Sylwester z dziećmi – 6 pomysłów do wypróbowania w tym roku

NASZE KLUSKI

Sylwester z dziećmi – 6 pomysłów do wypróbowania w tym roku

5 sposobów na spokojne i radosne Święta z dzieckiem

NASZE KLUSKI

5 sposobów na spokojne i radosne Święta z dzieckiem

7 świątecznych tradycji, które możesz zacząć w tym roku

NASZE KLUSKI

7 świątecznych tradycji, które możesz zacząć w tym roku

8 pomysłów na prezent dla mamy

NASZE KLUSKI

8 pomysłów na prezent dla mamy

20 + pomysłów na prezent dla pięciolatka

NASZE KLUSKI

20 + pomysłów na prezent dla pięciolatka

10 pomysłów na prezent dla trzylatka

NASZE KLUSKI

10 pomysłów na prezent dla trzylatka

10 pomysłów na prezent mikołajkowy dla chłopca, które można zrobić samemu

NASZE KLUSKI

10 pomysłów na prezent mikołajkowy dla chłopca, które można zrobić samemu

Nasze ulubione audiobooki dla dzieci

NASZE KLUSKI

Nasze ulubione audiobooki dla dzieci

40 pomysłów na zabawy świąteczne dla dzieci

NASZE KLUSKI

40 pomysłów na zabawy świąteczne dla dzieci

10 książek, które zmieniły moje podejście do wychowywania dzieci

NASZE KLUSKI

10 książek, które zmieniły moje podejście do wychowywania dzieci

Co zrobić, gdy Twoje dziecko jest ofiarą agresji

NASZE KLUSKI

Co zrobić, gdy Twoje dziecko jest ofiarą agresji

Przemoc wśród dzieci „Znęcanie się nad słabszymi – co robić kiedy problem zaistniał i czy da się temu jakoś przeciwdziałać?” – Takie pytanie jakiś czas temu zadała mi mama na naszym profilu facebookowym. Obiecałam się wtedy zająć tym tematem na blogu i chociaż trochę czasu mi to zajęło – obietnicy dotrzymuję. (Całą rozmowę na ten temat znajdziesz w komentarzach pod tym wpisem). Na samym początku zaznaczę, że nie jestem specjalistką w tej dziedzinie. To co tu napiszę jest wynikiem moich własnych doświadczeń na dzieciach i nie każdy musi się ze mną zgodzić. Daj szansę dziecku Pierwsza rzecz, jaką ja bym zrobiła widząc, że inne dziecko chce uderzyć/popchnąć/posypać piaskiem/(wstaw adekwatne dla siebie zachowanie) może się niektórym wydać bezsensowna. Zasadniczo staram się bowiem nie mieszać do takich spraw. I tutaj też po prostu poczekałabym na rozwój sytuacji. (Więcej tłumaczę tutaj „Leniwa matko co z telefonem chodzisz na plac zabaw” ) Po pierwsze dlatego, że być może moje dziecko jest już na tyle rozsądne, że poradzi sobie w tej sytuacji samo (Czytaj też: Konflikt, czyli o dziewczynce w sali zabaw) i moje wtrącanie się byłoby nie tylko niepotrzebne, ale też krzywdzące dla jego samooceny („mama musi za mnie załatwiać sprawy, znaczy że ja nie umiem”). Po drugie – nawet jeśli moje dziecko nie będzie potrafiło sobie poradzić tak od razu, to będzie to dla niego lekcja – takie rzeczy się dzieją, ktoś może podejść i cię uderzyć, zabrać ci zabawkę, posypać piaskiem w oczy.. Uważaj, ucz się rozpoznawać, które zachowania dzieci są fajne, a które mogą okazać się nieprzyjemne dla ciebie. O tym czemu uważam, że nie można cały czas chronić dzieci przed wszystkimi zagrożeniami przeczytasz tutaj – 4 powody, dla których dzieci powinny ryzykować.  Oczywiście ta zasada dotyczy sytuacji, kiedy zagrożenie jest tak naprawdę niewielkie – płacz, siniak, zadrapanie… Gdyby ktoś spróbował np. zepchnąć moje Kluski z wysokiej drabinki głową w dół, zareagowałabym nie czekając na rozwój wypadków. (Czytaj też: Naturalne konsekwencje) Dałaś więc dziecku szansę na samodzielne rozwiązanie sytuacji, jednak okazuje się, że Twoje dziecko sobie nie radzi. Jakiś łozbuziak upatrzył je sobie i regularnie próbuje zrobić mu mniejszą lub większą krzywdę. Co wtedy? Wtedy – i dopiero wtedy – zadaniem rodzica jest pomóc dziecku. Ale pomóc znaleźć rozwiązanie, wyposażyć w narzędzia potrzebne do załatwiania takich spraw później, a nie załatwić sprawę za dziecko. Oczywiście im mniejsze dziecko, tym więcej to dorosły będzie musiał zrobić w tym załatwianiu sprawy. Ale nawet najmniejszym warto pokazywać takie rozwiązania, które z czasem będą mogli wprowadzać w życie. Jak konkretnie to zrobić? Wydaje mi się, że strategia, którą należy przyjąć zależy od tego, czy to znęcanie się odbywa się na naszych oczach, np. w piaskownicy? Czy może tam, gdzie nas nie ma – np. w przedszkolu? 1) Kiedy sytuacja rozgrywa się na naszych oczach Jeśli moje Kluski spotykały swojego „prześladowcę” będąc pod moją opieką, np. w piaskownicy, czy na rodzinnych spotkaniach, starałam się robić dwie rzeczy: Po pierwsze próbowałabym porozmawiać z „prześladowcą”. Ale nie na zasadzie tłumaczenia „Nie rób tak, bo go to boli!”, tylko w formie pytań, np.: „Podoba Ci się ta zabawa?” „A Twojemu koledze się podoba?” „Myślisz, że on jest zły, smutny czy może zadowolony, jak się tak z nim bawisz?” „Chcesz się z nim bawić?” „A może jest jakaś inna zabawa, w którą możecie się pobawić, taka, żeby wam obu się podobało?” To oczywiście tylko przykłady. Dlaczego właśnie tak? Przecież myślisz sobie, że za takie zachowanie należy mu się porządna bura, prawda? Jednak dzieci (a czasem nawet dorośli) nie do końca zdają sobie sprawę z konsekwencji swojego zachowania dla innych osób, po prostu o tym nie myślą. W dodatku prawdopodobnie ktoś już próbował temu dziecku „tłumaczyć”, a może nawet karać za takie zachowanie.  