DWA PLUS CZTERY

A czy Ty zapracowałeś już na prezent?

Święta dobiegły końca. Trzy dni i po wszystkim. Trzy cudowne dni i wracamy do rzeczywistości. Ogromne przygotowania, 12 potraw, biały obrus, piękna zastawa – magia. Wigilia z dzieciakami wygląda podobnie, tylko zamiast pięknie białego obrusa, jest wylany barszcz. Zamiast 12 potraw, jest ich 20, bo każdy chce coś innego. Zamiast spokojnej, kilkudaniowej kolacji, jest sławne pytanie „kiedy przyjdzie Mikołaj”, zadawane zazwyczaj tuż po podzieleniu się opłatkiem. Jeśli jednak uda się dotrwać do końca, następuje moment kulminacyjny – nadchodzą prezenty. W niektórych domach, przynosi je osobiście Pan w Czerwonym Kombinezonie, z długą, watową brodą, zawieszoną złowieszczo na gumkach wokół uszu. Dzieciaki zbierają się dookoła i czekają z niecierpliwością na swoją kolej. Oczy świecą się niczym gwiazda polarna, a ciekawość zżera ich od środka. Już prawie, już za momencik… I w końcu słyszą: „a powiedz mikołajowi wierszyk / zaśpiewaj piosenkę, zatańcz – to dostaniesz prezent”… i cała dziecięca radość ulatuje. Pojawia się trema, strach, zawód, że to jeszcze nie czas na rozpakowanie prezentu. Po co to? Czego chcemy nasze dzieci nauczyć? Płacenia wierszem za podarunki? Odwdzięczania się, za podobno bezinteresowany prezent? Zapracowania sobie na dostanie czegokolwiek? Ja mówię stanowcze NIE. Pamiętam z dzieciństwa, a trochę czasu już minęło, jak Mikołaj poprosił mnie o wierszyk, a ja stremowana, powiedziałam, że mnie nogi bolą i nie powiem wierszyka. Byłam przerażona występem. Przerażona tym ,że jeśli nie wywiążę się z zadania – prezentu nie dostanę. Ja wiem, że wszyscy chcieli dla mnie dobrze. Że wszyscy chcieli sprawić mi radość. Zamówili wizytę brodatego Pana. Wierszyk był jego inicjatywą, bo tak robią wszyscy. No bo jak to tak, dać prezent bez niczego. Dzieci to nie są małpki cyrkowe, które na zawołanie dadzą najlepszy w życiu popis. Imieniny cioci, urodziny babci, Wigilia… Pokaż cioci jak ładnie śpiewasz Powiedz ten wierszyk co w przedszkolu się uczyłeś. Babcia chciałaby zobaczyć jak tańczysz… No luuudzie opanujcie się. Oprócz wspominanego Mikołaja, ja na szczęście nigdy nie musiałam dawać przedstawienia na zawołanie. Moje dzieci też do tej pory tego uniknęły…ale wielokrotnie spotkałam się z podobnymi praktykami w innych domach. Czy Wy sami, chcielibyście w swojej pracy prezentować bez przygotowania? Być wywołanymi w trakcie spotkania i z zaskoczenia dać najlepsze show swojego życia zawodowego? Nie? To dlaczego fundujecie to własnym dzieciom? Czy naprawdę muszą „płacić” za prezenty, które Mikołaj przynosi bezinteresownie, z miłości do dzieciaków? Prezenty są czymś, na co żadne dziecko nie powinno zapracować. Prezenty są czymś danym z miłości, a nie w ramach rekompensaty. Pomyślcie o tym, jak następnym razem poprosicie swoje dziecko o piosenkę…        

DWA PLUS CZTERY

Uśmiech dziecka jest miarą mojej doskonałości

Jestem mamą czwórki. Jestem nieidealną mamą czwórki. Jestem zwyczajną mamą czwórki. Po prostu jestem. Jaka? Dumna z tego, że nie jestem idealna. Nie przeczytałam poradników. Nie chodziłam na kursy i szkolenia. Wszystko co wiem (i to czego jeszcze nie wiem) zawdzięczam moim dzieciom. To dzięki nim wiem, żę to co robie, robię dobrze – bo oni są szczęśliwi. Czasami mam w domu armagedon. Wszyscy naraz krzyczą, a ja staram się przekrzyczeć ich. W chwili zwątpienia wyciągam broń ostateczną: „Kto chce oglądać bajkę?!” Tak,  ja puszczam moim dzieciom bajki i od czasu do czasu pozwalam grać na konsoli. Wole, żeby robiły to przy mnie, niż chowały się u kolegów. Nie oszukujmy się, nikt z nas nie ma ochoty na układanie puzzli czy przebieranie lalek o 6 rano w sobotę. Ja osobiście na pewno nie mam i pomimo, że każdy idealny rodzic wstałby razem z dzieckiem i ułożył puzzle składające się z 1500 kawałków, to ja chcę dalej spać. Właśnie dlatego w soboty króluje – puśćcie sobie bajkę i dajcie nam proszę chociaż 20 min jeszcze. Ta „bajka” to mój przyjaciel. Potrzebuje jej w wielu momentach mojego życia, takich jak „muszę posprzątać, muszę popracować, muszę posiedzieć chwilę bezczynnie.”. Bajka daje mi szczęście. GOTOWANIE Rzadko to robimy. W tygodniu moje dzieci dokarmiają placówki edukacyjne, a W weekendy dokarmia je ukochana babcia. Koniec końców, zdarza się nam ugotować obiad, szczególnie jak są chorzy i zostają w domu. Nie popisujemy się wtedy inwencją twórczą, bo zazwyczaj na stole lądują kurczaki i zupa pomidorowa – czyli bezpieczny zestaw dla wszystkich (no może poza wege tatą). SPRZĄTANIE Zanim pojawiły się dzieci, obiecywałam sobie, że to właśnie one będą sprzątały swoje pokoje. Marzyłam, że moje dzieci, będą same pilnowały porządku we własnych pokojach. Piękne to były marzenia i w sferze marzeń pozostały. Moje dzieci bałaganu nie lubią tak samo jak nie lubią go sprzątać. Mają sposób na szach-mat dla nas, sprzątają do czysta swoje pokoje, przynosząc tonę zabawek do salonu… – no o co Ci chodzi mamo??? W pokoju jest posprzątane… Chodzę więc ja sobie biedna „Marysia” i staram się chociaż usunąć przeszkody na drodze ewakuacyjnej w ich pokojach, powtarzając sobie jak mantrę: „kiedyś będzie mi tego brakować” RODZICIELSTWO PRAWIEBLISKOŚCI Lubię się przytulać, głaskać. W naszej rodzinie to tak bardzo naturalne i częste. Okazujemy miłość naszym dzieciom kiedy tylko możemy. Jednak gdy któreś uderzy się piszczelem i kant łóżka, przez gardło nie przechodzą nam zdania w duchu RB: – „Rozumiem, że boli cię noga i musisz poradzić sobie z bólem, ponieważ on kiedyś minie” – SERIOOO? przecież to boli cholernie, a dziecko wcale nie musi sobie z tym radzić, tylko może się wypłakać z całych sił w ramionach mamy czy taty i tylko to jest w tej chwili w stanie ukoić ten cholerny ból. PLAC ZABAW, ZAJĘCIA UMUZYKALNIAJĄCE Ja naprawdę nie lubię placów zabaw. Bieganie za rozwrzeszczaną Hanką, upominanie Krysi, żeby nie popychała dzieci, złowrogie spojrzenia innych rodziców, bo dwapluscztery wkroczyło i opanowało całe pole…to nie dla mnie. Wybieram się tam jeśli muszę. Jeśli bardzo proszą. Jeśli nie mam innego pomysłu. Podobnie jest z zajęciami dla maluszków. Próbowaliśmy wielokrotnie. RObiliśmy podchody. Jeździliśmy dwa razy w tygodniu. Najpierw Maciek i jego tańce – znudził się po pół roku i z jego zajęć zostały nam jedynie baletki. Potem Kilka prób z zajęciami pozostałych – to samo – klaszczemy, śpiewamy, wkręcamy żarówki – „mamoooo puściłam bąka” – to było dla nich najśmieszniejsze. Jestem mamą. Taką samą jak każda z Was. Jestem mamą, która zrobi dla dzieci wszystko. Jestem mamą, która dla dzieci jest idealna…dla wszystkich innych nie muszę. Jestem mamą, dla której uśmiech na twarzy dziecka, to najlepszy dowód na to,że to co robię jest dobre. Odpuśćmy. Wyrzućmy poradniki. Wsłuchajmy się w siebie. CHociaż każda z nas jest inna, dla naszych dzieci każda jest idealna.  Niech miarą naszego sukcesu, będzie uśmiech naszych dzieci.          

DWA PLUS CZTERY

To była moja porażka

Poranek jak każdy inny. Budzę się w zasadzie już zmęczona, bo albo siedziałam w nocy nad tekstem, albo siedziałam w nocy nad którymś z dzieci, albo po prostu nie mogłam spać. Dzieciaki jak zawsze robią wszystko, tylko nie to, o co ich proszę. Czasami mam wrażenie, że nigdy nie robią tego, o co ja w danej chwili proszę, co więcej, ich umysły są nastawione na robienie dokładnych przeciwieństw. No więc poranek płynie, cała czwórka dokazuje. Non stop słyszę krzyki, kłótnie, skargi. Nie potrafią nawet na 5 minut pobawić się w spokoju. Mają tonę zabawek, ale przecież wiecznie się nudzą. Mają setki planszówek, ale nie wiedzą co robić. Nie potrafią pogodzić się z przegraną i to jest najlepszy powód do kłótni – kto wygrał? Piski, hałas, płacz – codzienność. Siedzę sobie więc od 3 minut na fotelu, w mojej głowie zbiera się na burzę. Gotuje się coraz bardziej, bo siła pisku Krysi wchodzi na niebezpieczne dla moich uszu częstotliwości. Są coraz głośniejsze, częstsze, mocniejsze. Ja jestem bliska wybuchu, bo pomimo moich setek próśb, tysięcy upomnień, żadne nie reaguje tak, ja ja bym chciała. Żadne nie chce odpuścić – w końcu są uparci (oczywiście, że po tatusiu, przecież nie po mnie). Przy kolejnym: AAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! MAMOOOOOOO!!!!!! nie wytrzymuje. Podrywam się, wpadam do pokoju. Cała czwórka zamiera, jakbym była mordercą z horroru. Krzyczę i mocno gestykuluję, drę się z całych sił w moich płucach. Wykrzykuje im, że mam już dość, że tak nie może być, że mają pójść do swoich pokoi i siedzieć tam cicho, że jak nie potrafią się razem bawić, to nie będą wcale się bawili… To trwa może ze dwie minuty, może jedną… nie wiem…i nagle widzę je. Obie mają szkliste oczy. Obie poruszają brodą w dość znaczący sposób. Obie są przerażone. Moje córki. Widzą mnie drącą się. Patrzą na mnie jak na kata. Ich poczucie bezpieczeństwa legło w gruzach. Patrzę na nie przez ułamek sekundy i wiem, że jestem debilem. Kompletnym idiotą, którego można porównać niemal do atakującego psa, który broni się agresją. Ja broniłam się przed krzykami. STOP IDIOTKO!!! CO TY ROBISZ? Naprawdę chcesz być taka dla swoich dzieci? Naprawdę chcesz im to przekazać we wspomnieniach? NIE!!!! Przecież wystarczy pobawić się z nimi. Pomimo, że granie w kolejną banalną grę, czy picie herbatki „na niby” nie napawa cię entuzjazmem, dla Twoich dzieci to kolejne cudowne wspomnienie do kolekcji. ZAMIAST PREZENTOWAĆ SWOJĄ SIŁĘ KRZYCZĄC, POMYŚL JAK MOŻESZ IM POMÓC, ŻEBY NIE KRZYCZELI  – u mnie zadziałało po prostu siedzenie z nimi w roli rozjemcy. Sama moja obecność, wystarczyła im, żeby się opanować. W tamtym momencie poczułam, że poniosłam tego dnia kompletną rodzicielską porażkę, ale jednocześnie wiedziałam, że już nigdy nie chcę widzieć takiego przerażenia w oczach moich dzieci i nigdy nie pozwolę, żebym  to ja to przerażenie wywołała. Krzyk, szarpanie – myślicie, że to jest droga? Tak jest – najszybsza droga do porażki. Ja ją poniosłam… Przepraszam… Wracam na właściwy tor.

