraz ze zwiększaniem rozmiaru, rośnie mój problem. Ale ja znów nie o tym, co chciałam.. Korzystając z dobrodziejstw, jakie daje sklep Pepco, stworzyłam 3 stylizacje świąteczne, a nawet i noworoczne, a nawet i na codzień, bo przecież księżniczką można być cały czas :) Sweterek, który jest na zdjęciu, Liwia nosi już od dłuższego czasu, jest mięciutki, wygodny, a przede wszystkim nie stracił nic na jakości, mimo wielokrotnego prania. Wiem, że często piszecie, że ubrania z Pepco są słabe jakościowo,a ten naprawdę daje radę. Gdyby nie fakt, że ma podobny (w turkusowym kolorze) z Zary, kupiłabym drugi taki w granacie właśnie z Pepco. Złota spódniczka jest bardzo solidnie wykonana, z troszkę grubszego materiału, myślę, że spokojnie nam posłuży, aż Liw z niej wyrośnie, podobnie, jak ta czarna połyskująca sukienka. Sama w sobie jest bardzo elegancka i efektowna, a brokat pięknie się mieni. W sklepie były w dwóch kolorach, czarna i jaśniutka kremowa, więc jeżeli szukacie czegoś delikatnego dla śnieżynki, to ta sukienka jest idealna. Całości dopełniają srebrne i czarne rajtuzki. Czynnik najbardziej motywujący, to oczywiście niska cena! Jeżeli zastanawiasz się, co ubrać na święta, popatrz niżej, może coś Ci się spodoba! Jak dla mnie efekt każdej z tych stylóweczek jest piękny! A Wy, co o tym sądzicie?  Wersja 1 – czarna sukienka + granat Sukienka – Pepco | Sweterek – Zara (taki sam granatowy znajdziecie w Pepco) | Rajtuzki – Pepco | Spinka – Tuturu Opaska – H&M Wersja 2. czarna sukienka + róż Sukienka – Pepco | Sweterek – Pepco | Rajtuzki i opaska – H&M Wersja 3. złota spódniczka Spódniczka, sweterek, bluzeczka, rajtuzki – Pepco | Opaska – H&M Artykuł 3 x stylizacja dla dziewczynki na Święta pochodzi z serwisu Kamperki.

Inspiracje świąteczne: darmowe plakaty do pobrania!

KAMPERKI

Inspiracje świąteczne: darmowe plakaty do pobrania!

KAMPERKI

Nie kocham, więc zaszczepię

Ja jestem z natury spokojną osobą. Póki nie dotyczy mnie to personalnie, nie mieszam się, nie wchodzę w kłótnie, nie wypowiadam się, jeżeli na czymś się nie znam, bo po co? Szkoda życia i zachodu. Podobnie w kwestii wychowania dzieci, karmienia, rodzenia i wszystkiego innego, co jest z nimi związane. Nie jestem specjalistą w żadnej z tych dziedzin, ani ze mnie lekarz, ani położna, nawet dietetyk, ba sama nawet nie wiem, co powinnam a czego nie jeść, a co dopiero mówić innym. Córkę wychowujemy tak, jak uważamy za słuszne, najczęściej „na czuja”, czasami  jednak sugerując się dobrymi radami tych, którzy mają więcej doświadczenia od nas. Tak, jak każda z Was kocham swoje dziecko i chcę dla niego jak najlepiej. Urodziłam córkę naturalnie, bo tak „zadecydował” mój organizm,  gdyby jednak uparł się i nie chciał, pewnie miałabym cesarkę. Kochała bym ją tak samo. Karmię butelką, bo tak po czasie „zadecydował” mój organizm, gdybym mogła, pewnie przystawiała bym ją do piersi dużo dłużej. Nadal kochała bym ją tak samo.  Tak jak Wy wszystkie, niezależnie w którym obozie się znajdujecie. I tak siedzę sobie w tym moim cichutkim poukładanym świecie i nagle czytam artykuł u Nieperfekcyjnej Mamy dotyczący szczepień ( o tutaj!) i oczom nie mogę uwierzyć, kiedy widzę słowa, które Ania cytuje, a które wyraźnie mówią, że jeżeli szczepisz swoje dzieci to ich zwyczajnie nie kochasz i powinni odebrać Ci dzieci! Temat zapalny, który dzieli rodziców na dwie grupy, zwolenników i przeciwników. I ja to szanuję, bo każdy ma prawo mieć swoje zdanie i działać w życiu zgodnie ze swoim sumieniem, ale czy naprawdę to, że podałam dziecku szczepionkę oznacza, że ja jej nie kocham?  Czy całe moje poświęcenie i trud codziennego wychowania, przytulanie, zabawy, nauka i spędzanie czasu, to tylko złudzenia, któremu sama się daje oszukać? Czy ja naprawdę jej nie kocham, bo postąpiłam zgodnie ze swoim sumieniem i zaszczepiłam dziecko? Czy Ty mamo, która zaszczepiłaś dziecko, nie kochasz go? A może Ty, która tego nie zrobiłaś, może to właśnie Ty nie kochasz swojego dziecka? Czemu my rodzice, tak naprawdę działający na jednym froncie, nie potrafimy uszanować woli innej osoby i z góry na dół obrzucić błotem siebie nawzajem? Co to nam daje takie wzajemne urażanie swoich uczuć? Przypomina mi to o sytuacji, kiedy rozmawiałam z koleżanką, nasze dzieci świetnie się razem bawiły, my sama nie mogłyśmy się nagadać, aż doszło do tematu szczepień… do dzisiaj jest cisza, bo ona przeciwniczka nie potrafiła uszanować moich kroków. Wciąż nie rozumiem dlaczego tak się dzieje. Kocham swoje dziecko tak samo, jak Ty, Ty i Ty. I to, czy je zaszczepię czy nie, jest moją osobistą decyzją, taką samą jaką podejmujesz Ty. Możemy rodzić na różne sposoby, karmić na różne sposoby, nawet w innej religii wychowywać, ale to nie zmieni faktu, że KOCHAM i Ty też KOCHASZ. Artykuł Nie kocham, więc zaszczepię pochodzi z serwisu Kamperki.