I mały „łobuziak” w końcu przyzwyczaił się już do tego „gadania” więc nic dziwnego, że się nie przejmuje, a może nawet i nie rozumie tłumaczeń dorosłych. Rozmowa, w której dziecko ma prawo się wypowiedzieć jest więc lepszym rozwiązaniem. Staram się wtedy też żeby Kluski brały udział w tej rozmowie, tak żeby na przyszłość mieli jakiś  wzór do naśladowania w sytuacjach tego typu. Żeby po pewnym czasie sami mogli przeprowadzić taką rozmowę. Chcę przecież żeby w końcu nauczyli się radzić sobie sami. (Tylko najpierw pewnie spytałabym profilaktycznie mamy, czy mogę z dzieckiem porozmawiać, żeby niepotrzebnie konfliktu nie wywoływać). Po drugie rozmawiałabym później  (albo wcześniej jeśli sytuacja się powtarza) z własnym dzieckiem. Spróbowałabym razem z nim opracować wspólny (w miarę możliwości, zależnie od wieku) plan działania na wypadek, gdyby sytuacja się powtórzyła: „Zauważyłam że Tomek ostatnio często zabiera ci zabawki/bije cię/ popycha i jesteś wtedy bardzo zły. To są twoje zabawki, nikt nie ma prawa ci ich zabierać/ bić/ popychać. Jak myślisz, dlaczego on tak robi? Co możesz zrobić, kiedy Tomek następnym razem znów spróbuje ci zabrać samochodzik/ uderzyć/popchnąć?” Być może w takim spokojnym, bezpiecznym otoczeniu, dziecko samo znajdzie rozwiązanie. Jeśli nie, warto mu coś zasugerować. Oto kilka możliwości: powiedz, że nie podoba ci się ta zabawa (mniejsze dzieci – powiedz „nie”) i zapytaj czy możecie pobawić się razem w coś innego poproś o pomoc kogoś starszego odejdź przyjdź do mnie i poproś o pomoc To tylko propozycje, a wszystko tak naprawdę zależy od możliwości Twojego dziecka i tego, co uznasz za dobre rozwiązanie. Ja osobiście unikałabym tak popularnego „To mu oddaj!” Przynajmniej do momentu wykorzystania innych opcji. 2) Kiedy sytuacja rozgrywa się pod opieką kogoś innego Co zrobić, kiedy Twoje dziecko jest ofiarą agresji np. w przedszkolu? Tutaj nie zaczniemy już od rozmowy z dzieckiem „agresorem”. W naturalny sposób zostaje nam zatem ten drugi punkt – przygotowanie dziecka na taką sytuację w domu, opracowanie planu działania, a może nawet przećwiczenie tego planu w zabawie. Wystarczą dwa pluszaki, lalki czy samochodziki. My odgrywamy rolę „złego” pluszaka, a pluszak naszego dziecka, próbuje wypełnić omawiany wcześniej plan. Taka zabawa doda dziecku pewności siebie, która przyda mu się później jeśli dojdzie do nieprzyjemnego zdarzenia. Poza rozmową z dzieckiem, warto też porozmawiać z panią w przedszkolu. Powiedz jej, że taka sytuacja ma miejsce, że rozmawiałaś ze swoim dzieckiem, że macie taki i taki plan, żeby pani się nie zdziwiła. Warto też pamiętać, że pani ma na głowie wiele dzieci i nie zawsze jest w stanie wszystkiego dopilnować. Jeśli pani do tej pory nie poradziła sobie z taką sytuacją, to być może dlatego, że nawet nie zauważyła. Nie zakładaj od razu, że jest niekompetentna i nie idź do niej z pretensjami, tylko raczej porozmawiaj na spokojnie, ona na pewno też nie chce, żeby ktokolwiek bił Twoje dziecko. Być może to wystarczy. Jeśli jednak sytuacja się powtarza, zawsze można spróbować zapoznać się z rodzicami tego drugiego dziecka, porozmawiać i wspólnie zastanowić się nad tym, co jeszcze można zrobić. Może np. wspólna zabawa poza przedszkolem pomoże dzieciom lepiej się poznać i polubić? Nie tylko Twoje dziecko przechodzi trudne momenty w rozwoju Warto też pamiętać, że dzieci przechodzą różne fazy. I czasami po prostu mają jakiś etap i pomimo naszych wszelkich prób nie są w stanie nic zmienić, ani nad sobą zapanować. W odniesieniu do swojego dziecka często uznajemy ten argument, mówimy „To taki okres. Trzeba go po prostu pilnować. Na pewno niedługo z tego wyrośnie.” Jednak kiedy „taki okres” wydarzy się innemu dziecku jesteśmy skłonni szukać jakiegoś winowajcy. A to dziecko jest niegrzeczne, a to rodzice rozpuścili, pani w przedszkolu sobie nie radzi… Ja jednak myślę, że zanim kogoś ocenimy (czy to dziecko, rodziców czy panią) warto dopuścić możliwość, że to faktycznie etap przejściowy i trudny również dla tego drugiego dziecka – agresora. Czy Twoje dziecko padło kiedyś ofiarą agresji? A może było agresorem? Jak sobie poradziłaś w takiej sytuacji? Znasz kogoś, komu ten wpis może pomóc? Udostępnij go dalej.   Post Co zrobić, gdy Twoje dziecko jest ofiarą agresji pojawił się poraz pierwszy w Nasze Kluski.