DWA PLUS CZTERY

Święta w trybie zombie

Rodzicielstwo to piękna przygoda. Rodzicielstwo to stan słodki, uroczy i pełen górnolotnych uniesień. Rodzicielstwo to najlepsze, co mogło się nam przydarzyć. Rodzicielstwo to jedno wielkie szczęście. To wszystko prawda, ale jest jedno ale. Każda matka, każdy ojciec ma chwile słabości. Jeśli nawet wydaje Ci się, że Ty akurat należysz to zespołu „Wonder Woman” czy „Supermena” i nic nie jest w stanie Cię złamać, to tylko Ci się wydaje. Popatrz wstecz – nigdy nie zdarzyło Ci się płakać z bezsilności po kolejnej nieprzespanej nocy? Nigdy nie miałaś tak bardzo dość dziecięcego krzyku, że zasłaniałaś sobie uszy, mając nadzieję, że to tylko sen i zaraz się obudzisz? Jeśli na oba powyższe pytania odpowiedziałaś twierdząco – to nie czytaj dalej, bo najwyraźniej jesteś wspomnianą „Wonder Woman” / „Supermenem” i nic nie jest w stanie Cię powstrzymać. Jeśli jednak chociaż na jedno odpowiedziałaś NIE – witam w klubie. Piękne czyste wnętrza, uśmiechnięte dzieci, bajeczne ubrania – widzisz to codziennie w sieci. Lepiej się to czyta? Lepiej klika – pewnie lepiej – ja też nie mam ochoty oglądać zrobionego przez dziecko bałaganu, bo mam swój własny w domu. Żyjesz jednak iluzją, że właśnie tak wygląda życie osób z drugiej strony ekranu. Wierzysz, że ich dzieci się nie brudzą, nie płaczą, nie wymiotują, a one same mają idealny makijaż, manicure i włosy. Otóż nie – te Panie mają takie same problemy jak każda inna mama. Te Panie tak samo jak wszystkie inne mamy mają chwile słabości. Płaczą z bezsilności. Warczą ze złości. To jest właśnie życie. Wiecie, że my (szczególnie) mamy same sobie zgotowałyśmy taki los? Idą święta. Z czym poza kolacją Wigilijną i prezentami Wam się kojarzą? Ze sprzątaniem, zmęczeniem i pędem, żeby wszystko było na czas. Znacie to? Wigilia, sprzątasz cały dzień, gotujesz, przygotowujesz idealny stół – i co? Siadasz do kolacji zmęczona. Nie potrafisz się nią cieszyć, bo najzwyczajniej w świecie nie masz na to siły i myślisz tylko o tym, żeby kolacja dobiegła już końca, a Ty mogłabyś w spokoju iść spać. Starasz się być idealna. Wszystko na najwyższym poziomie. Dopięte na ostatni guzik. Naprawdę myślisz, że dzieci będą mniej szczęśliwe, jeśli okna nie będą umyte? Wierzysz, że to zauważą? Ja wiem, przyjdzie do Ciebie teściowa i wypomni, że brudne – no i co z tego? Nie mieszka z Tobą. Jednym uchem wpuścisz, drugim wypuścisz – będziesz dalej żyć. Naprawdę sądzisz, że kolacja będzie smakowała inaczej, jeśli obrus nie będzie idealnie wyprasowany, a koszule Twoich dzieci będą pozostawiały wiele do życzenia? NIE! To nic nie zmieni. Zastanów się, co jest najważniejsze w świętach? BYCIE RAZEM, UŚMIECH i RADOŚĆ! Czy myślisz, że możesz to osiągnąć tylko morderczym wyścigiem to perfekcji? Ja też to robiłam. Sprzątałam do granic wytrzymałości, zapominając nawet o jedzeniu gdzieś po drodze. Przygotowywałam stos jedzenia, które i tak potem zostawało, bo ilość była przerażająca. Efekt? Blada, wykończona, nie nadająca się do życia siadałam do wspólnej kolacji i jedyne co słyszałam, to pytania, czy nie podobają mi się prezenty, bo się nie uśmiecham. Po co to, ja się pytam? A no po nic. Dla własnej satysfakcji… I Co mi po tej satysfakcji? NIC, KOMPLETNE ZERO Właśnie dlatego odpuściłam. Właśnie dlatego już nie wariuje przed 24 grudnia. Właśnie dlatego zwolniłam. Wystarczą nam czyste naczynia, pierogi z garmażeryjnego, barszcz z pudełka  i paluszki rybne dla najmłodszej. Jedyne co się liczy to uśmiech dzieciaków, to że siadamy do kolacji razem i najważniejsze – w takim samym składzie jak rok wcześniej… Kochani rodzice (tu szczególnie do mam – bo to one mają najczęściej potrzebę do osiągania perfekcji) – nie spinajcie się. Nauczcie się cieszyć tym, co Was otacza. Dopatrzcie się w Świętach (i wszystkich innych okazjach) tego drugiego dna. Tego piękna w byciu razem. Zobaczycie, że świat stanie się piękniejszy. Wasze dziecko nie zapamięta, że w dzieciństwie okna były czyste, a obrus idealnie wykrochmalony. Wasze dziecko zapamięta, że byliście razem i razem otwieraliście z wypiekami na twarzy, nawet najmniejsze prezenty. MASZ PRAWO BYĆ ZMĘCZONA! Ale postaraj się zminimalizować przyczyny tego zmęczenia.    

Puść wodze fantazji

DWA PLUS CZTERY

Puść wodze fantazji

Zielona Kraina

DWA PLUS CZTERY

Zielona Kraina

DWA PLUS CZTERY

Cichy ból

„Czteroletnia dziewczynka nie żyła już od kilku godzin, kiedy matka przyniosła ją na pogotowie. Mówiła, że dziecko „spadło z huśtawki”, chociaż na całym ciele miało obrażenia. Prokuratorzy nie mają wątpliwości: czterolatka była ofiarą „drastycznej przemocy„ Czytasz to i spoglądasz na swoją czterolatkę. Gardło zaciska się, łzy napływają do oczu. Jedyne co możesz powiedzieć to „dlaczego”? Jesteś matką. Kochasz swoje dziecko ponad wszystko. Zastanawiasz się jak to możliwe. Niestety – jak widać możliwe. Za naszymi ścianami istnieje przemoc. Świat jest jej pełen. Nie jesteś w stanie określić w jakich domach to się dzieje. Nie jesteś w stanie przewidzieć w którym to się stanie. W przypadku wspomnianej księżniczki, jedno dziecko było już w domu dziecka, a trzecie w drodze. Ta malutka był środkowym. Ta malutka całe swoje krótkie życie przeżyła w koszmarze. Ta malutka zyła z oprawcami i nikt nie chciał jej pomóc. Nikt nie wyciągnął do niej ręki. Nie było ciepłych Świąt, wymarzonych prezentów, pysznych potraw. Nie było czytania na dobranoc, przytulania na powitanie. Książeczek, zabawek, miłości, czułości. NIE BYŁO NIC! Dlaczego tak się dzieje? Czy rodzic jest w stanie skrzywdzić, lub pozwolić na krzywdzenie własnego dziecka? Niestety jest – jak pokazuje wiele innych przypadków, rodzic jest w stanie z zimną krwią pozbyć się własnego dziecka. Czytaliście o mężczyźnie w USA, który właśnie został skazany za umyślne „ugotowanie” swojego 2-letniego synka w nagrzanym samochodzie? Powód – przeszkadzał mu na drodze do romansowania z kobietami. Wyrafinowane. Okrutne. Zaplanowane w najmniejszym szczególe. A Mała Madzia? A Szymon z Będzina? Przykładów są niestety setki. Tracisz czasem cierpliwość do swoich maluchów? Ja tracę. Czasami para idzie mi uszami, oczy ze złości płoną. Mam ochotę wrzeszczeć, gryźć. Nigdy jednak, nawet w chwili największego amoku moich dzieci, nie przeszło mi przez myśl uderzenie ich. Nie przyszło mi do głowy, że mogłabym im coś zrobić. Mój mózg nie pojmuje i nie potrafi zrozumieć tego, co dzieje się z takim rodzicem. Z rodzicem, który zabija swoje dziecko. który pozbawia życia bezbronną małą istotę. Są kobiety, które dopuszczają się dzieciobójstwa ze strachu. przez otoczeniem, przed partnerem, przez napiętnowaniem, przed biedą. Czy to je w jakikolwiek sposób tłumaczy? Czy strach daje im usprawiedliwienie? Czy jest tylko wynikiem najwyższego stopnia egoizmu? Dlaczego za naszymi ścianami dzieje się tyle dramatów, a my nie potrafimy pomóc? Milczymy i udajemy, że nie słyszymy. Moje dziec czasami wyją niemiłosiernie. Czasami krzyczą. Czasami płaczą jakby obdzierali ich ze skóry. Zdarzają się im chwile amoku, histerii. Do tej pory nikt nie zapukał do nas sprawdzić co się dzieje. nikt nie zapytał jak dzieci. Nikt nawet się nie zainteresował. Naszym dzieciom nic nie jest i nic im nie grozi. krzyczą bo się kłócą. Wpadają w histerię, bo czasami nie dostaną tego, co chcą. Skąd jednak wszyscy dookoła wiedzą nie znając nas? Skąd mają pewność,że te krzyki nie są wołaniem o pomoc. Że za ścianą nie dzieje się dramat? Jesteśmy anonimowi na wielkich osiedlach. Żyjemy we własnych czterech ścianach, nie interesując się tym, co dzieje się wokoło. Nie znamy ludzi, którzy mieszkają obok. Jesteśmy kompletnie głusi. Dlaczego? Wystarczy zapytać, zainteresować się. Boimy się posądzenia o bycie wścibskim? Jeśli to jest cena za uratowanie zdrowia lub życia chociaż jednego dziecka – ja mogę ją płacić. Jeśli moje zainteresowanie, uchroni je przed krzywdą, to mogą nawet nazwać mnie wariatką. Nie bądźmy obojętni słysząc płacz za ścianą. Nie bądźmy głusi  na wołanie. To naprawdę może uratować kolejne dziecko, które nie „spadnie z huśtawki”.  