Mój pierwszy raz…. + świąteczne przepisy

KAMPERKI

Mój pierwszy raz…. + świąteczne przepisy

Kiedyś to musiało się stać, ale nie sądziłam, że będzie to tak szybko.  To był grudniowy poranek, bardzo wczesny, właściwe jeszcze noc. Zacisnęłam zęby, zamknęłam oczy i pojechałam. Sama! Do tej pory w to nie wierzę, ale od kiedy jestem mężatką i dzieciatką na dodatek, jeszcze nigdy nigdzie nie byłam sama! Nie mówię o wizycie u dentysty, ale o normalnym wyjeździe  z domu, a w dodatku z nocowaniem! Zostawiłam męża z dzieckiem i pojechałam do wielkiej stolicy zaczerpnąć wiedzy. Właściwie to dziecko zostało z dziadkami, a mąż pojechał w delegację, ale fakt jest faktem, mama pojechała się odchamić do miasta :)  Opiłam się kawy z Adą (Kosmetomama), takiej powolnej kawy, przy której gęby nam się nie zamykały, objadłam się brownie z Karoliną ( EloMama) i ruszyłam popijać szampana przy włoskiej kuchni. Tak. A tak poważnie, 1 grudnia miałam przyjemność brać udział w warsztatach świątecznego, włoskiego gotowania, które organizowane były w Akademii Kulinarnej Whirpool, i którym szefował Marco Ghia. Kulinarną podróż i zarazem zabawa, przy odczytaniu tradycyjnych włoskich przepisów świątecznych, ale w nowej odsłonie, połączone z degustacją oliwy z oliwek.  Jednym słowem mnóstwo pysznego jedzenia i  unoszący się w powietrzu zapach mojej ulubionej kuchni włoskiej. Żyć nie umierać. Przywiozłam z tych warsztatów nowe, fajne znajomości, ale przede wszystkim przepisy! I z Wami właśnie się nimi podzielę, bo jest w czym wybierać. Może akurat na Waszym stole zagości coś z tej listy. Polecam gorąco zwłaszcza lasagne z dorsza. W życiu bym nie powiedziała, że to może być  aż tak dobre! Jeden przepis zostawiam sobie na osobny wpis, to jest coś, w czym zakochałam się do reszty, będzie niebawem – DESER! Musicie spróbować!! Oliwki z Ascoli z tuńczykiem Składniki: 300 g tuńczyka z puszki 30 g miękiszu chleba pół cebuli 80 g parmezanu starta skórka z ½ cytryny 1 mała marchewka 1 mała łodyga selera 1 średnie jajko szczypiorek 50 g kaparów Sposób przyrządzenia: Drylujemy oliwki. Odcedzamy tuńczyka i dodajemy do niego parmezan, jajko i pietruszkę. Mieszamy wszystkie składniki, dodając szczyptę soli i wypełniamy oliwki powstałą pastą. Obtaczamy je w mące, ubitym jajku, parmezanie i smażymy. Lazania z dorsza z bazyliowym pesto Składniki: 1 litr mleka 100 g mąki 100 g masła 1 kg filetów z dorsza 250 g makaronu do lazanii (Barilla) 60 g bazylii 250 g oliwy extra vergine 50 g migdały skórka z jednej cytryny Sposób przygotowania: Przygotujemy beszamel, dodając do 100 g roztopionego masła 100 g mąki. Mieszamy i gotujemy przez 2 minuty, po czym dodajemy mleko i mieszamy trzepaczką. Gotujemy, mieszając dopóki sos nie zgęstnieje. Przygotowujemy pesto, miksując  kolendrę i bazylię z orzeszkami piniowym (uprażonymi wcześniej na patelni z 200 g oliwy). Kroimy dorsza na plasterki o grubości 1,5 cm, wykładamy na posmarowaną oliwą formę i przykrywamy warstwą lazanii, beszamelu, znowu dorsza i kilku łyżeczek pesto. Powtarzamy 2-3 razy (do wyczerpania składników). Pieczemy w rozgrzanym do 180 stopni piekarniku przez 30 minut. Cielęcina w sosie tuńczykowym Składniki: 300 g cielęciny 100 g tuńczyka sok z jednej cytryny 1 anchois 180 g oliwy extra vergine 10 g kaparów 3 ugotowane żółtka sól, pieprz 50 g białego wina 1 czerwona papryka Sposób przygotowania: Kroimy rumsztyk na 6 podłużnych kawałków o rozmiarach 3×10 centymetrów. Doprawiamy resztę mięsa solą i pieprzem i podsmażamy na oliwie, po czym dodajemy wino i sok z cytryny. Redukujemy sos do objętości kilku łyżek stołowych i zagęszczamy go, dodając wszystkie składniki oprócz papryki i podłużnych kawałków rumsztyku. Smażymy podłużne kawałki rumsztyku na patelni z odrobiną oliwy przez 3 minuty i odstawiamy na 15 minut. Podajemy z sosem, dekorujemy kaparami i anchois oraz warstwą podsmażonej na patelni papryki. Krem z ciecierzycy z rozmarynem i krewetkami w brandy Składniki: 500 g ciecierzycy sól i pieprz 4 łyżki oliwy extra vergine 1 cebula rozmaryn, szałwia 2 szklanki bulionu warzywnego 4 kromki chleba domowego wypieku 2 łyżki brandy lub koniaku 1 ząbek czosnku 500 g dużych krewetek Sposób przygotowania: Po 6 godzinach namaczania ciecierzycy gotujemy ją z rozmarynem i szałwią. Po ugotowaniu odcedzamy i miksujemy ją na krem. Podsmażamy na patelni pokrojoną na cieniutkie plasterki cebulę, dodajemy puree z ciecierzycy i rozcieńczamy bulionem. Doprawiamy solą, pieprzem i gotujemy dopóki krem nie osiągnie pożądanej przez nas konsystencji. Myjemy krewetki, usuwamy przewód pokarmowy (cienką, czarną nitkę) i podsmażamy je przez 5 minut na patelni z nieobranym czosnkiem, solą, pieprzem oraz 2 łyżkami oliwy. Zalewamy całość brandy. Zmniejszamy ogień i gotujemy dopóki brandy całkowicie nie odparuje. Nakładamy krem do głębokich talerzy lub do miseczek. Na środek każdej zupy nakładamy łyżeczkę krewetek, dodajemy 1 kromkę tostowanego chleba (lub grzanek), odrobinę oliwy, trochę świeżo zmielonego pieprzu i gotowe! Artykuł Mój pierwszy raz…. + świąteczne przepisy pochodzi z serwisu Kamperki.

Moje dziecko się boi …… Mikołaja!

KAMPERKI

Moje dziecko się boi …… Mikołaja!

Dzingyl bels, dżingyl bels… i te światełka wszędzie, i aniołki chodzą po galeriach opłatek sprzedają, i choineczki się świecą, tak jest miło, przytulnie, a w głowie masz ten wspaniały świąteczny plan: będziecie kupować prezenty, robić zdjęcia w kolorowej aurze, gonić te aniołki po centrum handlowym i co najważniejsze – pójdziecie do Mikołaja! Twoje ukochane dzieciątko z wielkim uśmiechem na twarzy będzie pozowało przy worze pełnym prezentów, istna sielanka, czyli tak jak ma być w tym magicznym czasie…. i bum! Cały misterny plan, w którym zakładałaś jak brzuchaty strzec poda Twojemu dziecku wielką pakę prezentów bierze w łeb, bo słyszysz cichutkie i przerażone:  Maaaamooooo, Mikołaj nieeeee!   Welcome to my world. Ostatni weekend mikołajkowy pokazał mi jedno: dziecko to jednak zagadka nie do odgadnięcia. Podczas gdy włożyła by z chęcią rękę w paszczę lwa, drugą jednocześnie głaskając krokodyla, za nic w świecie nie chciała podejść do 40 cm zabawki Mikołaja. Nie przekonał jej nawet dwa razy większy od niej samej worek z prezentami. Nie i koniec. Mikołaj nie! Później wcale nie  było lepiej, każda figurka, lampki ułożone na jego kształt i, o zgrozo, prawdziwe chodzące Mikołaje. Trzy kroki w tył za kolanko mamy i poczekam tam sobie, aż wszyscy pójdą… Właściwie to sama nie wiedziałam, jak się zachować, ale intuicyjnie zaczęliśmy mówić, że już go nie ma, że poszedł. Ale jak poszedł, skoro zza rogu wyszedł następny? Zaliczyliśmy piękną Mikołajową wtopę w tym roku, a świąteczny czas dopiero się zaczyna. Przypomniały mi się te wszystkie śmieszne zdjęcia i memy, które krążą po internecie, gdzie dzieci ryczą w niebogłosy, spocone i czerwone i moja myśl, że przecież moje tak nie zrobi ;) a tu taki psikus. Ale nie ma to tamto, poczytałam i teraz jestem mądrzejsza o parę rzeczy, więc podejrzewam, że ten miesiąc zweryfikuje, czy to co radzą mądre głowy sprawdza się w praktyce. Jak przejść traumę i sprawić, że dziecko nie będzie bało się Mikołaja? Zrozumieć: z perspektywy małego człowieka, wszystko wygląda inaczej. Dla nas to śmieszny człowiek z brodą, a dla dziecka kompletnie obcy mężczyzna, z którym muszą porozmawiać i ,co gorsze, często usiąść mu na kolana. Dodatkowo krzyczy te swoje hohoho! . Dziecko, może postrzegać Mikołaja jako czerwonego intruza, zwłaszcza kiedy jego wyobraźnia działa na maksymalnych obrotach i zwyczajnie czuje się przy nim niepewnie. Podchodzić powoli: metodą małych kroczków, podchodzić powolutku, nie forsować, obserwować z daleka, a jeżeli coś będzie nie tak, ponownie odsunąć się na bezpieczną odległość. Może warto samemu wykazać się odwagą i iść porozmawiać z Mikołajem, pokazując dziecku, że wcale nie jest taki zły, a zabawa z nim sprawia dużo radości. Podobnie można postąpić, pokazując dziecku, że przy Mikołaju jest dużo innych dzieci i dobrze się bawią. Utrzymywać magię: zanim zacznie się okres, gdzie na każdym rogu spotkamy Mikołaja, warto zacząć opowiadać o nim dziecku. Przygotować historyjki, czytać książeczki, pokazywać, że taki ktoś je odwiedzi już niebawem. Nie zmuszać: najgorszą rzeczą, jaką możemy zrobić to pchać na siłę dziecko w ramiona czerwonego potwora. Sprawi to tylko, że jeszcze mocniej się zrazi, rozpłacze i przede wszystkim przestraszy. A ta chwila na jego kolanach, na bank nie jest warta aż takich emocji. A jeżeli to wszystko nie pomoże? Trudno! Bać się czegoś to nie wstyd, prezenty może przynieść Aniołek, a zdjęcie zrobimy z reniferkiem, który jest jeszcze sympatyczniejszy niż Mikołaj ;)  Artykuł Moje dziecko się boi …… Mikołaja! pochodzi z serwisu Kamperki.