Twoje dziecko nie robi tego, o co je prosisz? Może potrzebuje planu?

NASZE KLUSKI

Twoje dziecko nie robi tego, o co je prosisz? Może potrzebuje planu?

Fotografia dla dzieci – zabawy i książki, które zachęcą do robienia zdjęć

NASZE KLUSKI

Fotografia dla dzieci – zabawy i książki, które zachęcą do robienia zdjęć

Dziadkowie wiedzą lepiej jak wychowywać Twoje dziecko?

NASZE KLUSKI

Dziadkowie wiedzą lepiej jak wychowywać Twoje dziecko?

NASZE KLUSKI

Jak spełnić potrzeby dziecka i nie oszaleć? – O książce „Pozytywna dyscyplina”

„Czy miałbyś inne podejście do nieodpowiedniego zachowania (i swojego, i dziecka), gdybyś zmienił jego definicję na ‘zachowanie wynikające ze zniechęcenia’, ‘zachowanie wynikające z braku umiejętności’, ‘zachowanie typowe dla prymitywnego mózgu’, ‘zachowanie typowe dla etapu rozwoju dziecka’?” Jeśli takie podejście do Ciebie przemawia, jeśli w jakiś sposób może pomóc Ci w trudnym zadaniu jakim jest wychowywanie dziecka przy jednoczesnym pozostaniu przy zdrowych zmysłach – zdecydowanie sięgnij po książkę „Pozytywna dyscyplina”. Dlaczego moje dziecko tak się zachowuje? Autorka książki tłumaczy nam, że zachowanie dzieci wbrew pozorom jest bardzo logiczne i bardzo przewidywalne. Trzeba tylko poznać kilka podstawowych zasad i zrozumienie naszego potomka przestanie być problemem. To pozwoli nam, często w bardzo prosty sposób, poradzić sobie w sytuacjach, które inaczej szybko wymknęły by się spod kontroli i doprowadziły do niezadowolenia obu stron – rodziców (nauczycieli) i dzieci. Według Jane Nelsen szukając motywów jakimi kieruje się nasze dziecko należy wziąć pod uwagę kilka czynników. Ważna jest np. kolejność urodzenia (inaczej zachowuje się dziecko najstarsze, inaczej średnie, a jeszcze inaczej – najmłodsze). Ważna jest osobowość rodziców i to jakimi priorytetami kierują się w życiu. Ważne jest też zidentyfikowanie celu naszego dziecka i sprawdzenie, czy przypadkiem nie jest on błędny. Dziecko może myśleć, że ważne jest tylko wtedy, kiedy zwraca na siebie uwagę. Inne będzie przekonane, że liczy się tylko, kiedy rządzi innymi. Jeszcze inne stwierdzi, że skoro zachowanie dorosłych je rani, trzeba się na nich zemścić. Może się też całkowicie poddać, stwierdzając, że co by nie zrobiło, to i tak nie będzie dobrze – przestaje więc robić cokolwiek. „Pozytywna dyscyplina” pomaga ustalić ten błędny cel i podpowiada, co można zrobić, żeby go zmienić. Surowość? Pobłażliwość? Czyli co ja mam w zasadzie zrobić? „Pozytywna dyscyplina” nie tylko tłumaczy zachowanie dzieci, ale – co być może dla wielu rodziców jest ważniejsze – przedstawia skuteczne narzędzia radzenia sobie z trudnymi zachowaniami. Jest to zestaw wielu skutecznych metod, wśród których każdy znajdzie coś na swoje kłopoty. Nie jest to jednak książka, która mówi „to jedyna słuszna metoda, wystarczy że zrobisz to i to, a twoje dziecko w magiczny sposób zacznie robić dokładnie to, czego chcesz.” O nie. Autorce bardzo daleko do takiego stawiania sprawy. U źródeł każdej z tych metod musi stać zrozumienie, empatia i szacunek do odrębnej jednostki, jaką jest nasze dziecko. Jane Nelsen nie twierdzi, że dzieci muszą zachowywać się w taki sposób, w jaki chcą dorośli. Dzieci to też ludzie i mogą mieć własne zdanie, własne potrzeby i upodobania, całkiem inne niż zdania, potrzeby i upodobania rodziców. Ale zarówno potrzeby dzieci jak i potrzeby rodziców muszą być brane pod uwagę. I takiego stanu równowagi próbuje nas nauczyć „Pozytywna dyscyplina” – stanu gdzie zarówno mama, tata jak i dziecko mają prawo i możliwość zaspokojenia swoich potrzeb. A ponieważ potrzeby ludzi różnią się między sobą, nie ma metod uniwersalnych, których zastosowanie sprawdzi się zawsze i wszędzie. Pewnie dlatego w książce tej znajdziesz wiele metod, do wypróbowania i przetestowania w różnych okolicznościach. (Poza książką jest też zestaw 52 kart, z których każda opisuje inną metodę do wypróbowania). Nie musisz robić wszystkiego, nie musisz stosować ich zawsze, ważne żebyś znalazła to, co sprawdzi się w Waszej rodzinie. O książce, poglądach i metodach w niej zawartych mogłabym pisać jeszcze długo i zapewne nie wyczerpałabym tematu. Żeby Cię zachęcić proponuję więc jeszcze kilka wpisów, w których znajdziecie te metody opisane w szerszy sposób. Zachęcam do lektury: Pozytywna Dyscyplina Twoje dziecko jest niegrzeczne? – Koniecznie spróbuj tej metody. Czemu kary i nagrody nie działają i co robić zamiast? Wszystko pięknie, ale jak się ma jedno dziecko – a co ma robić nauczyciel jak ma całą grupę? Moim zdaniem tę książkę powinien przeczytać każdy – absolutnie każdy – nauczyciel. Dla dobra własnego i dla dobra dzieci, które mu powierzono. Przedstawia ona nie tylko rozwiązania dla rodziców, ale pokazuje również wiele sposobów na nawiązywanie relacji z uczniami i rozwiązywanie trudnych sytuacji na lekcjach i w stosunkach między dziećmi. Spotkania klasowe, na którym to dzieci szukają sposobów na swoje własne problemy czy metoda książki, to tylko przykłady. Ta książka to baza konkretnych narzędzi do wykorzystania w klasie i poza nią, po to, bo wszystkim – nauczycielowi i dzieciom, żyło się łatwiej. Doświadczenie autorki między innymi w pracy szkolnego pedagoga pomaga jej wspierać również wspierać nauczycieli. Jej metody naprawdę warto poznać i wypróbować. Jeśli jesteś nauczycielem „Pozytywna dyscyplina” jest dla Ciebie. Uwagi końcowe Jeśli miałabym wybrać trzy książki, które każdy rodzic powinien przeczytać, „Pozytywna dyscyplina” na pewno znalazłaby się na tej liście. Ale… No właśnie – jedno ale. Radziłabym zacząć od czegoś innego. Książki, która szerzej tłumaczy czym jest szacunek do dziecka, indywidualizm, która mówi o tym jak istotne w życiu każdego człowieka jest zaspokajanie potrzeb, o tym, czym jest bliskość, jednym słowem, coś co tłumaczy idee rodzicielstwa bliskości. Wydaje mi się, że zaczynając od „Pozytywnej dyscypliny” można wpaść w pułapkę behawioryzmu i utwierdzić się w przekonaniu, że w wychowaniu liczą się odpowiednie metody i jeśli je znamy, to możemy wszystko w dziecku zmienić, tak jak nam się to widzi. Nie twierdzę, że takie jest przesłanie tej książki, ale wydaje mi się, że autorka skupiając się na tym, żeby pokazać nam rodzicom, jak możemy pomóc naszym dzieciom i sobie we współżyciu i współdziałaniu, tematy wspomniane wyżej potraktowała bardzo pobieżnie. I jeśli książka ta trafi w ręce rodzica przekonanego o słuszności, nazwijmy to kształtowania dzieci, to utwierdzi go ona w tym przekonaniu. Chociaż będzie to oczywiście kształtowanie z szacunkiem i empatią. Ale to jest chyba jedyne zastrzeżenie jakie ja osobiście mam do tej książki, wychodzę bowiem z przekonania, że żadnego (zdrowego psychicznie) człowieka nie można zmieniać wbrew jego woli, bo to po prostu manipulacja. Wolę wspierać w rozwoju i szukać tego co w dziecku już jest, niż budować je na nowo. Ale książkę z czystym sumieniem polecam, a nawet szczerze zachęcam do przeczytania. Wejdź też na stronę http://pozytywnadyscyplina.pl/  żeby znaleźć więcej informacji na temat pozytywnej dyscypliny.   // Jeśli czytałaś tę książkę, podziel się proszę swoją opinią. Czy znalazłaś w niej coś dla siebie? Które metody najlepiej się u Ciebie sprawdziły? A może uważasz, że teoria pozytywnej dyscypliny jest bez sensu? Chętnie się dowiem dlaczego? I oczywiście będę bardzo, ale to bardzo wdzięczna za udostępnienie tego wpisu dalej. Każdy komentarz czy udostępnienie, to dla mnie informacja, że to co robię ma sens, że moje pisanie do kogoś trafia. Z góry dziękuję Post Jak spełnić potrzeby dziecka i nie oszaleć? – O książce „Pozytywna dyscyplina” pojawił się poraz pierwszy w Nasze Kluski.