Wybieramy prezenty – czyli coś dla dzieci w każdym wieku.

DWA PLUS CZTERY

Wybieramy prezenty – czyli coś dla dzieci w każdym wieku.

DWA PLUS CZTERY

Będę programistą i już

Pamiętacie swoje dzieciństwo prawda? A pamiętacie swoje wyjazdy zimowe i letnie? Ja nie pamiętam tego co działo się w szkole, tak dokładnie jak pamiętam każdy wyjazd. Kolonie, zimowiska, obozy. Apele, chusty, zapadnięte łóżka. To wszystko zostaje w głowie. To najlepsze lata naszego beztroskiego życia. Każde zimowisko, każdy wyjazd to kolejna dawka pięknych wspomnień. Przygoda, zabawa, szał – przecież każdy z nas pamięta choć jeden swój „samodzielny” wyjazd. To co zostaje z nami na zawsze to wspomnienia. To co pozwala nam wracać z uśmiechem do przeszłości – to właśnie beztroska tamtych czasów. Z naszej czwórki narazie wyjeżdża tylko Maciek. Od kilku lat wakacje i ferie spędza z Kompasem. Już kolejny raz pojedzie z nimi na zimowisko. Dlaczego? Bo chcemy, żeby pamiętał swoje dzieciństwo i wspominał właśnie z uśmiechem na twarzy. Bo chce, żeby każde wspomnienie, wywoływało ciepło w jego sercu. Nadchodzą kolejne ferie. Tym razem zdecydowaliśmy się na Gry, Roboty & Komputery w Wiśle. W programie Scratch, RPG Maker, Lego Mindstorms, robotyka a to tylko ułamek tego, co przez tydzień będą robiły dzieciaki. 1000 zł powiecie – szaleństwo – a czy nie więcej wydajecie w ciągu roku na papierosy? Czy nie dużo więcej „marnujecie” wyrzucając nadmiar jedzenia które kupujecie? Ja przeliczyłam w pewnym momencie cały domowy budżet. Okazało się, że 1000 zł rocznie szło w błoto. To ok 90 zł miesięcznie – które możemy odłożyć i dać naszemu dziecku cudowne wspomnienia. Nie warto? Jak dla mnie warto. Dlaczego Kompas? Bo ufamy im w 100%. Idealnie dobrane atrakcje. Idealny podział wiekowy. Piękne miejsca. Kompetentna kadra. Czego chcieć więcej? Jedynie „dziękuję Wam” po powrocie. Jak dla mnie – to jest warte wszystkiego. PS: Jeśli chcecie pojechać z nami z Kompasem – śpieszcie się – zostało mało miejsc

DWA PLUS CZTERY

Będę programistą

Pamiętacie swoje dzieciństwo prawda? A pamiętacie swoje wyjazdy zimowe i letnie? Ja nie pamiętam tego co działo się w szkole, tak dokładnie jak pamiętam każdy wyjazd. Kolonie, zimowiska, obozy. Apele, chusty, zapadnięte łóżka. To wszystko zostaje w głowie. To najlepsze lata naszego beztroskiego życia. Każde zimowisko, każdy wyjazd to kolejna dawka pięknych wspomnień. Przygoda, zabawa, szał – przecież każdy z nas pamięta choć jeden swój „samodzielny” wyjazd. To co zostaje z nami na zawsze to wspomnienia. To co pozwala nam wracać z uśmiechem do przeszłości – to właśnie beztroska tamtych czasów. Z naszej czwórki narazie wyjeżdża tylko Maciek. Od kilku lat wakacje i ferie spędza z Kompasem. Już kolejny raz pojedzie z nimi na zimowisko. Dlaczego? Bo chcemy, żeby pamiętał swoje dzieciństwo i wspominał właśnie z uśmiechem na twarzy. Bo chce, żeby każde wspomnienie, wywoływało ciepło w jego sercu. Nadchodzą kolejne ferie. Tym razem zdecydowaliśmy się na Gry, Roboty & Komputery w Wiśle. 1000 zł powiecie – szaleństwo – a czy nie więcej wydajecie w ciągu roku na papierosy? Czy nie dużo więcej „marnujecie” wyrzucając nadmiar jedzenia które kupujecie? Ja przeliczyłam w pewnym momencie cały domowy budżet. Okazało się, że 1000 zł rocznie szło w błoto. To ok 90 zł miesięcznie – które możemy odłożyć i dać naszemu dziecku cudowne wspomnienia. Nie warto? Jak dla mnie warto. Dlaczego Kompas? Bo ufamy im w 100%. Idealnie dobrane atrakcje. Idealny podział wiekowy. Piękne miejsca. Kompetentna kadra. Czego chcieć więcej? Jedynie „dziękuję Wam” po powrocie. Jak dla mnie – to jest warte wszystkiego. PS: Jeśli chcecie pojechać z nami z Kompasem – śpieszcie się – zostało mało miejsc  

DWA PLUS CZTERY

Marzyć każdy może – więc marzę.

Marzenia są po to to, żeby je spełniać – same się nie spełnią. Marzenia dają nam chwilę ukojenia. Marzenia są chwilą dla samego siebie. Ja też marzę – jak każdy. Mam masę planów, potrzeb, pomysłów do zrealizowania. Jestem teraz w takim momencie, że albo zacznę je właśnie realizować, albo zabraknie mi siły, motywacji i czasu na dojście do celu. Nawet nie macie pojęcia jak wiele w moim życiu rodziło się nowych „pomysłów na życie” jak byłam nieco młodsza. Od bycia dozorcą (bo może długo na podwórku siedzieć i nikt go do domu nie woła), poprzez bycie lekarzem (niestety widok wnętrzności powodował, że moje wychodziły na wierzch) do prowadzenia własnej firmy. Podczas gdy zawodowa ścieżka jakoś się ułożyła, nadal czegoś w niej brakuje. Lubię robić kilka rzeczy naraz, więc cały czas szukam, kombinuję, robię. Nie chcę się zatrzymywać – wręcz przeciwnie – chcę biec dalej. Jest jednak kilka fantazji, które są swego rodzaju celem na mojej drodze. Podobno jak wizualizujesz marzenia i o nich opowiadasz – łatwiej je spełniać. No to jedziemy. Opowiem Wam o tych najbardziej przyziemnych. O tych, które najłatwiej będzie zrealizować. O tych, które zależą tylko i wyłącznie od nas samych, bo marzenie o zdrowej i szczęśliwej rodzinie już zrealizowałam i mam nadzieję, że to zdrowie na zawsze z nami pozostanie. Chciałabym w końcu zbudować nasz własny dom. Nie jesteśmy jeszcze nawet na etapie kupna ziemi – ale ja po prostu chcę mieć swój własny, niezależny kąt, gdzie dzieciaki nie będą musiały dzielić się pokojami, a ja nie zwariuję od braku miejsca na nasze rzeczy. Taki który urządzę tak ja ja tego chcę, a nie tak jak ktoś to zrobił przede mną. W takim, w którym będę czuła się swobodnie, nie zastanawiać się, czy nie zniszczę podłogi, jak dzieciaki rzucają na nią zabawki. Po prostu nasz! Chciałabym wyjechać na porządne wakacje – całą rodziną. Takie najzwyklejsze last minute. Drinki z palemką, basen, lenistwo, słońce. Takie bez stresu i zaglądania do telefonu. Tylko nasza szóstka i żar z nieba. Beztroskie chlapanie i marudzenie przy kolacji. Żeby chociaż przez dwa tyg, naszym jedynym problemem, był wyścig po najlepsze leżaki przy basenie, a rano przy śniadaniu czy mówić „good morning” czy „guten morgen”. Powiecie – no to pojedźcie – po prostu – jedźcie. Wyobrażacie sobie zapłacić za dwa tyg? Dla sześciu osób? – Ja też nie… zawsze są inne wydatki niestety – więc marzę, że kiedyś się to zmieni. Chciałabym pójść na prawdziwą, spokojną, romantycznie nieprzyzwoitą randkę  z własnym mężem. Taką z biegiem za rękę w deszczu. Taką z ostatnim rzędem w kinie. Taką z prawdziwego zdarzenia. bez patrzenia na zegarek, bo już czas wracać i zwolnić opiekunkę. Bez zastanawiania się czy dzieciaki doprowadziły już babcię do szaleństwa. Bez martwienia się czy ciocia jeszcze daje radę. Po prostu randka. Ja i on. Nic więcej. Wiem, że na nią pójdę – za 10 lat Chciałabym się wyspać. Po prostu spać, aż sama się nie obudzę. Tak spokojnie, bez nogi na twarzy i palca w oku. Bez jęczenia, marudzenia i konieczności zrobienia naleśników. Chciałabym po prostu spać. To marzenie jednorazowe – bo za chwilę brakuje mi tego palca w oku i już tego nie chcę – ale marzenia pozwalają na taką samowolkę – więc marzę Chciałabym zmienić samochód na większy – ten który mamy obecnie jest cudowny, ale ma tylko 7 miejsc i przy 6 osobach plus pies – na nic więcej nie ma już w nim miejsca. Wyjazd na dłużej i konieczność zabrania bagaży, powoduje, że na naszym dachu ląduje wielka „trumna”, a auto upchane jest po sam sufit.Nie ma jak się ruszyć, nie mówiąc nawet o wyprostowaniu nóg. Torby są wszędzie. Ja po prostu marzę o dwóch dodatkowych miejscach w samochodzie. Chciałabym dotrzeć do tego momentu w życiu, żebym mogła powiedzieć – to co robię jest idealne dla mnie. Móc być dla samej siebie szefem. Wiedzieć, że to ode mnie zależy ile i czy zarobie. Nie martwić się, że pierwsze oznaki przeziębienia któregoś z dzieci, oznaczają dla nas stres i 80% pensji. Chciałabym spędzić dzień w SPA – przyziemne prawda? Ale ja naprawdę bym tego chciała – tylko raz, na spokojnie, wiedząc że nic nie może mi w tym dniu przeszkodzić. Po prostu leżeć i być rozpieszczaną, bez łączności ze światem zewnętrznym. Bez sprawdzania maila i patrzenia na zegarek. to najbliższe realizacji – ale jeszcze chwile musi poczekać. Chciałabym móc zapewnić dzieciakom wszystkie zajęcia dodatkowe, o których marzą i które są poza naszą możliwością na chwilę obecną. Każde z nich chce czegoś innego. Każde prosi o własne marzenie. Maciek chce chodzić na piłkę i basen. Marcel chce karate i piłkę. Krysia marzy o tańcach i gimnastyce. Hania po prostu chce tańczyć. Dużo? Bardzo dużo. Wyobraźcie sobie rachunki…kiepsko co? Dlatego marzę, że pewnego dnia po prostu będę mogła sobie na to pozwolić, a dzieciaki będą czerpały radość z każdej godziny spędzonej  na wyśnionej aktywności. Chciałabym mieć własne studio fotograficzne. Uwielbiamy robić zdjęcia, ale do perfekcji nam jeszcze daleko. Uczymy się każdego dnia, ale do ideału brakuje jeszcze trochę sprzętu i możliwości. Marzę więc i nadal czekam, że marzenia się spełnią. Chciałabym zabrać na egzotyczną wycieczkę moją mamę. Taki wspólny wyjazd. Tylko ja i ona. Tylko my dwie na kilka dni (dłużej przecież bez pozostałych nie wyrobię). Dwie najlepsze przyjaciółki, słońce, palmy i słodkie nicnierobienie. Tak żeby zapomniała o wszystkich stresach. Nie myślała o piętrzących się problemach. Pozbyła się złych myśli i cieszyła chwilą. To wszystko jest naprawdę przyziemne, ale jeśli się bardzo tego chce – wszystkie da radę spełnić i ja w to wierzę. Zrobiłam listę i będę odhaczać każde kolejne. Każde spełnione. Za jakiś czas wrócę do tego tekstu i wiem, że będę mogła odhaczyć wszystko co napisałam. Za jakiś czas pokażę środkowy palec wszystkim tym, którzy dzisiaj uśmiechają się pod nosem, twierdząc, żę marzenia powinny pozostać w sferze marzeń. Bo ja cholernie tego wszystkiego chcę i mam cholerny zamiar to wszystko zrealizować. Trzymajcie kciuki i gońcie za swoimi marzeniami. Wszystkie się spełnią, jeśli bardzo tego chcecie.          