Inspiracje świąteczne: praktyczne prezenty dla domu!

KAMPERKI

Inspiracje świąteczne: praktyczne prezenty dla domu!

Wiecie, co to jest złośliwość rzeczy martwych? To jest taki fenomen, który spotyka mnie na każdym kroku, a już zdecydowanie wtedy, gdy coś pochwalę, ucieszę się z jakiegoś przedmiotu i tak dalej. Mądrzy ludzie mówią, żeby za wiele nie chwalić, bo będzie na odwrót i rzeczywiście tak jest (albo to ja mam pecha!). Kilka dni temu pisałam o tym, jak lubię weekendy w moim rodzinnym domu, kiedy to pijemy sobie kawkę z ekspresu, a nie muszę robić swojej zalewajki. Pisałam? No pisałam. I nagle dzowni telefon, a mama zrozpaczona bo ekspres ducha wyzionął. Ze starości wziął i zaczął żegnać się ze światem, zrobił milion kaw, służył dzielnie każdego dnia i postanowił, że jego kres jest blisko.  A w domu panika, no bo jak to tak? Bez kawy, rano? Nie da rady! I w tak zwanym międzyczasie, kiedy pojechał na przegląd i ewentualną naprawę dostałam zlecenie od Mamy: działaj, szukaj, patrz i czytaj, jaki to teraz wybrać najlepszy ekspres ciśnieniowy ( no bo ja to generalnie nie mam co robić w domu ;) ). Ale cóż, jak przystało na dobrą córę robię research, przeglądam oferty sklepów, czytam i wybieram, bo Babcia z Dziadkiem postanowili, że na Święta w ramach prezentu zakupią sobie nówkę sztukę. I wiecie co, myślę, że jest to super pomysł! Ekspres ciśnieniowy do kawy to prezent tak na prawdę dla całego domu. Nigdy nie będzie rzucony w kąt, a wręcz przeciwnie każdego dnia będzie witany z uśmiechem, bo przecież daje nam to, co najlepsze: energię na rozpoczęcie poranka – KAWĘ! Kolejna sprawa, to prezent na lata, który się nie znudzi. Precyzyjna maszynka, która za dotknięciem jednego guziczka roztoczy w całym domu aromat przepysznej kawki…. omnomnom, czy już mówiłam Ci Mamusiu o postanowieniu spędzania każdego weekedu u Was? :) Drobne agd i rtv to jedna z prezentowych dziedzin, które znakomicie moża wykorzystać przy okazji prezentów świątecznych. Bo zarówno znajdzie się coś dla par, dla facetów i dla babeczek. Więc jeżeli interesują Was inspiracje prezentów agd to zapraszam gorąco! Prezenty dla domu To chyba największe pole do popisu. Decydując się na jeden większy prezent, możemy go dać w parze np. mamie i tacie, czy cioci i wujkowi. Tak naprawdę można wybierać do wyboru, do koloru, a ogranicza nas jak wiadomo tylko kasa, dlatego nie podaję za przykład pralki czy zmywarki, ale jak ktoś chce …  Prezenty dla mężczyzny Alkomaty, golarki, trymery, szczoteczki elektryczne …. i moje drogie uwaga: żelazka dla mężczyzn! Prezenty dla kobiety Tyle tego jest i wszystko by się przydało: suszarki do włosów, lokówki, prostownice, depilatory, nowe żelazko… Prezenty dla dzieci Wybór zabawek dla dzieci, które wyglądają identycznie, jak przedmioty gospodarstwa domowego jest olbrzymi. Liwia jak dotąd ma żelazko i uwielbia naśladować. Przydałby się nam jeszcze odkurzacz, bo codziennie jest walka o to, kto ma to robić :) Artykuł Inspiracje świąteczne: praktyczne prezenty dla domu! pochodzi z serwisu Kamperki.

Inspiracje świąteczne: prezenty dla Niego!

KAMPERKI

Inspiracje świąteczne: prezenty dla Niego!