30+ Pomysły na jesienne zabawy z dzieckiem

NASZE KLUSKI

30+ Pomysły na jesienne zabawy z dzieckiem

Jak zachęcić dziecko do malowania? 11 książek, które mogą w tym pomóc

NASZE KLUSKI

Jak zachęcić dziecko do malowania? 11 książek, które mogą w tym pomóc

Malowanie to jedna z tych rzeczy, która większości dzieci przychodzi naturalnie. A w dodatku daje im wiele radości. O ile oczywiście dorośli niczego nie popsują. Jak psujemy? Różnie. Najczęstsze nasze winy to pewnie stawianie jakichkolwiek wymagań, co do tego jak dziecko ma malować. „Nie wychodź za linie! Koloruj dokładniej! Drzewo przecież nie może być niebieskie! Koło trzeba zamknąć, a temu panu dorysować jeszcze jedną nogę!” Oczywiście wszystko robimy w dobrej wierze, chcemy przecież żeby nasze dziecko nauczyło się „ładnie” malować. Przy okazji niestety zabijamy w dzieciach spontaniczną radość, kreatywność i wyobraźnię, a przy okazji zmuszamy je do patrzenia na świat naszymi oczami, zamiast pozwolić odkrywać go po swojemu. Zapominamy chyba, że wielcy artyści zostali wielkim artystami dlatego, że znaleźli swój własny sposób patrzenia na rzeczywistość. Po drugiej stronie, na szali naszych rodzicielskich win, leży postawa całkiem odwrotna. „Och jak pięknie! Ale jesteś zdolny! Cudowna kreseczka! Cudownie! Ślicznie! Genialnie!” Oczywiście ponownie – w dobrej wierze. Chcemy przecież dziecko zachęcić, chcemy wywołać w nim pozytywne emocje związane z rysowaniem. Chcemy budować jego poczucie własnej wartości. Tylko zapominamy, że dzieci same w sobie mają najczęściej bardzo pozytywny stosunek do kredek i farb, wystarczy ich nie zniechęcać, a pochwały dają tylko złudne poczucie własnej wartości,która wymaga, żeby zawsze był ktoś, kto pochwali. Nie pouczać!? Nie chwalić!? Zapytasz pewnie – Co zatem mam zrobić, żeby rozwijać w dziecku zdolności manualne, miłość do sztuki i wrażliwość na piękno? Wydaje mi się, że te trzy rzeczy są najważniejsze: Jak obudzić w dziecku artystę? 1) Stworzyć możliwość do malowania (rysowania czy jakiejkolwiek innej formy artystycznej) – czyli zapewnić dziecku miejsce i materiały do malowania, po które może sięgnąć jeśli tylko poczuje na to ochotę. Wybierając przy tym takie materiały, które zachęcają do tworzenia – materiały dobrej jakości: kredki i farby o żywych kolorach, papier, który nie rwie się przy pierwszym kontakcie z mokrym pędzlem itp.  O tym jak można urządzić takie miejsce pracy twórczej pisałam tutaj: Kącik pracy twórczej, Kącik pracy twórczej cz. 2. Poza tym warto jest też zapewnić dziecku czas i energię na to malowanie, czyli nie zasypywać go non stop jakimiś zajęciami, zamiast tego po prostu pozwolić się ponudzić. Chociaż od czasu do czasu warto zaproponować jakąś ciekawą zabawę – szczerze polecam blog The Artful Parent, na którym znajdziesz wiele ciekawych pomysłów na kreatywne zabawy ze sztuką. Ja na przykład podpatrzyłam tam coś takiego – Kluskom bardzo się spodobało. 2) Rozmawiać – nie kazać dziecku malować tak jak nam się wydaje, że powinno, nie poprawiać jego błędy, nie wychwalać za każdą kreskę, nie „ochać” i nie „achać”. Po prostu rozmawiać: co dziecko rysuje, czemu narysowało tak, a nie inaczej, czemu wybrało taki kolor, o co jeszcze można by było uzupełnić rysunek, czy dziecku podoba się to co jest na kartce, czy malowanie sprawiło mu przyjemność, jak się czuło kiedy to malowało… Oczywiście do każdego obrazka nie potrzebny jest dodatkowy zestaw pytań, ale warto pokazać dziecku, że interesuje nas to co robi. A jeśli chwalić, to faktycznie wtedy, kiedy naprawdę coś nam się spodoba, bo czemu by nie – dziecko ma prawo przecież wiedzieć, że coś nam się spodobało, nie musimy przed nim ukrywać przecież naszych opinii, ale warto żeby pochwała była konkretna, np. „Podobają mi się kolory, których tu użyłeś.” „Jak dokładnie narysowałeś szczegóły na tej zabawce.” „Ta dziewczynka wygląda na naprawdę szczęśliwą/złą/smutną.” 3) Dać dziecku szansę na poznawanie wielkich twórców i prawdziwej sztuki. Pokazywać książki na ten tema, dzieła sztuki, odwiedzać wystawy, wspólnie czytać i rozmawiać na ta temat wielkich dzieł. W ten sposób budujemy w nich poczucie estetyki, pewne obycie, a w konsekwencji nawet podświadomą umiejętność odróżniania sztuki dobrej od tandety. Oczywiście wszystko w granicach zainteresowania dziecka – nie ma bowiem sensu zmuszać nikogo do obcowania ze sztuką. Ale warto zachęcać i choć spróbować zaciekawić. Oto lista książek, które mogą w tym pomóc: Historie Mona Lisy – Książka, która pokazuje jak wyglądałaby Mona Lisa gdyby malowali ją całkiem inni artyści. Pokazuje, że na jeden temat można patrzeć z wielu różnych punktów i pomaga uświadomić dzieciom, że malować można na wiele różnych sposobów i przy pomocy wielu różnych technik, a każda z nich jest tak samo dobra. Zróbmy sobie arcydzieło – książka, którą w dużej mierze wypełnicie sami, przy okazji dowiadując się wielu ciekawych rzeczy na temat tego, jak powstawały arcydzieła i jak rozwijała się sztuka. W dodatku pełno w niej pomysłów na stworzenie własnych arcydzieł.   Historia sztuki dla dzieci i rodziców – dialog mamy-historyka sztuki z siedmioletnim synem na temat właśnie historii sztuki. Książkę, póki co, znam tylko z recenzji, ale bardzo, bardzo chciałabym żeby trafiła w moje posiadanie.   Siła wyobraźni – połączenie malarstwa i poezji. Książka przedstawia 24 obrazy znanych twórców zarówno polskich jak i zagranicznych. Do każdego dołączona jest krótka informacja na temat autora oraz wiersz. Ciekawe połączenie poezji i malarstwa. I nieustanna zachęta ze strony autora – zastanawiajcie się czemu tak? Co ty zrobiłbyś inaczej? I już na sam koniec kolorowanki z poznanymi obrazami z pytaniem: czy malarze najlepiej dobrali barwy? A może Wy zrobicie to lepiej? Zachęta do sztuki – książka powstała dzięki spotkaniami i rozmowami z dziećmi. W prostych słowach opowiada o dziełach sztuki w warszawskiej Zachęcie i zachęca do własnych eksperymentów artystycznych. Linnea w Ogrodzie Moneta – prosty sposób, żeby przenieść się do obrazu impresjonistycznego i przyjrzeć mu się z bliska, jednocześnie poznając życie i twórczość jednego z czołowych impresjonistów. Malarz, który urzekł małą Linneę z pewnością urzeknie też Twoje dziecko.   Claude Monet i jego magiczny ogród – malarstwo Moneta można też poznać razem z Julią, która w książce spotyka tego artystę i razem z nim poznaje jego świat i jego dzieła.   Van Gogh. Kamil i słoneczniki – w tej samej serii powstała też książka o Vincencie van Goghu. Tym razem Kami poznaje znanego postimpresjonistę, zaprzyjaźnia się z nim i towarzysząc mu przy pracy, pomaga małym artystom poznać osobę i twórczość tego malarza. S.Z.T.U.K.A* – to już książka o sztuce w szerszym pojęciu. O tym czym jest sztuka i gdzie jej szukać na co dzień. Znaleźć tam można wiele ciekawych projektów i świetne ilustracje.   Skoro przechodzimy już do innych dziedzin sztuki, to zachęcam też do zapoznania się z tą serią: Młoda Charlotte Filmowiec i  Młody Frank Architekt wydaną przez słynne Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku (MoMA). Te książeczki przybliżą dzieciom świat filmu i architektury, na przykładach dzieci, które chcą się zająć tymi dziedzinami sztuki – młodego Franka, który chce zostać architektem i młodej Charlotte, która nienawidzi kolorów i odnajduje się w tworzeniu filmów. Warte uwagi są też ilustracje if (typeof CeneoAPOptions == "undefined" || CeneoAPOptions == null) { var CeneoAPOptions = new Array(); stamp = parseInt(new Date().getTime()/86400, 10); var script = document.createElement("script"); script.setAttribute("type", "text/javascript"); script.setAttribute("src", "//partnerzyapi.ceneo.pl/External/ap.js?"+stamp); script.setAttribute("charset", "utf-8"); var head = document.getElementsByTagName("head")[0]; head.appendChild(script); } CeneoAPOptions[CeneoAPOptions.length] = { ad_creation: 89184, ad_channel: 15702, ad_partner: 12311, ad_type: 1, ad_content: '403', ad_format: 2, ad_newpage: true, ad_basket: true, ad_container: 'ceneoaffcontainer89184', ad_formatTypeId: 1, ad_contextual: false, ad_recommended: false };   Wpis powstał w ramach cyklu „Przygody z książką” Post Jak zachęcić dziecko do malowania? 11 książek, które mogą w tym pomóc pojawił się poraz pierwszy w Nasze Kluski.