DWA PLUS CZTERY

Następne za rok?

Czwórka dzieci, w tym trójka rok po roku – to stan naszej rodziny. Przez 5 lat byłam mamą jedynaka. 5 długich lat. Przez kilka ostatnich dni, dostałam parokrotnie to samo pytanie: JAKA JEST NAJLEPSZA RÓŻNICA WIEKU MIĘDZY RODZEŃSTWEM? No  luuudzie – przecież ja tego nie wiem. Każde wyjście ma swoje plusy i minusy. Nie ma jeden złotej rady, ani jednej idealne różnicy. Z perspektywy czasu, mogę jedynie powiedzieć jakie te plusy i minusy są, a wynik tego działania, musicie sobie sami ustalić. I tak, posiadanie 5-cio letniej różnicy między jednym a drugim dzieckiem jest piękne bo: to pierwsze jest już na tyle „kumate” jak chodzisz w ciąży, że potrafi zrozumieć, że wiszenie na Tobie, nie jest najlepszym wyjściem, Jest w stanie samo się ubrać więc w trakcie ciąży, lub zaraz poniżej, nie będziesz wykonywała akrobacji na miarę Rosyjskiej Grupy Cyrkowej. Pieluchy kupujesz dla jednego, nowonarodzonego – starszy już dawno wie co to toaleta. jest szansa, że trafisz z ubrankami po starszym rodzeństwie  (w przypadku mniejszej różnicy wieku, zazwyczaj nie trafimy z porą roku). po narodzinach możesz w spokoju karmić piersią, nikt nie będzie wisiał i buczał Ci na kolanach, Minusy? – są, jak wszędzie: przez pierwsze lata starszy będzie miał kompletnie w nosie tego młodszego, a potem będzie kompletnie podirytowany, że młodszy coś od niego chce – nie licz na to, że będą się pięknie i spokojnie razem bawić – starszy zawsze będzie marudził, że jakiś bobas mu się po pokoju kręci, nie licz, ze starszy będzie opiekunem dla młodszeg0 – nie po to go rodziłaś, żeby teraz musiał w opiece nad rodzeństwem Cię wyręczać. A jak wygląda ta druga strona? Dzieci rok po roku? w pieluchach jesteś raz a porządnie, kieszeń cierpi, ale jak z nich wychodzisz, to czujesz ogromną ulgę dla duszy i portfela, dzieci wyhodują się razem… W zasadzie to wszystko robią razem. W zasadzie to nic nie robią – tylko się ciągle kłócą o kolor lizaka. Jeśli to dwie córki – masz przechlapane – będą walczyć o wszystkich i wszystko…stoisz z góry na przegranej pozycji. kupujesz pieluchy w hurtowej ilości i nadal jest ich za mało. przy Twoich piersiach wiszą dwie głowy. Nawet jak jedna jest najedzona – to nadal wisi – bo przecież nie pozwoli tej pierwszej wypić wszystkiego, nie masz czasu na nic – jak skończysz robić przy jednym to drugi właśnie ma kupę, poranne ubieranie to koszmar – najpierw w ciąży twoje ruchy są ograniczone, potem już po ciąży, starasz się zrobić to jak najszybciej, żeby nie wstrzymywać spoconego już i marudzącego pierwszego. zawsze, ale to zawsze zabawka rodzeństwa jest lepsza i ładniejsza od swojej własnej – a to powoduje nerwy i konflikty między braterskie (lub siostrzane). Jak widać, argumentów po obu stronach trochę jest. Powiem jedno – róbcie jak chcecie, nie patrząc na porady i doświadczenie innych. Jeśli chcecie mieć dziecko – to miejcie – bez wyliczeń, kiedy jest na niego najlepszy czas

DWA PLUS CZTERY

Po pierwsze: nie dotykaj!

Drogi obserwatorze, Mam 4 dzieci. To nie znaczy, że wiem więcej o ich wychowaniu, niż ktoś, kto dzieci ma mniej. To znaczy jedynie tyle, że znam więcej „sztuczek”, które na dzieciach własnych wypróbowałam. Czy naprawdę myślisz, że jestem złą matką, bo moje dzieci płaczą czasami? Gdy widzisz mnie zrezygnowaną w sklepie, bo moje dziecko leży właśnie na podłodze, krzycząc i kopiąc, bo wybrałam zły kolor lizaka, myślisz pewnie, że nie daje sobie rady z taką ilością dzieci. Z politowaniem przyglądasz się, jak staram się opanować histerię, podczas gdy pozostałe dzieci zaczynają się niecierpliwić. Zastanawiasz się, czy podejść? Nie musisz. Ja sobie daje fantastycznie radę, ale moje dzieci czasami nie potrafią poradzić sobie z nagromadzonymi emocjami. Ja nie ignoruję moich dzieci – ja czekam aż się uspokoją. Jedyne co mogę zrobić w takiej sytuacji to właśnie czekać. Przytulać i czekać. Wyglądam nieporadnie? Oczywiście – każdy w takiej sytuacji wygląda. Myślisz sobie „ja bym takiego dzieciaka szybko nauczył posłuszeństwa”. Naprawdę? To nie jest zwierzę w cyrku (tam też zwierzęta nie powinny być tak traktowane). To maluch, który nie potrafi jeszcze opanować własnych uczuć. Czy naprawdę to robi ze mnie złą matkę? Drogi obserwatorze, jeśli naprawdę zastanawiasz się czy nie podejść – to pozostań przy zastanawianiu się. Ja naprawdę nie potrzebuję „wujka/cioci dobrej rady”, który będzie straszył moje dziecko. Nigdy nie podchodź mówiąc: „o jaka brzydka dziewczynka tak płacze, chodź pójdziesz ze mną, zabiorę Cię jak będziesz tak płakała, zaraz przyjdzie policjant/ochroniarz”. Ja Cię o pomoc nie proszę. Nie oczekuj za nią wdzięczności. Drogi obserwatorze, proszę Cię, pod żadnym pozorem nie strasz mojego krzyczącego dziecka policją, ochroną w sklepie, kimkolwiek. Moje dziecko tego nie potrzebuje. Ono ma wiedzieć, że służby pomagają, a nie zabierają. Drogi obserwatorze – wiem, że mam piękne dzieci (jak dla każdego rodzica ich własne dziecko jest najpiękniejsze), ale nie próbuj dotykać ich policzków, mówiąc jak słodkie są. Nie staraj się pogłaskać ich włosów, mówiąc, że są jak u księżniczki lub księcia. One, tak samo jak dorośli są nietykalne. Dorosłego bez pozwolenia byś nie dotykał – więc nie rób tego moim dzieciom. Nie staraj się mi na siłę pomagać. Szanuj je tak samo, jak ja szanuję Ciebie.  

Jesienne zabawy – KONKURS

DWA PLUS CZTERY

Jesienne zabawy – KONKURS

DWA PLUS CZTERY

A może by tak czwarte?