Uwielbiam robić prezenty, zastanawiać się co sprawi radość moim najbliższym, a potem widzieć ten uśmiech na twarzy, kiedy otwierają paczuchę, a tam jest to, o czym właśnie marzyli. Jakoś nie jestem zwolenniczką kupowania na ostatnią chwilę, bo wcale nie wychodzi z tego nic dobrego. W ostatni dzień przed Świętami zazwyczaj jest w sklepach mnóstwo ludzi, półki już są na maksa przetrzepane, a ja spocona i zdenerwowana latam od sklepu do sklepu w poszukiwaniu tego „czegoś”. W efekcie zazwyczaj pod choinką lądowało piękne opakowanie, ale w portfelu czekał paragon, bo jakoś wydawało mi się, że przyda się do wymianki po świątecznym szale. Podejrzewam, że niejedna z Was ma też takie doświadczenia ze świątecznych polowań. Od jakiegoś czasu wolę skrupulatnie przemyśleć, podpytać, pozadawać pytania naprowadzające, hipotetycze i obserwować swoją ofiarę przez parę miesięcy, żeby doskonale przygotować się na zakupy. I wiecie jak to jest, ponownie z damską częścią nie mam żadnego problemu, bo kobietki lubią wszystko od kosmetyków po ciuchy, a jak już naprawdę dostanę zaćmienia, zawsze ratuje mnie karta rabatowa. Mówią, że to faceci są prości w obsłudze, a tu niespodzianka, to nam jest o wiele łatwiej coś kupić. Podobnie jest z  dzieciakami. Mam to szczęście, że Liwię cieszy wszystko, co związane jest ze zwierzątkami, więc pole do popisu mam nieograniczone. No dobra, ogranicza mnie debet na koncie ;) Wróćmy więc do tych naszych panów kochanych. Wiadomo, że najłatwiej kupić coś, co związane jest z pasją, zainteresowaniami, czy poprostu tym, co sprawia im frajdę w wolnym czasie. Ale są też prezenty uniwersalne, które spodobają się wielu mężczyznom. I tak, na przykładzie mojego męskiego modela podrzucam Wam inspiracje do tego, co może ucieszyć nie tylko chłopaka, czy męża, ale też tatę, dziadka czy przyjaciela. 1.Perfumy Kupując w prezencie perfumy warto postawić na delikatne i subtelne zapachy, które trafią w gusta większości. Obecnie w perfumeriach możemy dorwać pięknie popakowane zestawy, do których dorzucone są balsamy do ciała, czy wody po goleniu. Zazwyczaj cena takich prezentów jest podobna do ceny samych perfum. Warto więc poszukać i zapolować! Calvin Klein Euphoria | Paco Rabanne 1 Million | Dolce Gabana Pour Homme Intenso | Ermenegildo Zegna Uomo 2. Kremy nawilżające Nawilżanie skóry, zwłaszcza zimą to podstawa codziennej pielęgnacji. Wydawać by się mogło, że dla kobiet jest mnóstwo kremów, ale asortyment dla mężczyzn wcale nie jest gorszy. Dla męża i brata przyda się mocno nawilżający z dawką witaminy c, a dla dziadka i taty może przeciwko oznakom starzenia? L’oreal | Pat & Rub | Clinique | Sephora | Shiseido 3.  Kremy pod oczy Warto również zadbać o okolice tych pięknych oczu naszych ukochanych, a z pomocą przychodzi nam multum kremów. Lancome | Tom Ford | Biotherm | Clinique | Collistar 4. Zestawy kosmetyków Zestaw kosmetyków to chyba najpraktyczniejszy prezent. W zależności od typu składa się z kosmetyków do całego ciała, takich jak balsam, żel pod prysznic, lub z kosmetyków typowo do twarzy, a może też być w komplecie z pięknymi perfumami. Jak możecie się domyślić, ja w tym roku stawiam na pachnące święta. Myślę, że to niezwykle praktyczne, a za razem dość eksluzywne prezenty. Więc mężu, dziadziu i braciszku, będziecie odpicowani! :) Dodatkowo znalazłam taką jeszcze niespodziankę w jeden z perfumerii, może Wam się przyda.. Artykuł Inspiracje świąteczne: prezenty dla Niego! pochodzi z serwisu Kamperki.

Inspiracje świąteczne: dekoracja okien

KAMPERKI

Inspiracje świąteczne: dekoracja okien

I zaczął się wreszcie długo oczekiwany przez wszystkich czas przygotowań świątecznych. 1 grudnia. Zimy nie ma, śniegu nie ma, nawet mrozu nie ma. Właściwie to jest brzydko i ponuro, ale ogrzewa mnie myśl, że już niedługo dom rozbłyśnie świątecznymi lampkami, kolorowymi bombkami, będzie pachniał choinką… mmmm cudo! Zaczynam powoli rozglądać się i planować, co by tu zmajstrować i jak udekorować dom. Żeby było weselej i przytulniej, a jednocześnie pięknie. Lubię ten czas, mimo że wieczory nastają szybko i zaraz włączy się wszystkim przedświąteczna gorączka, to jest jakoś tak magicznie. Chciałabym tą magię utrzymać jak najdłużej… Znalazłam kilka prostych i naprawdę pięknych pomysłów na to, jak udekorować okna w okresie świątecznym. To naprawdę niewiele trzeba, bo czasem wystarczy jedna gwiazdka lub wianuszek.. Rozkoszujcie się zdjęciami, a może pomogą Wam w tym, by u siebie zastosować podobne dekoracje. Chyba, że już macie swoje pomysły? Jak tak, to proszę podzielcie się z innymi! Dekoracja okien na Święta… Artykuł Inspiracje świąteczne: dekoracja okien pochodzi z serwisu Kamperki.

Jakie było życie przed..?

KAMPERKI

Jakie było życie przed..?

Wekeendowe tęsknoty + przepisy na pyszną kawę!

KAMPERKI

Wekeendowe tęsknoty + przepisy na pyszną kawę!

Czas na przerwę + konkurs

KAMPERKI

Czas na przerwę + konkurs

KAMPERKI

Jak wybrać idealny krem do twarzy?

Dobre pierwsze wrażenie Współczesna kobieta wie, jak ważny jest wizerunek i stwarzanie dobrego, pierwszego wrażenia. Jesteśmy poddawane ocenie na każdym kroku, w tym, podczas niezwykle ważnych dla nas sytuacji – rozmowa o pracę, pierwsza randka, spotkania zawodowe. Statystyki pokazują, że w trakcie tych kilku początkowych sekund, osoba, którą poznajemy, przede wszystkim zwraca uwagę na twarz, a w tym, co ciekawe, na naszą skórę. Istotne jest zatem żeby cera była świeża, gładka, promienista, pozbawiona przebarwień i oznak zmęczenia. Niezwykle ważne w codziennej pielęgnacji jest stosowanie odpowiedniego kremu do twarzy. Rodzaj cery a krem Jednym z podstawowych wyznaczników, którym powinnyśmy się kierować w trakcie zakupu kremu do twarzy, jest rodzaj naszej cery – możemy ona być: sucha, tłusta lub mieszana. Dodatkowo, często możemy się spotkać z kosmetykami do cery normalnej lub wrażliwej. Zazwyczaj kobiety wiedzą, jaki rodzaj cery posiadają, aczkolwiek żeby zdobyć stuprocentową pewność, należy wybrać się do dermatologa lub kosmetyczki. Kremy co cery suchej powinny zawierać składniki głęboko nawilżające i odżywcze. Istotne jest także żeby kosmetyk chronił przed czynnikami zewnętrznymi (wiatr, słońce, mróz, zanieczyszczenia), promieniami ultrafioletowymi oraz wolnymi rodnikami, na które skóra sucha jest szczególnie czuła. Składniki pożądane z punktu widzenia skóry suchej, to: witaminy (głównie A, C i E oraz witaminy z grupy B), naturalne olejki (na przykład: ekstrakt z awokado, marakuii, orzechów makadamia, pestek winogron, migdałów, olejek jojoba oraz oliwa z oliwek). Nieoceniona jest również rola miodu czy rumianku. Cera tłusta, wbrew pozorom, nie wymaga nadmiernego wysuszania. Przydadzą jej się natomiast składniki, działające antybakteryjnie, ściągająco, matująco i regeneracyjnie, czyli różnego rodzaju kwasy (na przykład: kwas glikolowy, salicylowy), minerały (siarka, cynk), witaminy (przede wszystkim E), olejki (jałowcowy cytrynowy, olejek z drzewa herbacianego, cedrowy, lawendowy, kamforowy) oraz naturalne ekstrakty ze skrzypu, alg oceanicznych czy pokrzywy. Cera normalna, to najbardziej pożądany typ. Nie można jednak pozwolić sobie w związku z tym na całkowitą rezygnację z kremu. Warto zadbać o odpowiednie nawilżenie i ochronę przez czynnikami klimatycznymi. Wiek a krem Kolejną istotną kwestią w wyborze kremu do twarzy jest wiek. Jak wiadomo, niewystarczająca pielęgnacja skóry, może spowodować przyspieszenie procesu starzenia. Żeby uniknąć przedwczesnego pojawienia się zmarszczek w młodym wieku lub pogłębiania się ich w wieku dojrzałym, trzeba używać właściwych kosmetyków. W drogeriach najczęściej spotykane są kremy w następujących przedziałach: 20+, 30+, 40+ oraz 50+. Od trzydziestego roku życia, w środkach pielęgnacyjnych, zawarte już są składniki przeciwzmarszczkowe. Są to, między innymi: witamina A, hydrokwasy, filtry UVA i UVB. Gdzie szukać Duża liczba marek i rodzajów sprawia, że wybór dobrego kremu do twarzy nie jest łatwy. Najlepiej skorzystać zatem z pomocy pracowników drogerii i sklepów kosmetycznych  lub samodzielnie prześledzić oferty, dostępne w Internecie (warto sprawdzić: http://www.nivea.pl/ Produkty/Pielegnacja-twarzy/Typ-produktu/Pielegnacja-na-dzien). Artykuł Jak wybrać idealny krem do twarzy? pochodzi z serwisu Kamperki.