NASZE KLUSKI

10 sygnałów, że Twoje dziecko powinno zmienić szkołę

Zastanawiasz się czy szkoła Twojego dziecka jest dla niego dobra? Czy marudzi tylko dlatego, że na szkołę po prostu wypada marudzić? Czy dla dobra dziecka powinnaś zmuszać je do nauki, codziennie walczyć o prace domowe, wymyślać nowe sposoby, żeby zmotywować je do ciężkiej pracy jaką jest nauka? Czy może jednak wydaje Ci się, że coś w tym wszystkim jest nie tak? Że nie tak powinna wyglądać edukacja? Że nie o to w tym wszystkim chodzi? Sprawdź to odpowiadając na 10 zamieszczonych tu pytań sformułowanych przez Jerrego Mintza jednego z liderów ruchu szkół alternatywnych, który przez siedemnaście lat pracował jako dyrektor szkół zarówno tradycyjnych, jak i alternatywnych, który pomógł założyć wiele szkół alternatywnych na całym świcie i dalej jeździ po świecie ucząc o szkołach dopasowanych do potrzeb uczniów. (…) Ponieważ system szkolnictwa nie spełnia wymagań wielu rodziców i nauczycieli, coraz więcej osób decyduje się na tworzenie alternatywnych rozwiązań, ważne jest żeby rodzice wiedzieli, że mają wybór. Kiedy rodzic powinien zacząć rozglądać się za edukacją alternatywną dla swojego dziecka?   1. Czy Twoje dziecko mówi, że nienawidzi szkoły? Jeśli tak – najprawdopodobniej z tą szkołą jest coś nie tak. Dzieci mają naturalną skłonność do nauki, kiedy są małe bardzo trudno je powstrzymać od uczenia się. Jeśli Twoje dziecko mówi, że nienawidzi szkoły – posłuchaj go. 2. Czy Twoje dziecko ma problem z patrzeniem dorosłemu w oczy lub nie umie się zachować w towarzystwie starszych bądź młodszych dzieci? Jeśli tak, Twoje dziecko mogło zostać „zsocjalizowane” w taki sposób, że umie wejść w relację tylko z osobami z tej samej grupy wiekowej – to bardzo częsta praktyka w szkołach – i być może traci umiejętność komunikowania się z szerszą grupą dzieci i dorosłych. 3. Czy Twoje dziecko upiera się na noszenie tylko najmodniejszych ciuchów znanych marek? To symptom podejścia, które kładzie nacisk głównie na to co widoczne na zewnątrz, zamiast na wartości wewnętrzne. To powoduje, że dzieci zaczynają polegać na rzeczach płytkich jeśli chcą się między sobą porównywać lub decydują o tym, kto powinien być zaakceptowany w grupie, a kto nie. 4. Czy Twoje dziecko wraca ze szkoły zmęczone i rozdrażnione? Chociaż oczywiście uczeń może mieć ciężki dzień w szkole, to jednak ciągłe zmęczenie i irytacja są pewnymi oznakami, że proces nauczania Twojego dziecka nie jest dla niego mobilizujący, ale raczej ogłupiający. 5. Czy Twoje dziecko wraca do domu narzekając na konflikty, których doświadcza w szkole lub niesprawiedliwe sytuacje, których był świadkiem? To może oznaczać, że podejście szkoły do rozwiązywania konfliktów i komunikacji nie sprzyja uczniom. Wiele szkół polega na szybkim, narzuconym przez dorosłych systemie rozwiązywania problemów, pozbawiając tym samym dzieci możliwości na doświadczenie emocji związanych z daną sytuacją i szczerą dyskusję na temat tego co się wydarzyło. [W kwestii tego jak działa powstrzymywanie niechcianych emocji warto przeczytać książkę Jespera Juula „Agresja – nowe tabu.” – Przyp. Ola] 6. Czy Twoje dziecko straciło zainteresowanie kreatywnym wyrażaniem siebie poprzez sztukę, muzykę i taniec? W tradycyjnym systemie te kreatywne formy wyrazu są często uważane za mniej ważne niż płaszczyzna „akademicka”, nie zachęca się więc do nich zbyt mocno. W niektórych przypadkach w ogóle nie ma tego typu lekcji. To zaniedbanie często zmniejsza wartość lub całkowicie niszczy w dzieciach te naturale talenty i zdolności. [O tym jak ważne dla mózgu jest wyrażanie siebie możesz przeczytać w książce „Kim jesteśmy – kim moglibyśmy być”, którą szerze polecam. Przyp. Ola]   7. Czy Twoje dziecko przestało czytać lub pisać – lub podążać za swoimi zainteresowaniami – tylko dla zabawy? Czy odrabiając pracę domową, robi tylko to, co musi? To często znak, że spontaniczne zajęcia i niezależność dziecka nie są cenione w szkole. Dzieci mają naturalną zdolność do kierowania swoją nauką, jednak nacisk na przygotowanie do ujednoliconych testów ogranicza nauczycielom możliwość rozwijania tej zdolności. Rezultatem może być rosnące zniechęcenie do przedmiotów, które wcześniej były ekscytujące i do utraty kreatywności. 8. Czy Twoje dziecko odkłada pracę domową na ostatnią minutę? To znaczy, że praca domowa nie spełnia jego potrzeb – być może jest to praca domowa dla samej pracy domowej lub wkuwanie czegoś na pamięć – takie zadania domowe mogą zdusić naturalną ciekawość dziecka. 9. Czy Twoje dziecko wraca do domu opowiadając o czymś ciekawym, co wydarzyło się danego dnia w szkole? Jeśli nie, być może nic w szkole nie było dla niego ciekawe. Dlaczego szkoła – i edukacja – nie może być zabawna, żywa i wciągająca? 10. Czy szkolna pielęgniarka, nauczycielka lub pedagog zasugerowali, że Twoje dziecko może być „chore” np. na ADHD i powinno dostać Ritalin lub jakikolwiek inny lek regulujący jego zachowanie? Uważaj na takie diagnozy i pamiętaj, że większa część programu w tradycyjnych szkołach polega na kontrolowaniu zachowania. Jeśli perspektywa testów ogranicza nauczycielowi możliwość aktywizacji ucznia, jeśli uczniowie są zniechęcani do podążania za własnymi pasjami i zmuszani do siedzenia w ławce przez pięć czy sześć godzin dziennie, gdzie mało kto się nimi bezpośrednio interesuje i nie mają możliwości kontaktu między sobą, to moim zdaniem to raczej szkoła jest chora – na ZDE – Zespół Deficytu Edukacji – i być może pora już zabrać dziecko z takiego miejsca. Żaden z tych objawów, sam w sobie nie powinien być powodem do paniki. Ale jeśli kilka z tych punktów charakteryzuje Twoje dziecko, pora rozejrzeć się za jakąś alternatywą. Na szczęście mamy coraz więcej możliwości wyboru. (…) Rodzice są coraz bardziej świadomi, mamy więc nadzieję, że tradycyjny system edukacji zmieni się tak, by lepiej odpowiadać potrzebom uczniów. Nie czekaj jednak na zmianę systemu, weź odpowiedzialność za edukację Twojego dziecka. Dowiedz się jakie masz możliwości i wybierz taką, która będzie najlepsza. Artykuł ten pochodzi ze strony organizacji zajmującej się wspieraniem rozwoju edukacji alternatywnej AERO (Alternative Education Resource Organization ) i udostępniam go tutaj za zgodą autora Jerrego Mintza (można go posłuchać np. tutaj). Jest to tylko część artykuły, w oryginale jest też duży fragment przedstawiający alternatywne formy edukacji dostępne dzieciom w Stanach. Ponieważ spora część tych rozwiązań nie jest dostępna w Polsce, pomyślałam, że może lepiej będzie jeśli spróbuję napisać oddzielny artykuł na temat tego, jakie alternatywy dostępne są w Polsce. Daj mi proszę znać w komentarzu, czy taki artykuł byłby dla Ciebie interesujący. Jeśli interesuje Cię temat szkoły koniecznie sięgnij też po książkę „Kryzys szkoły. Co możemy zrobić dla uczniów, nauczycieli i rodziców”   Czytaj też: Czy szkoła może być fajna?  15 powodów, dla których system szkolnictwa nie działa Sprawdź czy Twoje dziecko jest gotowe do szkoły   I na sam koniec wielka prośba – udostępnij ten wpis dalej, im więcej rodziców go przeczyta, tym większa szansa, że nasze dzieci będą się uczyć w taki sposób, na jaki zasługują i przestaną kojarzyć szkołę z nudą, przymusem czy koszmarem. Post 10 sygnałów, że Twoje dziecko powinno zmienić szkołę pojawił się poraz pierwszy w Nasze Kluski.

NASZE KLUSKI

Twoje dziecko jest niegrzeczne? – Koniecznie spróbuj tej metody.