Trójka dzieci. Plany na przyszłość ustalają się na bieżąco. Małe mieszkanie, tylko dwa pokoje. Siadamy, rozmawiamy, myślimy, kombinujemy. – kochanie – a może by tak jeszcze jedno? – no coś Ty, trójka już jest. – ale zawsze chcieliśmy mieć czwórkę, – no tak, ale gdzie my się zmieścimy? – i tak jest ciasno, mieliśmy zmienić na większe – no tak, masz rację – to co idziemy do lekarza? Porozmawiamy z nim? Bo musisz mieć pewność, że dla Ciebie to bezpieczne. – Idziemy… Tak w skrócie wyglądała rozmowa na temat czwartego dziecka. To nie były długie debaty. Oboje chcieliśmy dużą rodzinę. Oboje byliśmy na to zdecydowani. Moimi jedynymi obawami było to, że wcześniej przeszłam już 3 cesarki i nie byłam do końca przekonana, czy kolejna jest możliwa. Poszliśmy do lekarza, który prowadził poprzednie ciąże i wykonywał cesarki. Usiedliśmy i szczerze porozmawialiśmy. Zlecił badani, łącznie z USG blizny po poprzednich cięciach. Wykonaliśmy wszystko zgodnie z zaleceniami i wróciliśmy do niego z masą dokumentów. Przejrzał, uśmiechnął się i powiedział: ” Ja nie widzę przeciwskazań. Blizna ładnie się zrosła, nic innego się nie dzieje – jeśli są Państwo zdecydowani, to ja się tylko mogę cieszyć – teraz proszę zaprosić żonę na romantyczną kolację” Tak właśnie lekarz, rozwiał moją ostatnią wątpliwość, a miesiąc póżniej Hania była już w drodze. Ciąża z 7 latkiem, 3 latkiem i niespełna dwulatką w domu to jest dopiero wyzwanie. A w pracy, ja w domu z maluchami – jak żyć. W połowie ciąży ląduję na dwa tygodnie w szpitalu, skraca się szyjka. A. zostaje sam. Do końca ciąży noszę „krążek”, żeby donosić chociaż do 38 tyg. Ciąża, dzieci, życie – to wszytko wciągnęło nas wtedy tak bardzo, że zapomnieliśmy zapłacić OC za samochód. Mieliśmy 6 dni spóźnienia w odnowieniu polisy – niestety UFG ciąża i problemy zdrowotne nie obchodzą – 3600 pln im się należy, pomimo odwołań, są nieubłagalni. Życie. Tydzień 39,4 – skurcze. Krążek zdejmują. Idziemy rodzić. Cesarka nieco bardziej skomplikowana od poprzednich, ze względu na grubość zrostów. Po raz pierwszy A. nie chce być na sali. Po raz pierwszy nie ma odwagi. Siedzi pod drzwiami. Blady. Wszystko trwa ponad godzinę. W końcu słyszę płacz, zabierają malutką do taty i razem z nim idą na pierwsze „testy”. Już na sali pooperacyjnej dostaje informacje od A: „10 pkt, 3250, Piękna. Zdjęcie w załączeniu”. I już wiem, że wszystko będzie dobrze. Za małe mieszkanie, jeszcze pod koniec ciąży, zmieniliśmy na większe. Obawy – tylko jedna – żeby zdrowie nas nie opuszczało. Naprawdę nic innego się dla nas nie liczyło. Po 3 dniach jesteśmy wszyscy razem w domu i zaczyna się dla nas najlepsza przygoda życia. To nie jest tak, że problemy zniknęły. Nigdy nie powiem, że to bułka z masłem. Mamy chwile słabości, a w mojej głowie pojawia się kompletna niemoc. Momentami płacz z bezsilności. Problemy życia codziennego. Mamy jednak siebie…na zawsze (mówię o dzieciach, bo A to przecież nabyty członek rodziny) :).  

Nowości w świecie zabawek czyli kolejne spotkanie mam

DWA PLUS CZTERY

Nowości w świecie zabawek czyli kolejne spotkanie mam

Zwykły dzień tygodnia, ja jak zawsze spóźniona wpadam na spotkanie. Po cichu siadam z boku i słucham. Tak rozpoczęło się kolejne spotkanie KLUBU MAM EKSPERTEK. Wiecie to takie miejsce, gdzie mamy blogerki spotykają się i recenzują zabawki, oglądają nowości i opiniują ich użyteczność. Fajne co? Ja uwielbiam spotykać się z tymi dziewczynami, choćby dla samej kawy. Pierwsza prezentacja – Mattel i ich nowe Super Hero Girls oraz Monster High. Od razu wpada mi w ucho piosenka przewodnia reklamy i do tej pory nuce ja od czasu do czasu. Seria Superbohaterek – cudowna – jadą z nami do domu Poison Ivy i Wonder Woman, które od dwóch tygodni codziennie wędrują z nami do żłobka. Jest też coś dla starszych – View Master – okulary VR. Dzieciaki mogą poruszać się w wirtualnej rzeczywistości. Następna prezentacja – dziewczyny ze sklepu Patatoy. Przywiozły ze sobą fantastyczne rzeczy. Dla dziewczynek przecudowny komplet drewnianych przysmaków. Skrzynka przekąsek – tak nazywa się ten zestaw. Dziewczyny są zachwycone, a ja mam spokój – bo nie męczą o zabranie je na frytki – bawią się w domu. Codziennie wyciągają tace i handlują jedzeniem. Wszystko jest tak słodkie i piękne, że sama chętnie się z nimi bawię. Na koniec śmietanka – Magda i Wiola z Zabawkowicz.pl prezentują nam najnowszą ofertę firmy Trefl. Tym razem seria gier edukacyjnych dla najmłodszych. I tu poległam – zakochałam się. Weszłam do domu obładowana niczym wielbłąd. Dzieci dostały oczopląsu. Musiałam dawkować im emocje. Moje (i moich młodszych dzieci) serce skradł drewniany ksylofon połączony z grą. Mamy kilka kart, na każdej karcie zadanie, po drugiej strony kolor. Dziecko uderza pałeczką w dowolny kolor na ksylofonie i musi wykonać zadanie, znajdujące się na kartce w odpowiednim kolorze. Padłam, jak dzieciaki musiały zrobić żyrafę Zabawa była przednia. BABY CUBES – niby dla maluchów, ale moje dziewczyny z ogromnym zapałem układają kolorowe kostki i tworzą do nich niesamowite historie. POŁÓWECZKI – cudowne układanki, składające się z dwóch elementów do tego bogato ilustrowana książeczka, która podpowiada dorosłym jak można wykorzystać grę na różne sposoby. SAFARI BAM! BAM! – cudowne gra dla maluchów wspierająca rozwój muzyczno ruchowy. kolorowe cymbałki i karty, które dają nam nieograniczone możliwości do zabawy z dzieciakami – my mieliśmy niesamowity ubaw i nie mogliśmy przestać grać (to ta o której pisałam wyżej). GIGA PUZZLE – nasze dzieci kochana układanki, a te są duże, kolorowe i solidne. Do zestawów dołączona jest drewniana figurka, która umożliwia dalszą zabawę, nawet po złożeniu układanki. To tylko kilka przykładów tego, co ma w swojej ofercie trefl. Nam pozostało do wypróbowania jeszcze kilkanaście pudełek. Resztę gier znajdziecie poniżej. Każda z nich ma w sobie to coś. Uwierzcie mi – nie da sie wybrać tej najlepszej. Jest jeszcze coś dla starszaków Śrubki i śrubokręty firmy Alexander – czyli to, co mali majsterkowicze lubią najbardziej oraz gra planszowa GORĄCY ZIEMNIAK. Z braku czasu nie udało nam się w nią jeszcze zagrać, ale uwierzcie mi, zapowiada się genialnie. Jak to mówią „stay tuned for more” Niedługo więcej.  

DWA PLUS CZTERY

Skoro nie chcę, to nie muszę

Masz czasem takie dni, że chcesz rzucić wszystko, zaszyć się na bezludnej wyspie i nie wracać przez dłuższy czas? Jesteś zmęczona, zniesmaczona, wypalona? Znajdź pasję! Poszukaj i rób coś, co Cię uszczęśliwi! Brzmi znajomo? Oczywiście, przecież to hasła rodem z plakatów motywacyjnych, czy reklamy biura podróży. Pasja, hobby, zainteresowania – wieczne naciski, podpowiedzi. Rób to co kochasz, kochaj to co robisz! Mój mąż biega. Jest fanatykiem. Biega coraz więcej i bardziej ekstremalnie. Ma pasję. Poświęca się jej w każdej możliwej chwili (wiadomo 4 dzieci, takich chwil mało). Dobrze mu z tym. Ja nie biegam…tzn. próbowałam, na chwilę się nawet w tym zakochałam, ale miłość szybko minęła – jestem w tym przypadku widocznie nie stała w uczuciach. Trudno – nikt nie powiedział, że musimy dzielić pasję. Chodziłam na salsę, ostro ćwiczyłam – nie zaiskrzyło (chociaż uwielbiam ten taniec i tą muzykę) – zabrakło systematyczności. Podjemowałam jeszcze inne próby znalezienia swojej „pasji”, z lepszym lub gorszym skutkiem – nie wypaliło nic. MAM JEDNAK PASJĘ. Czy pasją można nazwać rodzinę? Oczywiście. W końcu to ona daje mi siłę, satysfakcję, radość. Czy pracę w „korpo” można również nazwać pasją? Jak najbardziej – skoro robię to co lubię, to czemu nie traktować tego jako hobby. Czemu każdy nawołuje do znalezienia tej cholernej pasji i czemu ma mi to pomóc w życiu. Ja chcę żyć tak jak żyję. Nie chcę biegać, nie chcę uprawiać sportów ekstremalnych, nie chcę biegać na siłownie 7 razy w tygodniu – żeby pokazać, że mam pasję. Jest mi dobrze właśnie tak jak teraz. Nie chcę, żeby ktoś starał się uszczęśliwić mnie na siłę. MOJE ŻYCIE JEST MOJĄ PASJĄ i to mi w zupełności wystarczy. Nie wykluczam innych zainteresowań – ja po prostu nie chcę szukać pasji na siłę. Bez niej da się żyć i wcale nie czerpię z życia mniej niż pasjonaci. Cieszę się każdą chwilą. DAJCIE MI ŻYĆ.  

DWA PLUS CZTERY

Zakupy w sieci – czy to się opłaca?