Możemy wreszcie przestać?

KAMPERKI

Możemy wreszcie przestać?

Jak uczyć dzieci języków obcych?

KAMPERKI

Jak uczyć dzieci języków obcych?

Urodziny black & white

KAMPERKI

Urodziny black & white

Mama potrzebuje kawy + przepis 2 w 1

KAMPERKI

Mama potrzebuje kawy + przepis 2 w 1

KAMPERKI

Jak skutecznie wyczyścić zmywarkę?

Zmywarka to takie stworzenie, które zawsze, po prostu zawsze zatyka mi się i odmawia posłuszeństwa, kiedy jest najbardziej potrzebne. Tak na przykład po dużej imprezie, kiedy stosy talerzy piętrzą się w zlewie, po urodzinach, a przede wszystkim wtedy, kiedy nie mam czasu i na szybko chcę wrzucić do niej wszystko i iść. Wtedy właśnie szanowna zmywarka przestaje działać, a ja zostaje uziemiona na długi czas nad wodą… Wielokrotnie czyściliśmy ją wszelkimi specyfikami, które są dostępne na rynku. I tymi co się wlewa, i wiesza, i wkłada. Z ręką na sercu – wszystkim. Jedno, dwa mycia było pięknie, a później znów to samo, i tak w koło Macieja. A najgorsze z najgorszych, zaczął pojawiać się okropny osad, który ciężko było mi zmyć nawet ręcznie. Horror i miliony myśli, że może by tak ją… I przyszedł ten dzień, w którym mój cudowny mąż wyczytał, jak fachowo, a przede wszystkim skutecznie wyczyścić zmywarkę. I wiecie co? To działa. Odpukać, żebym jutro nie musiała myć ręcznie, ale naczynia w końcu mi błyszczą, pachną, nie ma osadu. Jestem tak szczęśliwa, że w końcu talerze wyglądają tak, jak powinny i nie muszę domywać po zmywarce. Co będzie nam potrzebne? Kubek, który można myć w zmywarce szklanka octu szklanka proszku do pieczenia rękawiczki sól do zmywarki Jak to zrobimy? przede wszystkim załóż rękawiczki, opróżnij zmywarkę i dokładnie sprawdź, czy w odpływach i sitku nie ma resztek jedzenia. Jeżeli coś jest, udrożnij i oczyść. sprawdź poziom soli, jeżeli będzie jej za mało, uzupełnij umieść w zmywarce kubek, do którego wlej ocet, a następnie puść zmywarkę na jeden pełen cykl ( najlepiej ten najcieplejszy ~70stopni), po zakończeniu wyjmij kubek rozsyp proszek do pieczenia na spodzie zmywarki, a następnie puść zmywarkę na jeden pełny cykl gotowe! Efekt jest piorunujący! Wszystko błyszczy, nie ma osadu, nie śmierdzi, a przede wszystkim zmywarka idealnie myje, tak jakby była nowiutka. Naprawdę warto co dwa – trzy miesiące poświęcić chwilę swojej zmywarce i cyklicznie powtarzać jej mycie. Spróbujcie same – to naprawdę działa! Artykuł Jak skutecznie wyczyścić zmywarkę? pochodzi z serwisu Kamperki.

Wiem, że też tak masz.

KAMPERKI

Wiem, że też tak masz.

Zawsze chciałam być mamą, która czeka w domu z ciepłym obiadkiem na dzieci wracające ze szkoły i męża z pracy. Tak mi się w głowie jawiła moja przyszłość- uśmiechniętej pani domu, z kokiem na głowie w kolorowym fartuszku i pięknie pomalowanymi paznokciami.  Dla moich koleżanek takie rozwiązanie to było coś gorszego. A gdzie kariera, rozwój, znajomości, praca. Z dzieckiem, owszem, pół roku, później powrót do normalności. Monika, ale ty jesteś głupia. Nie masz kompletnie ambicji. Oczywiście rzeczywistość sprowadziła mnie na ziemię, pokazała że bycie z malutkim dzieckiem w domu, z dala od pomocy choćby babci, w parze z pięknymi paznokciami i misternie ułożoną fryzurą nie zawsze idzie w parze. Ale to, czego nie mogę sobie ująć, to to, że na męża zawsze czeka gorący obiad, choć często z mało gorącą żoną w koszulce na lewej stronie. Podziwiam wtedy perfekcyjne panie domu, że potrafią wszystko ogarnąć, są śliczne, ich dzieci jedzą tak, że kompletnie nie brudzą, a kurczak nigdy się nie przypali. Podejrzewam, że im to nawet muchy nie odbijają się od okien i nie zostawiają tych okropnych śladów w postaci kropek. Są też takie momenty, że mam ochotę wyrwać się z domu, sama samiusieńka iść między ludzi i rozmawiać z nimi. Ale wiem, że Ty też tak masz. Prawdopodobnie czytasz to mając jeszcze ręcznik na mokrych włosach, tak jak ja w tej chwili. Twoje dziecko zafrasowane w najbardziej brudną zabawę świata cieszy się siedząc na dywanie, a Ty ze łzami w zmęczonych oczach, przeglądasz fejsbuka z nadzieją, że napisał do Ciebie ktoś dorosły, kto nie zapyta o nic, co związane jest z macierzyństwem, albo zwyczajnie będzie, żebyś nie czuła się samotna. Wiedz, że nie jesteś sama. Bo chodź spędzanie czasu w domu z dzieckiem, to coś czego nie zamieniłabym na pracę w biurze,  jest ono bardzo wymagające. A często wiąże się z samotnością. Wydaje się być dziwne, bo przecież każdy posiłek dzielę z dzieckiem, nawet wizyta w toalecie często nie jest momentem, w którym jestem sama, ale często czuję się odizolowana i samotna w domu. Pewnie podobnie jak ja, nie za często pijesz gorącą kawę, a o długim gorącym prysznicu możesz zapomnieć. Jedyny Twój wolny czas to drzemka? Tak, to wspaniały czas na prasowanie, pranie, gotowanie i sprzątanie. Totalnie Twój. Bez dwóch zdań. A kiedy już sobie usiądziesz, słyszysz ten cichutki piękny głos wołający Mamo! Wszystko się zgadza, prawda? I na dodatek ci bardziej życzliwi krzyczą Ci do ucha: ale Ty masz cudownie, że siedzisz w domu, nic nie musisz robić, odpoczniesz sobie…, a Ciebie, choć na ustach uśmiech, w środku zżera a ręka sama składa się w pięść.. tak, Ty nic nie robisz. Kompletnie nic. A później przychodzi wieczór i czujesz się, jakbyś naprawdę nic nie zrobiła i zaczynają dręczyć Cię wyrzuty sumienia, że ciągle jesteś w tym domu, Twoje życie nic za sobą nie niesie a Ty jesteś totalną porażką. Możemy przybić sobie piątkę, ja płaczę każdego dnia. Tylko czasami przechodzę terapię wstrząsową. Tłukę sobie sama do głowy, że jestem dobrą mamą, a przede wszystkim całym światem dla mojego dziecka. Tak samo Ty. To właśnie Twoja osoba uczy je, gotuje, śpiewa, tańczy, rozśmiesza, pokazuje świat, biega i chroni. I chociaż wydaje ci się teraz, że to nic, to wszystko najlepsze, co możesz dla niego zrobić, a w to nigdy nie możesz wątpić. Ja wiem, są czasami dni, kiedy chciałabyś zamienić się z mamami jadącymi rano do pracy, tymi które w ciszy stoją w korku, albo nawet tymi kobietami, które jeszcze nie mają dzieci… ale potem łapią Cię takie wyrzuty sumienia, że masz ochotę wyrwać sobie włosy, bo pomyślałaś, że lepiej było by Ci samej… Jesteś tylko człowiekiem. I chociaż często jest ciężko, to przecież życie nie składa się z samych gorszych momentów. I wiem, że tak jak ja nie zamieniłabyś za nic na świecie widoku pierwszych kroków i uśmiechu o poranku, czyli tych małych rzeczy, które pojawiają się i znikają w mgnieniu oka. Ja jestem za to wdzięczna każdego dnia. I nie możemy się obwiniać i myśleć, że musimy być perfekcyjne każdego dnia. Nie musimy. Nic się nie stanie, kiedy w zlewie poleżą trzy godziny dłużej gary. Nic się też nie stanie, jak puścisz swinkę pepę i dasz sobie chwilę luzu. I również nic się nie stanie, jak zostawisz na parę chwil dziecko z tatą czy babcią. Pracująca czy nie, Ty to nadal kobieta, która musi mieć kawałek świata dla siebie. Nauczyłam się nie narzekać, że jest mi ciężko. Bo macieżyństwo to był mój świadomy wybór. Są gorsze i lepsze dni i choć kocham każdą część bycia mamą, czasami walczę, tak samo jak Ty. Zapamiętaj, że nie jesteś sama, a w wielu domach są kobiety takie jak Ty. I jeżeli kiedykolwiek będzie Ci smutno, źle a dziecko będzie wchodzić na głowę, pisz, pogadamy o najświeższych plotkach przy wirtualnej kawie. Nie bój się być prawdziwa. Jesteśmy przecież takie same! Liwia Czapa, komin i bluza – BUBA Artykuł Wiem, że też tak masz. pochodzi z serwisu Kamperki.