  Są takie dni, że Klusek jest całkiem bezproblemowym dzieckiem. Robi o co się go prosi, sam znajduje sobie odpowiednie zajęcie, w zgodzie bawi się z Michałem, ma cierpliwość, żeby młodszemu bratu tłumaczyć wszystko i w razie czego pomaga, ze zrozumieniem przyjmuje, ze czegoś zrobić nie może, czegoś nie może dostać. Ale są też takie dni, jak pewna sobota, kiedy nie odpowiada mu nic, a każda odmowa, każde „poczekaj chwilę”, każde podejście Michała – kończy się krzykiem, płaczem i rozpaczą. I żadne rozmowy, żadne tłumaczenia, żadne wspólne szukanie rozwiązań, żadne kary i nagrody, nasze krzyki czy pochwały nie są w stanie pomóc. Czytaj też: Czemu kary i nagrody nie działają i co zrobić zamiast? Tam gdzie udaje się rozwiązać jeden problem, od razu pojawia się drugi. Nasza cierpliwość maleje, jego też. Powody takiego stanu rzeczy są zapewne różne. Czasem pusty kubek uwagi (Napełnianie kubka – dzieci potrzebują uwagi i książka „Rodzicielstwo przez zabawę”), czasem strach, czasem myślenie na zapas, o tym, że zaraz skończy się coś fajnego (np. ostatniego dnia wakacji), a czasem po prostu gorszy dzień. Skoro dorosły może mieć wszystkiego dość tak po prostu, to i dziecko też, prawda? To nie działa Skonfrontowani z takim jęczącym, roszczeniowym i po prostu w tradycyjnym znaczeniu tego słowa – niegrzecznym dzieckiem, my rodzice  często decydujemy się na podjęcie radykalnych kroków. Czasami tracimy cierpliwość. Innym razem zaczynamy się zastanawiać, czy może nie rozpieściliśmy dziecka za bardzo i to dlatego teraz nic mu nie pasuje. Może chcemy, żeby nauczyło się sobie samo radzić? Albo wydaje nam się, że pokazujemy mu „prawdziwe życie” gdzie nie dostaje się ot tak, wszystkiego na co przyjdzie nam ochota. Najpierw tłumaczymy, potem grozimy (Jak nie przestaniesz, to...), dajemy karę, głosimy kazanie (Musisz się w końcu nauczyć, że nikt nie będzie się tobą zajmował przez cały czas/ że nie można mieć wszystkiego/ że tak się nie załatwia sprawy. Ja w twoim wieku to…), a na koniec jeszcze jasno dajemy do zrozumienia co myślimy o takim postępowaniu (Dzisiaj, to już przekroczyłeś wszystkie granice. Jesteś niegrzeczny. Mam tego dosyć…) Wydawałoby się, że zrobiliśmy co w naszej mocy, a zachowanie dziecka zamiast się poprawić, staje się dla nas coraz bardziej trudne. Zostaje nam dołożyć kolejną karę (warto też przeczytać książkę „Wychowanie bez kar i nagród”) albo się poddać i stwierdzić „a rób se co chcesz, ja już nie mam do ciebie siły.” A może trzeba jednak sięgnąć po klapsa czy pasek, które to metody sprawdzały się przez pokolenia? Na szczęście mamy też inną możliwość. Spróbuj tego Kiedy tej wspomnianej już soboty, trafiliśmy w taki stan permanentnej rozpaczy i ciągłych problemów, kiedy wypróbowaliśmy już wszystkie metody, które później już w nerwach przyszły nam do głowy, przypomniałam sobie słowa autorki książki „Pozytywna dyscyplina” – „Dzieci zachowują się dobrze, kiedy czują się dobrze.” Czyżby Klusek po prostu czuł się źle? Siadłam więc z nim na chwilę w pokoju. Przytuliłam. On mi na to ze swoją zezłoszczoną minką „Czemu mnie przytulasz?” „Bo cię kocham” – odpowiedziałam – „Chyba masz dzisiaj jakiś trudny dzień?” Klusek przyznał mi rację. Trochę mocniej się do mnie przytulił, przez chwilę posiedział na moich kolanach i wrócił do zabawy. Kiedy wyszłam, Klusek wrócił do przerwanego zajęcia – ale spokojniejszy. Jego rozmowa z młodszym bratem przyjęła już całkiem inny ton. Oczywiście to nie znaczy, że od tej pory wszystko było super. Ale kolejny „wielki” problem pojawił się po godzinie, a nie za pięć minut, jak to było wcześniej. Czytaj też: Jak rozmawiać z dwulatkiem? Nie wszystko można Nie zawsze możemy pomóc dziecku rozwiązać jego problemy, nie zawsze możemy mu dać to, czego akurat chce, nie możemy sprawić, żeby na jego twarzy ciągle panował uśmiech. Ale czasami wystarczy dać mu poczucie, że rozumiemy jego zły humor, że zły dzień czy smutek, to coś całkiem normalnego. (Więcej sposobów na to, jak pomóc sobie i dziecku w takich sytuacjach znajdziesz w książce „Uważność i spokój żabki”, naprawdę warto ją przeczytać.) Odrobina zrozumienia pomaga zarówno dzieciom jak i dorosłym poczuć się lepiej. A sama pomyśl – kiedy zachowujesz się lepiej, kiedy jesteś milsza, bardziej uprzejma, bardziej uczynna? Kiedy czujesz się źle, czy kiedy czujesz się dobrze? Więc czemu Twoje dziecko miałoby mieć inaczej? Nie każde złe zachowanie wymaga natychmiastowej korekty, nie każe potknięcie dziecka musi być wykorzystane przez dorosłego jako „bardzo ważna” lekcja tego jak się należy zachowywać. Nie każde nieposłuszeństwo musimy brać do siebie. Czasami naprawdę można pozwolić dziecku przeżyć swój „zły nastrój” ze zrozumieniem. W ten sposób naprawdę nie psujemy dziecka, nie rozpieszczamy go, nie wychowujemy na rozwydrzonego bachora. W ten sposób pokazujemy mu, że ludziom należy się zrozumienie i szacunek, nawet w te gorsze dni, a to, że ktoś ma gorszy dzień nie powoduje od razu, że jest gorszym człowiekiem. Następnym razem, kiedy zachowanie Twojego dziecka będzie się pogarszać z godziny na godzinę, po prostu przytul syna lub córkę i spytaj czy nie mają przypadkiem takiego trudnego dnia. Co Ci szkodzi spróbować? Czy Twoje dziecko często miewa takie dni? A może masz jakieś sprawdzone sposoby, żeby je przetrwać i nie zwariować? Jeśli tak – podziel się proszę w komentarzu i pamiętaj, że będę bardzo wdzięczna za każde udostępnienie tego wpisu. Post Twoje dziecko jest niegrzeczne? – Koniecznie spróbuj tej metody. pojawił się poraz pierwszy w Nasze Kluski.