-Musimy pojechać kupić dzieciom buty na zimę… – Kiedy? – Jak najszybciej, wyrosły ze wszystkiego… – A nie możesz sama? – Ja sama? Z całą czwórką w sklepie? Chyba zwariowałeś.. – No nie, ja z nimi w domu zostanę… – A jak niby mam im przymierzyć, czy są dobre? – Zmierzymy im stopy i już, będziesz mogła kupić sama – To po co w ogóle jechać i się denerwować w tłumach? – Bo chcesz pewnie zobaczyć, jak „na żywo” wyglądają. – Nie mam takiej potrzeby – No to dawaj, kupimy online… Tak mniej więcej wygląda prawie każda moja rozmowa z A jeśli wspominam o jakichkolwiek zakupach z dziećmi. Uwierzcie mi. 4 dzieci i centrum handlowe – to nigdy nie pójdzie w parze. Z tych oczywistych powodów, postanowiłam w tym roku zaopatrzyć się wyłącznie w sklepie online. Dlaczego? Powodów jest wiele: nie muszę targać całej czwórki ze sobą, unikam focha, bo nie chcę kupić butów „ksężniczkowych” – czyli z wizerunkiem jakiejkolwiek Disneyowskiej bohaterki, nie krzyczą, nie płaczą, nie biją się, nie skaczą i nie uciekają, kupuje kiedy chce i mogę przejrzeć setki par, zanim wybiorę te najpiękniejsze, a nad moją głową nie stoi nikt i nie mówi – „chcę siusiu”, jeśli nawet źle dobiorę rozmiar, zawsze mogę odesłać i poczekać na odpowiedni – uwierzcie mi, pominięcie centrum handlowego jest warte te 12 zł na przesyłkę, buty przychodzą do domu, mogę więc przymierzyć je spokojnie dzieciakom i pozwolić chodzić po domu, żeby sprawdzić jak się układają na stopie, PROMOCJE! w sieci są ciągłe promocje. Porządne buty można kupić za 1/3 ceny tych sklepowych, OK – A. nie potrzebował przekonywania. Gdzie kupić najlepsze buty w najlepszych cenach? No jak to gdzie? w internecie. Nikt chyba nie ma żadnych wątpliwości, że internet jest najlepszym źródłem promocji. Mam 4 dzieci – Promocje są moim największym przyjacielem. trzymam się jednak zasady – TYLKO DOBRE BUTY ZNANYCH MI MAREK. Bardzo dobre okazje można złapać na Limango.pl. Możecie tam upolować buty znanych nam ze sklepowych półek, drogich marek, w obniżonej nawet o 80% cenie. W tym roku my postawiliśmy na marki, o których do tej pory tylko słyszeliśmy, że są rewelacyjne, ale jeszcze ich nigdy nie mieliśmy.  Dzięki temu w naszym domu pojawiły się buty marek Pio, Kamik, Indigo Ricosta. Z Limango jest tak, że musimy się zarejestrować, żeby dokonać zakupu. Możemy wtedy kupić wszystko w normalnych cenach, lub poczekać kampanię, konkretnej marki (w tej chwili trwa kampania super ciepłych butów Kamik, a za chwilę rusza Pio, El Naturalista i Indigo) – i wtedy polujemy na to, co upatrzyliśmy w promocyjnych cenach. Jeśli jednak nie chcemy się rejestrować, a buty chcemy mieć „już” to po prostu zaglądamy do  outletu Limango gdzie można upolować mega okazje. My właśnie w outlecie upolowaliśmy buty dla Hani. Nie znajdziecie w nim wszystkich modeli, ale te które są, dostaniecie w naprawdę atrakcyjnych cenach. Nam udało się wyłowić naprawdę świetne okazy. Wszystko zamknęło się w kwocie kilkaset zł mniejszej, niż gdybyśmy wybrali się na tradycyjne zakup do centrum handlowego. Same buty – genialne. Ciepłe, miękkie, lekkie. Solidne wykonanie. Wszystkie ocieplane, wodoodporne. Po godzinie na nogach naszych dzieci, nóżki są suche. Nic nie uwierało – a to dla nas najważniejszy plus. Żadne z nich nie chciało ich ściągnąć. Nawet chłopcy, którzy zazwyczaj nie są entuzjastami nowych ubrań. Każdy znajdzie coś dla siebie. Nie trafiliśmy tylko z rozmiarem dla Maćka – ale nie ma z tym żadnego problemu – buty trafiły do paczki  i pojechały do magazynu, a my właśnie wertujemy Limango w poszukiwaniu nieco mniejszych. Czy na lato też kupię coś w Limango? Oczywiście – jeśli znajdę coś co mnie interesuje, a do tego w dobrych cenach – biada memu portfelowi

DWA PLUS CZTERY

Chcę po prostu być

Bycie rodzicem to nie jest kaszka z mlekiem, czy bułka z masłem. To ciężka robota na całe życie. To pełna odpowiedzialność za siebie i za innych. To brak snu, odpoczynku, beztroski. Bycie rodzicem to najlepiej płatna praca jaka istnieje. Dostajesz w zamian miłość i szacunek. Opłacalne? Jak najbardziej. Tak jak każdy pracownik, musisz jednak dobrze wykonywać swoją pracę, żeby tą zapłatę dostać. Nie wystarczy się zatrudnić i codziennie do pracy przyjść. Wyobraź sobie swoje dzieci, jako pracodawcę. Myślisz, że ciągłe poganianie, strofowanie, zabranianie przyniesie efekt i pensje? Że non stop powtarzane „NIE TERAZ, PÓŹNIEJ, NIE MAM CZASU”, spowoduje, że Twój „pracodawca” zapłaci Ci pełną miłością? Jesteś pewien, że włączenie bajki i krótkie „Zajmij się sobą, pobaw się sam” da Ci podwyżkę? Otóż nie. Jesteś w błędzie. Twoje dziecko NIE JEST ZABIERACZEM WOLNEGO CZASU Twoje dziecko to TWÓJ CZAS. Wychowanie dzieci to naprawdę ciężka robota – ale postaraj się wykonywać ją należycie. Przeżyj życie razem z Twoimi dziećmi, a nie obok nich. Wiecie ile razy sama złapałam się na właśnie takich zachowaniach? „Nie teraz, nie mam czasu, nie mogę” – swego czasu to były częste odpowiedzi. Bajka na YT, telefon do ręki, tablet – kupowały mi  chwilę spokoju. Szybciej, nie mam czasu, śpieszymy się – towarzyszyło mi każdego ranka. Skończyło się. Nie chcę tak żyć. Chcę przeżyć życie, odczuwając je całą sobą. Chcę spojrzeć w przeszłość i móc powiedzieć, że moje dzieci miał mnie „w nadmiarze”. Nie chcę być „tabletowym” rodzicem, z głową wiecznie pochyloną nad ekranem. Nie chcę poświęcać wirtualności więcej, niż jest to konieczne. Nie pozwolę zabrać sobie realnego świata, w którym moje dzieci czekają na moją uwagę. Chcę po prostu BYĆ. Polecam.

DWA PLUS CZTERY

Zrozum, ja nie chcę Ci odpowiedzieć

Spotykamy się po długiej przerwie, przypadkiem, bez konkretnego planu. Uśmiechasz się sztucznie, przez zęby. Ja też wysilam się na bycie przyjemną. Całe dzieciństwo przecież się nienawidziłyśmy.  Potem kontakt się urwał, chociaż mieszkałyśmy na jednym osiedlu. Stoimy tak chwilę, wymieniamy informacje o tym, co wydarzyło się przez te paręnaście lat. Suche informacje, mniej lub bardziej zaskakujące. Dochodzimy do dzieci…informujesz, że u Ciebie ich brak – szanuję to, nie każdy musi i chce je mieć – to w sumie Twoja sprawa. Mówię Ci o swojej czwórce  i nagle dzieje się coś niesamowitego. Widzę Twoje źrenice, osiągające ponadprzeciętne rozmiary. Twoje ruchy stają się nerwowe, a słowa wychodzą z ust jak seria z karabinu maszynowego. Już po pierwszym pytaniu wiem, że dalej może być już tylko gorzej. Wielodzietni  temat bardzo wdzięczny, szczególnie w czasach 500+. Zwani patologią, idiotyzmem, brakiem odpowiedzialności, wielokrotną wpadką, kompletnym brakiem sensu. Żyjący w kompletnej nieświadomości antykoncepcyjnej. Razem z zaskoczeniem, najczęściej pojawia się seria idiotycznych pytań, na które my, patologiczni rodzice, wcale nie mamy ochoty odpowiadać. Wśród moich ulubionych, królują wciąż: Kiedy następne? – Jak tylko mąż wróci z pracy… To wszystko twoje? – Nie, połowę znalazłam po drodze, stały sobie, to zabrałam. Jeju jak Ty  dajesz rade? – Prawą ręką zazwyczaj. Które było wpadką? – Wszystkie, przecież ja nigdy nie chciałam mieć dzieci. Jak to, świadomie się na wszystkie zdecydowałaś? Nigdy w życiu, ja wtedy kompletnie nie miałam świadomości w co się pakuje. Kiedy Wy macie czas dla siebie? – Jak robimy to następne. Ale chyba tirem zakupy robicie? – Podjeżdżamy Żukiem i wynoszą nam wszystko od zaplecza, bo przez kasy trudno przejść. Ale chyba autobus musicie kupić do jazdy po mieście? Czekamy na wyprzedaż z MZA. Chyba dużo zarabiacie, ze Was na tyle dzieci stać? 500+ nas utrzymuje. No to teraz, jak jest 500+, to macie kupę dodatkowej kasy. Oczywiście, zaraz idę po futro z norek, zima nadchodzi, a potem inwestujemy w giełdę papierów wartościowych.