KAMPERKI

Weź odblask – błagam!

Pewnie gdybym nie miała wyboru, było by inaczej, ale na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie życia bez samochodu. Korzystamy z niego właściwie każdego dnia – Wojtek z racji pracy, a ja żeby dostać się gdziekolwiek. Oboje spędzamy na tyle dużo czasu za kółkiem, żeby napatrzeć się na to, co dzieje się na drogach. I jestem pewna, że większość z Was przyzna mi rację- to jest przerażające. Pomijam fakt, jak jeżdżą ludzie i to, że niektórzy nie powinni w ogóle siedzieć za kółkiem. Mnie przerażają bardziej bezmyślni piesi. Taka sytuacja z wczoraj, kiedy wracaliśmy autostradą z Krakowa. Późny wieczór, ciemno, zimno, pada deszcz, a po pasie awaryjnym idzie człowiek. Jak gdyby nigdy nic. Pierwsza sprawa, co Ty człowieku tam robisz? Może miał powód, może zepsuł się samochód, nie wiem, ale szedł totalnie nieoświetlony, w ciemnych ubraniach, bez odblasku. Sam prosił się o śmierć. Wiecie, kiedy go zauważyliśmy? W ostatniej chwili. Ale co by było, gdyby ktoś go nie zobaczył, musiał odbić na awaryjny, bo coś wydarzyło by się na jego pasie..` Niewiele dalej,  podobna sytuacja, tym razem wioska, a właściwie jej skraj. Kobieta i dziecko. Po niewłaściwej stronie ulicy, odwróceni tyłem, w ciemnych ubraniach, nieoświetleni, bez odblasków. Zupełnie niewidoczni. I tak samo zdążyliśmy ich zobaczyć kilka metrów od naszego samochodu.. Wiecie, że od września noszenie odblasków, kamizelek, światełka jest obowiązkowe i podlega karze mandatu? To jeden aspekt, który powinien przekonywać pieszych… ale jest drugi, ważniejszy… Kobieto, Mamo, Babciu! To Ty jesteś sercem domu, dbasz o swoich najbliższych, opiekujesz się nimi, gotujesz, sprzątasz i zapewniasz bezpieczeństwo. Dlaczego na drodze o tym zapominasz? Uwierz mi, Ciebie nie widać. Przyszła jesień i od godziny 17 nie widać już nic. Masz ciemną kurtkę, ciemne spodnie i kaptur na głowie. Twoje oczy nie zaświecą się, jak sarnie, kiedy natrafią na moje światła. Nawet Twój wewnętrzny blask nie porazi mnie w środku nocy. Mimo tego, że idziesz prawidłową stroną drogi, ja Ciebie nie zobaczę. Wiem, może i wyszłaś tylko na moment, tylko do sklepu, czy sąsiadki dom obok, ja nadal Cię nie widzę. Następnym razem, kiedy wyjdziesz po zmroku na dwór, załóż kamizelkę, weź odblask lub latarkę. Zapal chociaż wyświetlacz od telefonu , to zawsze znak dla mnie, kierowcy, że ktoś idzie ulicą. To jeszcze bardziej wyostrzy moją czujność. Ja też jestem tylko człowiekiem, mamą, która na pokładzie ma swoje dziecko. Uważam na Ciebie, ale chcę mieć 100% pewności, że Ty uważasz też na siebie. Pamiętaj, że w domu ktoś na Ciebie czeka i choćbyś miała przejść 5 metrów to ŚWIEĆ PRZYKŁADEM przede wszystkim dla swojego zdrowia i życia. Błagam! Artykuł Weź odblask – błagam! pochodzi z serwisu Kamperki.

10 plakatów black& white – do pobrania!

KAMPERKI

10 plakatów black& white – do pobrania!

Kurczakburgery z dodatkiem pieczonej papryki – palce lizać!

KAMPERKI

Kurczakburgery z dodatkiem pieczonej papryki – palce lizać!