NASZE KLUSKI

Czy szkoła może być fajna? – Edukacja demokratyczna

W polskiej szkole szykują się zmiany. Czy na dobre czy na złe – zdania są podzielone. Jedno jest pewne, niezależnie od tego czy będziemy mieli gimnazja, czy nie, nasz system szkolnictwa w dalszym ciągu jest oparty na przymusie, ciągłym sprawdzaniu wiedzy, schematach, pracy indywidualnej i równaniu wszystkich do jednego poziomu. Nie ma tam miejsca na motywację wewnętrzną, kreatywność czy prace grupową i wykorzystywanie mocnych stron jednostki. Czy szkoła z samego swojego założenia musi niszczyć w dzieciach ich naturalną potrzebę poznawania świata i zachwytu nad tym co je otacza? Okazuje się, że nie. Od kilkudziesięciu lat na świecie, a od niedawna również w Polsce edukacja demokratyczna pokazuje, że dzieci nie potrzebują przymusu, żeby się rozwijać, że każdy człowiek jest inny i ma do tego prawo, że można być szczęśliwym i odnosić sukcesy zawodowe nie znając kanonu lektur czy funkcji trygonometrycznych. Że współdziałanie jest lepsze niż ciągła rywalizacja. Że każdy człowiek, również dziecko, ma prawo decydować o sobie. O co chodzi w szkołach demokratycznych? W dużym skrócie – o zaufanie do dziecka. Otóż według założycieli szkół demokratycznych (ciężko powiedzieć tu o jednej osobie) dzieci najlepiej wiedzą co jest im potrzebne, a dorosły nie ma prawa ani możliwości narzucać im czego, jak i kiedy powinny się uczyć. Ponieważ w naszych mózgach dość głęboko zakorzeniona jest wizja szkoły, takiej jaką znamy – gdzie to dorośli decydują o programie i metodach nauki nie zważając na zainteresowania poszczególnych uczniów – wielu z nas nauka kojarzy się z czymś ciężkim, trudnym, wymagającym poświęcenia i nadzoru ze strony kogoś odpowiedzialnego. Wydaje nam się, że bez wizji dobrych i złych ocen, promocji do następnej klasy i egzaminów końcowych dzieci ani młodzież nie nauczą się zupełnie nic. Bo kto by chciał się przykładać do nauki, jeśli zamiast tego mógłby robić to, co lubi. W dodatku przez wiele lat byliśmy przekonywani, że każdy człowiek powinien mieć jakiś podstawowy zasób wiedzy – wyznaczony przez znających się na rzeczy pedagogów i ministrów. Każdy powinien poznać budowę pantofelka, datę powstania i rozpadu Cesarstwa Rzymskiego, treść „Pana Tadeusza”, rodzaje gleb, typy zdań podrzędnie złożonych i rozwiązywać równania z dwiema niewiadomymi. (Czytaj też: Po co nam programy nauczania?) Przeżyliśmy ten system, to i nasze dzieci go przeżyją? Ale czy muszą, czy to wszystko nie jest przypadkiem stratą czasu? Co mówi nauka? Odkąd w XVIII w w Prusach powstały podwaliny dzisiejszego systemu edukacji wiele się zmieniło. Po pierwsze zmieniło się zapotrzebowanie na rynku pracy. W Prusach chodziło o wyszkolenie posłusznej rozkazom kadry urzędniczej i rekrutów do armii. Na dzisiejszym rynku pracy powinniśmy mieć chyba inne priorytety. W dodatku dzięki badaniom wielu naukowców wiemy coraz więcej o mózgu i jego funkcjonowaniu. Wiemy już np. że mózg ludzki uczy się tylko tego, co uważa za potrzebne lub ciekawe. A najlepiej uczy się kiedy coś go zafascynuje i zachwyci. W dodatku takie rzeczy jak niesterowana przez nikogo z zewnątrz zabawa, radosne śpiewanie piosenek czy słuchanie bajek, dużo mocniej oddziaływają na mózg dziecka, dużo bardziej go rozwijają niż wkuwanie słówek i pisanie setny raz tej samej literki w zeszycie. (Więcej na ten temat znajdziesz w książce Kim jesteśmy – a kim moglibyśmy być, którą szczerze polecam, naprawdę daje do myślenia.) Co na to szkoła? Szkoła z jednej strony mówi, że bierze pod uwagę te nowe odkrycia, z drugiej jednak w dalszym ciągu działa na zasadzie ławek, 45 minutowych lekcji, motywacji zewnętrznej w postaci np. ocen i z góry narzuconego programu. A tak na zdrowy rozum – jaka jest szansa, że 25 osób w jednym czasie będzie zafascynowane budową pantofelka? W dodatku dokładnie przez 45 minut, bo później przecież trzeba zmienić przedmiot zainteresowań. Wydaje mi się, że żadna – w dużej mierze oszukujemy się więc, że nasze dzieci się uczą, kiedy w rzeczywistości większość czasu spędzają czekając na dzwonek lub denerwując się tym, że czegoś nie rozumieją i nie napiszą klasówki. A nauczyciele więcej czasu niż na uczenie przeznaczają na sprawy organizacyjne, pilnowanie i manipulowanie uczniów. W szkole demokratycznej jest inaczej W szkole demokratycznej nie ma czegoś takiego jak program. Dzieci uczą się tego, co je interesuje. Mogą chodzić na lekcje, ale nie muszą. Same decydują czego chcą się uczyć i jak. Nie ma lepszych i gorszych metod – można siąść sobie spokojnie z książką, można posłuchać nauczyciela, a można z kimś porozmawiać na ten temat, nawet jeśli jest to „tylko” wymiana zdań z kolegą czy koleżanką. Przejście od jednego tematu do drugiego wynika naturalnie ze zmiany zainteresowania, a nie ze sztucznego podziału na lekcję i przerwę. Dzieci biorą odpowiedzialność za swoją naukę we własne ręce, nie trzeba im nic narzucać, nikt za nich nie podejmuje decyzji. Jeśli czegoś chcą – starają się to osiągnąć. Nie przejmują się testami czy egzaminem (chociaż w Polskich warunkach mają jednak obowiązek zdania egzaminu z podstawy programowej), uczą się po to, żeby wiedzieć, robią coś po to, żeby się rozwijać. W ten sposób rozwijają w sobie motywacje wewnętrzną i na pewno nie skończą się uczyć i rozwijać zaraz po zakończeniu szkoły. Ale nie tylko w kwestii nauki dzieci mają prawo decydować o sobie. Podejmują decyzję również w sprawach związanych z funkcjonowaniem szkoły. Bo w szkołach demokratycznych głos dziecka i głos dorosłego liczy się tak samo. Wszelkie spory są rozstrzygane przez głosowanie na ogólnodostępnych zebraniach, gdzie każdy głos ma taką samą wartość. Tak samo ustala się prawa i obowiązki uczniów. A dzięki temu, że uczniowie sami ustalają te prawa, sami też później egzekwują ich przestrzeganie. Taka forma organizacji daje naprawdę wiele – z jednej strony dzieci uczą się odpowiedzialności i czują, że ich głos ma znaczenie. Z drugiej – uczą się życia w grupie, a przez to w społeczeństwie. Poznają podstawy funkcjonowania systemu demokratycznego, nabywają przeświadczenia, że coś od nich należy i że warto działać. Uczą się pracy w grupie, dyskusji, argumentacji swoich racji. To wszystko umiejętności bardzo przydatne w późniejszym życiu dorosłym. Czy dzieci naprawdę mogą o sobie decydować? Być może wydaje Ci się, że to niemożliwe. Że dzieci które mogą decydować o sobie, nie będą robić nic konstruktywnego. Będą się bawić i grać na komputerze, skończą na ulicy albo na zasiłku. Jednak historia szkół demokratycznych jasno pokazuje, że tak nie jest. I nawet jeśli przez pewien czas dzieci nie wykazują zainteresowania nauką, tak jak my dorośli byśmy tego chcieli, to jednak w końcu przychodzi taki moment, że uznają coś za potrzebne lub ciekawe i ich mózg zaczyna za tym podążać. Bez przymusu i bez nauczyciela stojącego z batem czy z marchewką nad głową. A absolwenci szkół demokratycznych sprawdzają się w wielu zawodach – są wśród nich np. lekarze, dziennikarze, artyści, politycy, inżynierowie i nauczyciele. Okazuje się więc, że można uczyć i wychowywać bez przymusu, bez rygoru, z szacunkiem i w zaufaniu. Trzeba tylko zaufać dzieciom. Jeśli interesuje Cię ten temat i zastanawiasz się jak Twoje dziecko może trafić do szkoły demokratycznej, polecam kilka linków: http://odpowiedzialnaszkola.pl/materialy-na-temat-wolnych-…/ http://www.edukacjademokratyczna.pl/ Linki do części z działających w Polsce szkół http://szkolademokratyczna.edu.pl/ http://odpowiedzialnaszkola.pl/ http://trampolina.edu.pl/ http://szkolaharmonia.pl/ http://bullerbyn.org.pl/ Jest tez grupa na FB, w której sporo się dzieje https://www.facebook.com/groups/edukacjademokratyczna/?fref=ts Może zechcesz też spotkać się z Andre Sternem – człowiekiem, który sam kierował swoją edukacją i teraz pokazuje innym, że warto zaufać dzieciom. Spotkanie z nim odbędzie się już w październiku.  Jeśli uważasz, że więcej osób powinno dowiedzieć, że jest coś takiego jak edukacja demokratyczna bardzo proszę udostępnij ten wpis swoim znajomym. Post Czy szkoła może być fajna? – Edukacja demokratyczna pojawił się poraz pierwszy w Nasze Kluski.