Oni wcale tego nie chcieli

DWA PLUS CZTERY

Oni wcale tego nie chcieli

DWA PLUS CZTERY

Nie panikuj, ma na to jeszcze czas

Temat stary jak świat. Wiele o nim napisano. Tysiące książek wydano. Miliony „pomocników” stworzono. W tym całym szaleństwie, my znaleźliśmy swój własny sposób. O czym mowa? Odpieluchowanie vel nocnikowanie. Więcej jaki jest najlepszy sposób na pozbycie się wiecznie wiszącego pampersiaka? Zrobić sobie drugie dzieckoJ Przy pierwszym byliśmy jak większość debiutantów, przekonani, że książki i porady nam w tym pomogą. Zakładaliśmy majtki treningowe, kupowaliśmy grające nocniki (Maciek odkrył, że muzyka pojawia się również jak nawrzuca tam zabawek, więc siusiu potrzebne nie jest), zakładaliśmy zwykłe majty, żeby wilgoć poczuł, nagradzaliśmy za siusiu „do nocnika” itd. I co? Wszystko to o kant d… potłuc. Jak przyszedł czas – sam się do nocnika przekonał, a w zasadzie to nocnik ominął i nakładka na deskę okazała się zbawieniem. Przy drugim myśleliśmy, że jesteśmy już tak bardzo doświadczeni, że pójdzie jak z płatka – nic bardziej mylnego. Nocnik przez długi, długi czas pozostawał w niełasce. Nie pomagały nagrody, kary to idiotyzm w tym przypadku. Nie przeszkadzały mokre majtki. Nic, a nic ze znanych nam sposobów nie zdawało egzaminu. Aż pewnego pięknego dnia, Marcelek sam z pieluchy zrezygnował. Podpatrzył, że starszy brat idzie siusiu do toalety i sam stwierdził, że on też tak chce. Może i poczekaliśmy dłużej niż inni, może powinniśmy już zacząć naukę jak tylko siadać się nauczył, ale po co? W jakim celu mieliśmy stresować i siebie i jego. Odpuściliśmy zupełnie i to była najlepsza nasza decyzja. Dopingowaliśmy go jak sam poszedł do toalety, przypominaliśmy że siusiu już zrobić powinien i to cała nasz praca. Przy Krysi poszło jak z płatka – zainwestowaliśmy przebiegle w nocnik z Peppą i udało się za pierwszym razem. Bez płaczu, namawiania, problemu. Patrzyła, jak bracia chodzą do toalety i sama postanowiła robić to samo. Żadnych większych wpadek. Teraz mamy Hanię. Hania ma własny pomysł na dzieciństwo. Hania ma własne ścieżki, po których kroczy. Hania odpieluchować się nie chce, a my jej wcale z tym nie popędzamy. Hania jest fanatykiem mleka wieczornego. Potrafi wypić takie ilości, że czasem sama zastanawiam się, gdzie ona to wszystko mieści. Hania domaga się również mleka w nocy, ale my, sprytni rodzice, królowie przebiegłości i mistrzowie kamuflażu, wsypywaliśmy najpierw coraz mniej łyżeczek mleka do butelki, a potem przestaliśmy dodawać go kompletnie. Hanka, jak to Hanka – nie za bardzo przejęła się, że jest za mało mleka w mleku, i przestawiła się na popijanie w nocy wody. Jedyne co się nie zmieniło to ilości. Potrafi wypić nawet litr przez całą noc. Co za tym idzie, deperacko poszukiwaliśmy pieluch, które będą w stanie wytrzymać taki napór wody. Wszystkie do tej pory stosowane marki nie podołały…przegrywały z kretesem ok 2 w nocy. Ostatnią nadzieję położyliśmy w pieluchach Dada (wypuścili teraz wersję premium). Pierwsza noc – 6 rano, nadal nie ma plam na pościeli. Druga noc – 7 rano, nadal bez plam. Trzecia noc – poranek bez niespodzianek. Szok – żadna jeszcze sobie z tym nie poradziła. Powiem Wam jedno. Szczególnie tym wszystkim rodzicom, którzy napierają na odpeiluchownie. SPójrzcie na swoje maleństwo, pomyślcie – jak raz już  z pieluch wyjdzie, nigdy do nich nie wróci, a Tobie będzie brakowało, zmieniania ich 20 razy dziennie. Przestałam czytać poradniki jakiś czas temu. Wszystkie powielają te same sposoby. Tak samo każą nam stresować nasze dzieci mokrymi majtami. Spotkałam się nawet z poradami typu „jak się zsika na podłogę to trzeba dziecko w tym posadzić, żeby czuło mokro” SIC! To nie jest małych szczeniaczek (szczeniakowi też bym tak nie zrobiła). Postawiliśmy na naturalne odrzucenie pieluchy, przez obserwowanie starszego rodzeństwa. U nas sprawdziło się w 100%. Każdemu, kto ma na stanie więcej niż jedno dziecię taki sposób polecam. Jeśli na stanie potomek w liczbie pojedynczej – postawcie na naturalność. Zachęcajcie, pokazujcie do czego nocnik czy kibelek służy, ale nie zmuszajcie. Nie naciskajcie. Nadejdzie taki dzień, że pielucha sama spadnie – przecież całe życie w pampersie latać nie będzie. Pozdrawiam  Cały zestaw gotowy do testowaniaBierzemy pod lupę nowe pieluszki DADA PremiumTeraz test z płynem – przecież nie będziemy testować na żywym modeluPotrzebujemy 100ml płynuCała zawartość ląduje w pieluszce, odpalamy stoper Czekamy, ąz płyn się wchłonie, czyli to, co standardowo robią nasze dzieci chodząc z pełną pieluchąPo 5 minutach do bojuu wchodzą papierki – zobaczymy jak mokre będą pod obciążeniem Czekamy kolejne 15 sekundJesteśmy gotowi do sprawdzenia To naprawdę jest 1 kg, żadna ściema Jak widać papierki prawie suchePo przecięciu mokrej pieluchy, widać żelowe granulkiChyba nam się ostrość nie na to co trzeba ustawiła, ale tam naprawdę są granulkiPielucha jest bardzo elastyczna, bo z 31 cm……robi nam się aż 41cm a po testach, możemy zabrać się za zabawę na całego

DWA PLUS CZTERY

Pozwól mu wybierać

O cholera jasna – już koniec sierpnia – za tydzień szkoła. Jak co roku wszystko zostało na ostatnią chwilę. Jak co roku panika osiąga szczyty. Jak co roku sama myśl o wyprawie po wyprawkowe zakupy, przyprawia mnie o mdłości. Tłum, ścisk, kolejki. Od nadmiaru kolorów bolą oczy. Mam w domu dziesięciolatka. Jest konkretny, zdecydowany i nie lubi jak mu się coś narzuca. Maciek jest indywidualistą. Sam sobie wybiera to, w czym będzie chodził. Sam dopiera sobie to, co mu się podoba – nie narzucamy mu wyborów, jedynie lekko niekiedy uświadamiamy, że może nie są najlepsze (jak w przypadku pomysłu z pofarbowaniem włosów na czarno, czy irokezem na głowie).  Postawił jasne wymagania – żadnych bajkowych bohaterów. W końcu 10 lat zobowiązuje już do powagi Wertowałam ofertę i nic… W końcu z pomocą przyszedł Empik ze swoją nową kolekcją. Prosta, ładna i przede wszystkim przypadła do gustu przyszłemu użytkownikowi. To chyba najważniejsze. Jak dla mnie zeszłoroczny zakup plecaka na kółkach był kompletną porażką, więc tym bardziej cieszy mnie to, że plecak oferowany przez Empik jest lekki i usztywniony na plecach. Nie wiem czy wiecie, ale waga całego plecaka (z książkami, śniadaniówką, strojem na WF) nie może przekraczać 10-15% wagi dziecka (przy młodszych dzieciach nie powinno to być więcej niż 10%). Co ciekawsze, nowa kolekcja Empik powstała przy udziale samych zaintersowanych. Wszystkie pomysły dały dzieci. Nikt nie narzucał im wzorów, to oni wybrali to, co im się najbardziej podobało. W kolekcji oprócz plecaka, znajdziecie zeszyty, piórniki, teczki, kubki termiczne. Do tego rewelacyjne gumki Iwako w przeróżnych kształtach. Czego chcieć więcej Wpis powstał przy współpracy z Empik.         

Jak poznać, że dziecko dobrze się bawi?

DWA PLUS CZTERY

Jak poznać, że dziecko dobrze się bawi?

DWA PLUS CZTERY

Nie potrafię wybaczyć

Wakacje, czas beztroskiej zabawy. Czas uśmiechu, odpoczynku, odetchnienia. Dla dzieci Dla rodziców to czas wytężonego myślenia za wszystkich. Przewidywania nieprzewidywalnego. Jesteśmy chytrzy. My dorośli ludzie. Ilu z Was pomyślało kiedykolwiek – „zapłaciłem za urlop, to będę korzystał ze wszystkiego”? Ilu z Was było zniesmaczonych pogodą? Ilu z Was narzekało, że coś nie jest tak, jak chcieliście żeby było? Chyba każdy choć raz. Polskie morze, pogoda nie najlepsza, czerwona flaga wisi, co oznacza kategoryczny zakaz kąpieli. Mimo to, rodzic decyduje się na wejście do wody. Niestety nie sam. Ten sam rodzic pozwala swoim dzieciom do tej wody wejść, bo przecież to tylko na chwilę, tylko przy brzegu. Kilka chwil później dla tego samego rodzica kończy się normalne życie. Jego dziecka nie ma. Już nigdy nie wejdzie z nim do wody. Już nigdy nie usłyszy jego głosu. Już nigdy nie będzie mógł pojechać z nim nad morze. To koniec. Ta jedna decyzja sprawia, że życie przestaje istnieć. Fale zabierają mu najcenniejszy skarb. Przecież on tylko nogi chciał z dziećmi pomoczyć. W końcu przyjechali na urlop – nie można dzieciom przyjemności odmawiać. Człowieku – czy Ty myślisz? Czy Ty potrafisz myśleć? Jesteś potężniejszy niż morze? Silniejszy niż fala? To było Twoje dziecko – to Ty miałeś obowiązek za nie myśleć, jeśli samo tego nie potrafiło. To Ty miałeś dbać o jego bezpieczeństwo. Weszło do tej cholernej wody, bo Ci ufało, a Ty zawiodłeś go. Każdy powie, że zapłaciłeś juz najwyższą karę za głupotę… Niestety najwyższą karę za to zapłaciło Twoje dziecko – straciło życie. Nie – ja nie potrafię Ci wybaczyć głupoty, choć wiem, że nie chciałeś tego. Nie ja nie potrafię odpuścić Ci, bo i tak cierpisz. Nie Ty zapłaciłeś. Nie umiem wybaczać.        

DWA PLUS CZTERY

Kolorowe chwile

Znasz to uczucie? Spacer, plac zabaw, wymyślanie nowych zajęć – czyli coś na co Ty akurat nie masz kompletnie ochoty.   Co zrobić? Zabrać dzieci do parku i snuć się między alejkami co i raz zwracając im uwagę, że nie wolno się oddalać?   Zabrać ze sobą rowerki, hulajnogi i inne pojazdy i modlić się, żeby nie stratowali ludzi dookoła?   My wpadliśmy na coś lepszego. Coś tak banalnego a zarazem pięknego, że sami byliśmy zdziwieni, że wcześniej na to nie wpadliśmy.   Naszym największym przyjacielem stały się farby do malowania palcami   Zabraliśmy koc, wielką kolorowankę, farby i duży zapas mokrych chusteczek.   Przezornie ubraliśmy się wszyscy w coś, czego nie będzie nam szkoda i jazda.   Zabawa była fantastyczna, dzieciaki zachwycone, nie chciały wracać. Brudne było wszystko i to było najpiękniejsze. Ludzie w parku patrzyli na nas jak na kosmitów, bo przecież jak tak można pozwolić dzieciom bezkarnie się brudzić. A my co? Brudziliśmy się razem z nimi i czuliśmy jakbyśmy wrócili do dzieciństwa.   Kochani – pamiętajcie – podążajcie za swoim instynktem. Jeśli macie ochotę brudzić się z dzieciakami, to spakujcie co potrzeba i idźcie razem do parku, To będą niezapomniane chwile z rodzicami, których dzieciaki mają i tak mało.