Wczoraj zdarzyła się rzecz niesłychana, która nigdy wcześniej nie miała miejsca. Naraziłam swoje małżeństwo na poważne niebezpieczeństwo, a i zdrowie męża mogło zawisnąć na włosku, powiem Wam, że jak teraz o tym pomyślę, to aż włosy dęba stają, co się mogło z tym moim chłopiną stać.. Pojechałyśmy wczoraj z Liwią na sesję zdjęciową do cudnej Magdy Abramowicz (patrzcie tu, boskie dzieła), a że to w mieście innym, to sam dojazd, sesja, przygotowanie, bieganie, skakanie, pozowanie- no nie powiem, trochę nam zajęło. Później kawka, jedna druga, bo z koleżanką pół wieku się nie widziałyśmy i tak nam zeszło, że zwyczajnie zapomniałam o powrocie do domu.. I wtem telefon, że Mąż z pracy jedzie, a tu obiadu nie ma. Pierwszy raz w moim całym życiu z tym biednym człowiekiem nie zrobiłam mu obiadku, aż sama nie mogę w to uwierzyć, ale tak, musiał radzić sobie sam. Naraziłam biedaczka na głodówkę i samodzielne krojenie, smażenie i olaboga! przyprawianie. Właściwie to nawet miałam trochę wyrzuty sumienia, jak wieczorem wjechałyśmy na gotowe. Ale co mnie bardziej przeraża to to, że zrobił jedzenie o wiele lepsze niż ja. Idealnie doprawione, pięknie podane, porcja w sam raz. Gdyby nie to, że lubię gotować, mógłby tak codziennie, a ja leżałabym i pachniała. Nie byłabym sobą, gdybym nie chciała wynagrodzić, tego wielkiego kuchennego poświęcenia, więc na weekend dostanie swoje ukochane kurczakburgery. Bo wiecie, dopóki nie żyłam w większym mieście, jakoś nie łapały mnie za serce, a przede wszystkim za żołądek, te wszystkie fastfoody, które krzyczą do mnie na każdym kroku. Naprawdę, gdyby nie to, że ze sobą walczę, no i z portfelem też, a przede wszystkim jestem świadoma tego, co to za jedzenie, to taki mak albo kfc, mieli by ze mnie klientkę na medal. Codziennie. Dlatego szukam zawsze domowej alternatywy na takie zachcianki, które przede wszystkim nie są smażone na głębokim oleju, często mogę zrobić je w naczyniu do gotowania na parze, a przede wszystkim z mięsa, którego pochodzenie znam. No dobra, znam na pewno jego drogę z mięsnego do mieszkania, ale to i tak więcej. Ale wracając do kurczakburgerów – świetna alternatywa dla zwyczajnych kotletów, z ukrytymi w środku warzywami, a na dodatek w pysznym sosie (lub nie sosie ;) ) ze słodkiej czerwonej papryki. Kiedy robiłam je pierwszy raz, na super hiper wymyślonej przeze mnie diecie, przygotowałam je zdrowo – na parze. Ale tak po domowemu, gar z wodą, na to drabinka i na tym kotlety. To mi nie wypaliło. Rozwaliły się w drobny mak. Prawdopodobnie w naczyniu do gotowania na parze, wyszłyby idealne, kruche a przede wszystkim zdrowe. Odpuściłam trochę dietę i te smażone na patelni są delicious! To co , przepisik! KURCZAKBURGERY Z SOSEM PAPRYKOWYM (przepis na 4 porcje) SKŁADNIKI: Mięso: 0,5 kg mięsa mielonego z kurczaka (ja bardzo drobno kroję) 1 jajko 1 ząbek czosnku 1 papryka czerwona (mała) cytryna natka pietruszki olej do smażenia przyprawy Sos: 3 czerwone papryki 1 cebula oregano cukier sól, pieprz olej 2 ząbki czosnku PRZYGOTOWANIE: Mięso: pokrojoną w kosteczkę paprykę mieszamy z jajkiem i mięsem dodajemy rozgnieciony czosnek, pietruszkę, sól, pieprz oraz inne przyprawy na jakie macie smak chłodzimy mięsko w lodówce, a potem formujemy 4 równe kotlety smażymy na rozgrzanym oleju, po kilka minut na każdej ze stron Sos: pieczemy papryki w piekarniku w temp 200 stopni, aż zbrązowieją po ostygnięciu obieramy ze skórki i kroimy w drobną kosteczkę zeszkloną cebulę i czosnek mieszamy z papryką i podsmażamy na małym ogniu, dodając resztę przypraw A teraz to już sama przyjemność. Możemy je podawać w chlebku pita, w bułce czy tortilli, mieszając z sałatami, sosem, jogurtami, właściwie ze wszystkim. Moja wersja to przypieczona w piekarniku buła, mix sałat oraz troszeczkę jogurtu. A! I jeszcze plasterek żółtego serka na ciepłym kotleciku! PALCE LIZAĆ! Artykuł Kurczakburgery z dodatkiem pieczonej papryki – palce lizać! pochodzi z serwisu Kamperki.

KAMPERKI

Szpital marzeń

Są takie dni, kiedy nóż się w kieszeni otwiera, tylko nie wiadomo na kogo z tym nożem skoczyć. Właśnie przeczytałam w lokalnej gazecie o śmierci dwulatka. Małego człowieka, takiego jak moja Liwia, który teraz powinien skakać po łóżku i mówić mamie, jakie widział zwierzęta w zoo. Małego człowieka, którego ktoś kocha tak samo mocno, jak ja swoje dziecko. I do tej pory mam ciarki na ciele, kiedy myślę, że chłopiec umarł w szpitalnej izbie przyjęć. To jest tak absurdalne, że aż niewiarygodne, jaka tragedia wydarzyła się w miejscu, do którego rodzice przyjechali po pomoc. Tam, gdzie nigdy w życiu nie powinno się to zdarzyć, zawalił się świat jakiejś mamie i tacie. Pojechali z bólem brzucha, a zostali z dziurą w sercu, bo lekarz kazał czekać.. za długo. Każda z nas jest mamą i oddałybyśmy życie za nasze maleństwa, a sama myśl o przykrościach, jakie mogą je spotkać od razu przyprawia mnie o potok łez. I prawdopodobnie siedziała bym teraz z tymi ciarami na plecach i gorzko przełykała łzy, gdyby nie fakt, że parę miesięcy temu byliśmy dokładnie w tym miejscu, w którym dwa wieczory temu ta rodzina pojechała po pomoc. Nie lubię pisać o złym, które nas spotyka, ale tym razem napiszę. Izba przyjęć przy naszym szpitalu to dno i jeszcze więcej mułu. Po prostu. Liwia jest niechorującym dzieckiem i dzięki Bogu, ale parę miesięcy temu poważnie nas wystraszyła. Kilka dni gorączki, wymioty, biegunka, nie chciała jeść, pić. Konsultacja z dwoma naszymi pediatrami, nawadniać na siłę, zbijać, ale gdyby coś się działo, co naprawdę mnie zaniepokoi, absolutnie się nie wahać, jechać do szpitala. Udawało się, zbijałam, na siłę poiłam, ale przyszedł wieczór a dziecko odpłynęło. Przelało się przez ręce, temperatura skoczyła powyżej 40 i to był ostatni impuls do tego, by jak najszybciej pojawić się w szpitalu. I tam się zaczęło. O 22 dojechaliśmy do szpitala i dwie bite godziny, do północy, czekaliśmy w kolejce. Nie pomagały prośby, groźby, widok półprzytomnego dziecka, niebezpieczna temperatura. Nic. Mieliśmy czekać, a bo to lekarz poszedł, a bo to wyszedł z pojemnikiem na jedzenie. Po prostu mieliśmy czekać. O 24 weszliśmy do gabinetu z ulgą, że wreszcie cierpienie dziecka się zakończy. Jakie to złudne jednak, bo w gabinecie trafiliśmy na dwóch praktykantów. Lekarzy, którzy sami nie wiedzieli, co zrobić. Zaczęło się od tego, że przekazałam pani doktor precyzyjnie nazwy leków jakie podawałam z dokładnymi dawkami, godzinami. Wszystko tak, jak powinna mama powiedzieć, a pani doktor zrobiła wielkie oczy, ponieważ nie dość, że nie znała nazw leków, to nie miała kompletnie pojęcia, czy ja dobrze czy niedobrze podałam je dziecku. Zero. Wyjęła swój kajecik, popatrzyła z przerażeniem na swojego kompana, po czym wyjęła telefon i zadzwoniła do przełożonego, bo nie wiedziała co robić. Lekarz decydujący o zdrowiu dzieci nie wiedział co robić. Po kilkunastu minutach, kiedy w końcu ogarnęła natłok informacji postanowiła, że zbada moje dziecko. Po godzinie 24, dziecko z 40 stopniową temperaturą, rozdrażnione i przerażone. Nie zdziwicie się chyba, kiedy napiszę, że Liwia zaczęła płakać, a ja prawie razem z nią. A co na to Pani? Uspokoić dziecko natychmiast! I za telefon do przełożonego, że ona nie wie co ma zrobić, bo ona nie umie zbadać, bo dziecko płacze! Chciałam ją zabić. Po prostu. Poprosiłam o zbadanie temperatury, bo sama mierzyłam przed przyjazdem. Ja prosiłam o to lekarza. Usłyszałam: my nie mamy na izbie termometru, tylko taki rtęciowy, ale to chyba pani dziecku nie zmierzy. Ja i tak jestem cierpliwa. Niejeden na moim miejscu rozniósł by to miejsce. Spokojnie, poprosiłam  i spytałam jeszcze raz o to, co my mamy robić i jak pomóc dziecku. Czy jest odwodnione? Czy ja mam tu zostać? Czy dostanie kroplówkę? Czy skierowanie do szpitala? ONA NIE WIE! Skóra niby ok, no ale oczy. Nie wie, czy jest odwodnione. Niby nie, no a może jednak jest? Może zadzwonić do kogoś? Kroplówki nie dostanie, bo NA IZBIE PRZYJĘĆ NIE MA OSOBY, KTÓRA ZROBI WKŁUCIE DZIECKU!  Najlepiej zostać do rana, bo wtedy po obchodzie zrobią kroplówkę! Tylko po co zostać do rana, skoro rano możecie przyjechać? Przepiszę wam leki na odwodnienie, podacie! Ale one kosztują 50 zł, to co, nie podacie?  Ahaaa już podaliście..  Hmmm, powiem wam tak, lepiej żebyście tu nie zostali, bo jutro dziecko będzie miało zapalenie płuc… … Zabraliśmy o drugiej w nocy Ją do domu, wykupiłam w aptece leki i całą noc przesiedzieliśmy nad  łóżeczkiem, wciskając na siłę, za pomocą strzykawki do antybiotyków, litry płynów i leków. Nawadnialiśmy ją tak, jak tylko umieliśmy. Mimo sprzeciwu Liweczki, płaczu i jej i naszego. Wyszła z tego. Na drugi dzień wróciła do siebie, a ja mam nauczkę na całe życie, że od pewnych miejsc trzeba trzymać się z daleka. Miejsc, które powinny ratować nasze dzieci. … Wiem, że ten tekst nie ma ładu i składu, ale ręce mi się trzęsą na samą myśl. Rodzinie Chłopca składamy najserdeczniejsze kondolencje. [*] Aniołku Artykuł Szpital marzeń pochodzi z serwisu Kamperki.