DWA PLUS CZTERY

Sztuka wojny

Galeria handlowa, hipermarket, supermarket, sklep – mekka weekendowych „wypadów”. Ulubione miejsce gimnazjalistów w trakcie wagarów. Kolorowe dekoracje. Ogromny wybór produktów z całego świata. Setki ludzi wokół. Promocje, wyprzedaże, okazje – szał. I nagle w tym wszystkim pojawiasz się Ty. Rodzic z 4 dzieci. Samotny wojownik, otoczony złowrogim spojrzeniem gapiów, chcących w spokoju spędzić czas na zakupach. Ty natomiast, masz pod swoimi skrzydłami małe bestie, gotowe zjeść Cię żywcem w imię kupna nowej, kompletnie niepotrzebnej zabawki. Wkraczasz do jaskini zła i już po pierwszych pięciu krokach wiesz, że ta walka nie będzie łatwa. Może wyjdziesz z niej cało, ale będzie Cię to sporo kosztować. Nieeee, wcale nie pieniędzy. Koszt to nerwy, złe spojrzenia przechodniów i współczujący wzrok istot będących w podobnej sytuacji. Chcąc przeżyć, musisz pamiętać o kilku ważnych rzeczach. Jeśli się do nich zastosujesz, może przetrwasz. Pierwsze i najważniejsze w całym procesie zakupów z dziećmi, jest rozpoznanie terenu wroga. Sprawdzasz na planie gdzie znajduje się dział z zabawkami, słodyczami i grami komputerowymi i pod żadnym pozorem nie udajesz się w tamtą stronę. Jeśli nawet masz do kupienia coś, co znajduje się w pobliżu tych działów – nie idziesz tam. Musisz zaplanować wszystko tak, żeby te szatańskie miejsca pominąć. Powiem więcej – nie możesz nawet przejść obok takiego działu, bo detektory ukryte w mózgach naszych dzieci, aktywują się natychmiast i wypatrzą „Krainę Lodu” nawet z najdalszego miejsca na polu walki. Po drugie – zajęcie wroga. Odwrócenie jego czujności. Najlepszym sposobem jest wręczenie bułek – tak tak, wiem, białe pieczywo, mało zdrowe, gluten, spulchniacze – ale powiem szczerze – warto. Jeśli „zwiedzanie” terytorium wroga potrwa nieco dużej, możemy być narażeni na dramat. W pewnym momencie, w samym środku zdobywania pożywienia, możemy usłyszeć dwa przerażające słowa: „chcę kupę”. Pół biedy jeśli osobnik je wypowiadający, należy do gatunku „jeszcze nie odpieluchowanych”. Dramat zaczyna się wtedy, gdy delikwent już dawno pozbył się pieluch ze swojego życia, a takie słowa wypowiadane są zazwyczaj na moment przez eksplozją. Co wtedy? Wyjścia masz dwa – albo szybko idziesz do kasy i płacisz (mało prawdopodobne w hipermarkecie), albo zostawiasz w cholerę wszystkie zakupy w koszyku, uśmiechasz się do ochrony, tłumaczysz, że na chwilę musisz wyjść i zabierasz całą czwórkę ze sobą. Jeśli uda Ci się dotrwać bez „kupy” do końca zakupów – jesteś już prawie zwycięzcą. Pozostaje Ci teraz płatność. I tu zaczynają się kolejne schody. Jedno chce trzymać kartę, drugie nie chce oddać trzymanej mocno butelki z piciem, za które jeszcze nie zapłaciłaś. Trzecie płacze, bo chce wykładać wszystko na taśmę. Czwarte ma focha, bo nie kupiłaś mu gry na PC za 9,99 twierdząc, że ograniczysz mu ilość czasu spędzaną przed komputerem. Już prawie koniec. Zapłacone. Wychodzisz. Jesteś już prawie na mecie. Już widzisz swoje auto. Już prawie witasz się z „gąską” i właśnie wtedy, w momencie w którym już czujesz się zwycięzcą, słyszysz coś, co powoduje, że twoja twarz zalewa się czerwienią, a złość paruje uszami. W jednej sekundzie wiesz, że to jeszcze nie koniec, a w Twoich uszach słyszysz tylko: „ZGUBIŁAM LALĘ I BUTA…” – atak histerii za 3…2…1… http://www.dwapluscztery.pl/wp-content/uploads/2016/08/video-1470336166.mp4      

Chcę oddać to, co dostałam.

DWA PLUS CZTERY

Chcę oddać to, co dostałam.

DWA PLUS CZTERY

Jak zwiedzić świat z 4 dzieci?

Brak czasu, pośpiech, pęd, szaleństwo – brzmi znajomo? Mamy tak mało czasu na “życie” pomiędzy pracą, snem i dojazdami. Jesteśmy wiecznie zajęci, zmęczeni, zabiegani. Tymczasem nasze dzieci czekają. Proszą o uwagę i zainteresowanie. Starają się mieć nas chociaż na chwilę dla siebie. Jeszcze trudniejsza sytuacja jest w rodzinach takich jak nasza – dzieci jest czworo a nas tyko dwoje. Marne szanse, że każde z nich będzie nas miało często tylko dla siebie. Staramy się oczywiście zapewnić im takie momenty, ale jak wiadomo – czasu z rodzicem nigdy za dużo. Alternatywą są wspólne zabawy. Lekki problem pojawia się, gdy przychodzi do wyboru takiej wspólnej zabawy – rozpiętość wiekowa, zainteresowania i płeć mają tu kluczowe znaczenie:-) Wspólne budowanie z klocków – czemu nie – po 15 minutach kończy się ogromną kłótnią o malutki klocek, bo właśnie taki jest w tej samej chwili każdemu potrzebny. Malowanie farbami – też fajne – ale zwykle po 10 minutach wszystkim się nudzi, a Hania zaczyna zjadać farbę z palców. Aż w końcu nadchodzi czas na wyciągnięcie broni ostatecznej – GRY PLANSZOWE. To cudowna możliwość spędzenia czasu ze wszystkimi, rodzinnie, razem. Sztuką jest dobranie gry tak, aby wszyscy mogli w nią grać. Aby każdy miał frajdę z jej używania. Poszliśmy do sklepu z misją znalezienia takiej gry, bo wszystkie, które mamy w domu nadają się albo dla dzieci 7+ albo dla zupełnych maluchów. Szukając, przebierając, kombinując w nasze ręce wpadł album. “Ze Scottiem dookoła świata” głosił napis. OK, wygląda nieźle. W środku kolorowe kartki z ciekawostkami i przeźroczyste kieszonki na karty. OK BIERZEMY! Zaczęłam przeglądać album i okazało się, że ma w sobie masę ciekawostek, o których ja sama nie wiedziałam (np. czy wiecie, że nazwa LEGO to skrót od słów „LEg GOdt”. W języku duńskim oznacza to „baw się dobrze”). Do albumu musimy dokupić karty. Wszystkich jest 108. Jak je zdobyć? Wystarczy zrobić w NETTO zakupy za min 25 zł i za 1 grosz dostajemy paczkę z 4 kartami w środku. Jeśli jednak chcemy mieć cały zestaw szybciej, to taka paczkę można zdobyć za 1,99 zł przy kasie, w każdym sklepie tej sieci. Dlaczego tak zachwycam się jakimś albumem z kartami? Bo to nie jest zwykły album. Zdobywając zestaw 108 kart mamy aż 3 gry karciane w jednym. Grę w tzw. ATUTY – na każdej karcie znajdują się 3 kategorie (Odległość, Populacja i Powierzchnia) Najmłodszy gracz podaje kategorię – ten kto ma najwięcej punków w danej kategorii – wygrywa GRA W PARY – swoiste memo – moja ulubiona gra. WESOŁE RODZINKI – celem gry jest zgromadzenie jak największej liczby kart w tym samym kolorze. To nie wszystko. W albumie znajdziemy też 12 fantastycznych łamigłówek. Brzmi fajnie – i rzeczywiście jest fajne. Masa zabawy z całą rodziną. My postanowiliśmy wypróbować grę w plenerze:-) Efekt? Zobaczycie na filmie – zabawa była przednia. W końcu każde dziecko kocha zbierać paczuszki z kartami:-) Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Wiecie skąd pochodzi nazwa Ekwador?   Ja już wiem, a jeśli Wy chcecie się tego (i wielu innych ciekawych rzeczy) dowiedzieć, zajrzyjcie do gry „Ze Scottiem dookoła świata”, tam znajdziecie wiele ciekawostek ze świata, o których nawet ja nie miałam pojęcia. Dzięki niej, nie tylko dzieci poznają świat, ale również dorośli mają szansę się dowiedzieć czegoś nowego.

DWA PLUS CZTERY

Mały podróżnik

Wakacje!!!! Znowu!!! Pamiętacie, jak będąc uczniami, cieszyliśmy się już od maja, że za miesiąc wakacje? Z niecierpliwością czekaliśmy na 24 (zazwyczaj) czerwca. Byliśmy przeszczęśliwi, że przez ponad dwa miesiące nie będziemy odrabiać prac domowych i stresować się klasówkami. Uśmiech pojawiał się na twarzy na samą myśl o wyjazdach, zabawie i nowych, wakacyjnych znajomościach. I co? I zostaliśmy rodzicami, a nasz pogląd zmienił się o 180 stopni. Teraz już od marca zaczynamy zastanawiać się co w wakacje. Około kwietnia wchodzi lekka niepewność o nasze urlopy, a tym samym dylemat – co zrobić z dzieckiem. W maju pojawia się początek paniki, a w czerwcu popadamy w amok. Największy problem pojawia się w momencie, jak my sami urlopu nie mamy (z jakichkolwiek powodów), a nasze dziecko nie jest przedszkolakiem, którego można zapisać na letni dyżur przedszkolny. Jest co prawda lato w mieście. Dyżurujące szkoły są czynne. Szkopuł w tym, że nasz uczeń, może niekoniecznie dostać się do placówki, którą wybraliśmy, a wtedy czeka nas wożenie delikwenta, na drugi knoeic miasta o nieludzkiej porze. Na dokładkę taki sam pęd po pracy, żeby delikwenta stamtąd odebrać. I tu pojawia się pomysł…a może by tak na obóz? Samego? Bez nas? Jak wiecie nasz najstarszy potomek już kilkukrotnie wyjeżdzał sam. Był zachwycony. Powiem więcej, on wręcz błagał o podwójne turnusy. Jak zawsze zaczęliśmy kombinować, analizować, szukać. I nic – ofert są tysiące, ale my, rozpieszczeni poprzednimi wyjazdami Maćka, nie mogliśmy wyszukać nic, co przebiłoby BTA Kompas. Nie było innej rady, jak przejrzeć aktualną ofertę BTA Kompas i wybrać wymarzony wyjazd. Dlaczego ponownie ta sama firma? Bo jest cudowna. Kadra na naprawdę wysokim poziomie. Sprawdzone miejsca, wspaniali ludzie i ciekawy program pobytu. Dzień wypełniony zajęciami, zabawami i ciekawymi wyprawami. Kontakt z dzieckiem praktycznie 24h na dobę (nawet jeśli nie ma własnego telefonu). Mamy do nich wielki kredyt zaufania i z zamkniętymi oczami polecamy wszystkim, którzy szukają ciekawej, bezpiecznej i przyjemnej oferty dla swoich dzieci. Po naradzie w której główny głos miał Maciek, zdecydowaliśmy się na Obóz Małego Podróżnika w Giżycku. Tym razem Mazury Więcej o samym obozie możecie przeczytać TU My tymczasem przejdziemy do kompletowania ekwipunku – w końcu mamy miesiąc na przygotowanie podróżnika.