Sesja zdjęciowa cz. 1: Nonino

KAMPERKI

Sesja zdjęciowa cz. 1: Nonino

Prawie rok temu pisałam o naszej pierwszej sesji w życiu. Wtedy wydawało mi się to niezwykle trudne, żeby ujarzmić ponad roczne dziecko, poustawiać je tak, by wyszło dobrze na zdjęciach, sprawić dużo uśmiechu i dodatkowo kontrolować swoje miny. Ekhem ekhem…. Odwołuje to, co pisałam. Wtedy było bardzo prosto. (nasza sesja) Kilka dni temu miałyśmy okazję uczestniczyć w sesji zdjęciowej, kolejnej w naszej jakże długiej  karierze. Tym razem do ogarnięcia miałam dwulatkę. Skaczącą, wymyślającą, tańczącą dwuletnią dziewczynkę, która robi tak jak chce i to co chce. I to było wyzwanie. Co z tego, że najładniejsze światło było na środku planu, skoro w piłkę idealnie się gra właśnie z boku. Kto by tam stał, skoro można biegać. Już nie mówiąc o tym, jak ładnie śmiała się przez całą drogę, a w studio została zaczarowana. Ten mały łobuz uśmiechał się tylko wtedy, kiedy mi się coś działo. Czyt. uderzyłam się, przewróciłam i bolało. Wyobraźcie sobie same, co tam się działo. Ale dałyśmy radę. To znaczy Liwia. Ja swoje zdjęcia pominę milczeniem i zakopię głęboko w lesie… LIWIA: Spodnie , czapa i komin – NONINO Buty, bluza – Zara Artykuł Sesja zdjęciowa cz. 1: Nonino pochodzi z serwisu Kamperki.

DIY: Ciastolina na halloween

KAMPERKI

DIY: Ciastolina na halloween

Magia jesiennych weekendów

KAMPERKI

Magia jesiennych weekendów

Jestem nadopiekuńcza, tylko udaję..

KAMPERKI

Jestem nadopiekuńcza, tylko udaję..

Chyba nie ma jednej mamy, która się ze mną nie zgodzi, że chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Żeby było zdrowe, szczęśliwe, uśmiechnięte a przede wszystkim bezpieczne. Wszystkie kochamy swoje dzieci, tak mocno, jak tylko się da i próbujemy stworzyć im szczęśliwą przestrzeń do życia. Czasem, aż za bardzo. Wielokrotnie łapię się na tym, że mówię i zachowuję się przy świadkach tak, by pokazać, że potrafię trzymać dystans i pozwalam mojemu dziecku na w pełni samodzielną zabawę. Że mogę siedzieć z boku, niekoniecznie asekurując ją nawet w najprostszych czynnościach, że mogę patrzeć jak biegnie z górki i nie krzyczeć do niej zaraz się przewrócisz. Nawet w prostych zabawach domowych, kiedy tańczy z tatą na łóżku, albo kiedy stoi na podstawce przy umywalce i myje zęby. Mam ochotę stać tam z nimi i trzymać za ręce, bo co się stanie jak tata nie zdąży złapać, jak upadnie? Czasami nie potrafię sobie wbić do głowy, heloł! to jest ojciec tego dziecka, który tak samo chce dla niej dobra, jak ja. I faktycznie stoję przy nich i syczę na męża, i  oh i ah, kiedy powinie jej się nóżka, albo upadnie i zedrze kolano, wołając przy tym mama. Nie chcę być tym nadopiekuńczym rodzicem, który owija dziecko folią bąbelkową, by nie nabiło sobie małego guzka. Nie chce być tą, która nie nauczy jej, że nie zawsze się przegrywa. I tak często gotuję się w środku, bo chciałabym uchylić jej rąbka nieba, sprawić by czuła się idealnie, ale wtedy wiem, że  sama nie nauczy się upadać i podnosić. Ma dopiero dwa lata, więc jedyne co mogę zrobić to ubrać jej wygodny dres, czapę, zawiązać szalik pod szyją, krzyknąć, że kocham! i puścić w wir zabawy. Moja serce osiągnie temperaturę wrzenia, poziom strachu wchodzi na najwyższy poziom i cała drżę, ale pozwalam jej iść i bawić się tak, jak chce.. Mimo, że czasem kończy się to łzami. Liwia: Spodnie Creepy Cat i komin – NONINO Kamizelka, bluza i czapa – ZARA Artykuł Jestem nadopiekuńcza, tylko udaję.. pochodzi z serwisu Kamperki.

Dziś bez słów

KAMPERKI

Dziś bez słów