3 błędy, które popełniamy czytając dzieciom

NASZE KLUSKI

3 błędy, które popełniamy czytając dzieciom

Czytanie dziecku ułatwia naukę, poprawia koncentracje, przygotowuje do samodzielnego czytania i pisania, uczy logicznego myślenia… i robi jeszcze wiele wiele innych rzeczy. Warto więc czytać. Wydaje mi się jednak, że czasem za bardzo rozpędzamy się w tym wszystkim i zapominamy, że czytanie ma być po prostu przyjemnością. Sprawiamy, że czytanie staje się obowiązkiem, a czytane lektury dobieramy głównie pod względem wartości edukacyjnych. Działając w ten sposób, często nieświadomie możemy zniszczyć w dzieciach miłość do książek. Oto trzy rzeczy, które zamiast pomóc, mogą zniechęcić dziecko do czytania: 1. Zły dobór lektury Wchodzisz do księgarni czy biblioteki i dostajesz zawrotu głowy? Ja tak czasami mam. Wszystkie te piękne książki, genialne ilustracje, zapach papieru, widok nowości. Tyle piękna, tyle ciekawych historii, tyle rzeczy, których można się dowiedzieć o otaczającym nas świecie… Wszystkie chciałabym wziąć, wszystkie przeczytać, wszystkie zobaczyć, wszystkiego się dowiedzieć. W tym zauroczeniu zapominam czasem, że moje dzieci mogą mieć własne zdanie, własne upodobania i zarzucam ich moimi własnymi wyborami. Tym co ja chcę obejrzeć i przeczytać, tym co mnie interesuje… Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że nasze gusty nie wszędzie się pokrywają i że zmuszanie ich do czytania konkretnej książki, tylko dlatego, że ja chcę ją przeczytać, jest bez sensu. Przecież jeżeli mi się podoba jakaś książka, to mogę ją sobie przeczytać sama. To, że jest z działu dziecięcego nie sprawia automatycznie, że dorośli mają zakaz jej samodzielnego czytania, prawda? Oczywiście, warto dzieciom pokazywać ciekawe pozycje, być może zachęcić do ich przeczytania opowiadając o wyjątkowości ilustracji, czy pięknym języku. Można spróbować poczytać ją razem. Chcę myśleć, że w ten sposób zaznajamiam moich chłopaków z pięknem języka i sztuką ilustracji. Ale jeśli między dzieckiem, a książką nie nawiąże się nić porozumienia, to odkładam sobie taką książkę na wieczór, a na wspólne czytanie pozwalam wybrać coś Kluskom. Chcę, żeby czytanie było dla nich przyjemnością. Oczywiście chciałabym też w jakimś zakresie wpływać na ich wyczucie estetyki i pokazać im jak odróżnić złą literaturę od tej dobrej. Ale patrząc na swoje doświadczenia, wydaje mi się, że o ile moje dzieci będą sięgać po książki z przyjemnością, będą ich czytać coraz więcej i więcej, powoli sami zaczną zdawać sobie sprawę z tego, co to jest dobra książka, a co grafomaństwo. To, że w wieku dwóch i pół roku Misiek jest zafascynowany książkami o Zygzaku McQueenie, nie znaczy przecież, że zostanie przy nich do końca życia. Bardzo prawdopodobne jest, że jeśli na co dzień będzie miał możliwość (a nie przymus) kontaktu z bardziej wysublimowanymi historiami i ilustracjami, przyjdzie taki moment, że i jego zacznie interesować coś innego, coś  z „wyższej półki”. Jeśli jednak uparłabym się, że ma mieć kontakt tylko i wyłącznie z „wyższą półką” od samego początku, pomimo tego, że nie bardzo go to interesuje, to może się okazać, że po prostu zniechęcę go do czytania w ogóle. 2. Nauka zamiast przyjemności Zbyt często wybieramy książkę kierując się błędnym moim zdaniem przekonaniem, że czytanie książek musi nieść w sobie jakąś naukę. Chcemy wspólnym czytaniem załatwić od razu lekcję przyrody, historii i matematyki. A jeśli książka nie przekazuje w jakiś łatwo przyswajalny sposób wiedzy akademickiej (najlepiej w myśl zasady „nauka przez zabawę”), to może chociaż pokazuje jak się zachować w różnych sytuacjach społecznych? Jak poradzić sobie z tym czy innym problemem? Lub choćby o tym, jakie zasady panują w czasie zabawy z innymi dziećmi. Albo chociaż coś o emocjach. Jeśli książka nie ma takiego naukowego przesłania, sami próbujemy wprowadzać jakieś elementy edukacyjne. Zadajemy pytania dotyczące obrazków czy treści, próbujemy nawiązać do czegoś czego dziecko już się nauczyło (O zobacz! Biedronka! Pamiętasz jak oglądaliśmy biedronki na łące?), uczymy logicznego myślenia (Jak myślisz, co się stanie dalej?), po zakończonej lekturze sprawdzamy ile dziecko zrozumiało, dobierając odpowiednie do treści pytania. Bo przecież takie czytanie bez nauki, to całkowita strata czasu, prawda? Ale czy czytanie książki samo w sobie nie może być przyjemnością? Czy Ty też czytasz tylko poradniki i książki populano-naukowe? Czy może jednak czasem sięgasz po książkę, tylko po to, żeby miło spędzić czas i dać się ponieść ciekawej historii? Więc dzieciom chyba też należy się przynajmniej od czasu do czasu czytanie dla samej przyjemności czytania, czyż nie? 3. Książka ważniejsza od dziecka Oczywiście nie chcę twierdzić, że książki nie powinny niczego uczyć. Jestem wręcz od tego daleka. W repertuarze Kluska książki popularno-naukowe przeplatają się dość często. Ale dlatego, że on takie wybiera. To taki typ, który lubi się uczyć z książek. W ogóle wydaje mi się, że książki to bardzo dobry sposób nauki, ale pod warunkiem, że pozwolimy je dziecku poznawać na własnych zasadach (chociaż jeśli maluch chce poznawać książki po smaku, to raczej proponuję grubsze strony). Często przy czytaniu okazuje się bowiem, że książka jest ważniejsza od dziecka. Nasz plan czytania jest ważniejszy od tego, co w danej chwili dziecko interesuje. My musimy czytać po kolei, musimy skończyć stronę, nie możemy przerywać, bo przecież w ten sposób gubi się wątek… A tak naprawdę najwięcej uczymy dziecko podążając za nim i zwyczajnie odpowiadając na jego pytania. Dzieci są przecież naturalnie ciekawe świata i wystarczy tej ciekawości nie popsuć, a na pewno nauczą się wszystkiego czego powinny. Jeśli podążanie za ich ciekawością oznacza, że nie doczytamy do końca rozdziału, czy nawet do końca strony, to co w tym strasznego? Jeśli w połowie zdania dziecko przerwie, żeby zapytać o coś, czego nie rozumie, to co w tym złego? Odpowiadając na jego pytania nauczysz je więcej, niż wybierając najbardziej nawet edukacyjną książkę. Skupiając się na dziecku, jego pytaniach i jego potrzebach i Ty możesz się wiele dowiedzieć. Choćby tego jak twoje dziecko postrzega świat, czego nie rozumie, co go dziwi, co go interesuje. Książka może być właśnie bardzo dobrym wyjściem do rozmowy, bo kto powiedział, że trzeba ją przeczytać od A do Z, tak jak sobie zamyślił wydawca? Przy okazji chciałam jeszcze zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Jeśli podczas czytania dziecko ciągle przerywa i ciągle się dopytuje, a Ty widzisz, że z niecierpliwością czeka na wyjaśnienie wszystkich obrazków i odpowiedzi na wszelkie pytania związane z tematem – ogólnie jeśli widzisz, że to ciągłe przerywanie wynika z zainteresowania książą – może warto z dzieckiem porozmawiać i wytłumaczyć mu, że czasami trzeba po prostu poczekać i wszystko się wyjaśni. Dzieci często nie zdają sobie sprawy z tego, że pytania najlepiej jest zadawać po przeczytaniu jakiejś całości, a w międzyczasie trzeba po prostu słuchać i bardzo prawdopodobne jest, że odpowiedź na ich pytanie zaraz się pojawi. (To jedna z tych umiejętności, których warto nauczyć dziecko przed pójściem do szkoły czy przedszkola. Więcej rzeczy, które dziecko powinno umieć, żeby łatwiej mogło się odnaleźć w szkole – Czy Twoje dziecko jest gotowe, żeby pójść do pierwszej klasy?) Być może jednak w Twoim maluchu chęć wiedzy jest jeszcze silniejsza niż samokontrola, więc nie denerwuj się i odpowiadaj, od czasu do czasu przypominając, że jednak czasem warto posłuchać do końca. Te ciągłe pytania, choć oczywiście dla wielu z nas mogą być denerwujące, są tak naprawdę powodem do szczęścia – oto Twoje dziecko wykazuje się ciekawością świata, chce się uczyć i co więcej – uważa Cię za źródło wiedzy i autorytet. Czyż to nie powód do radości? Ale jeśli widzisz, że pytania Twojego dziecka nie mają najmniejszego związku z książką, a dziecko zadaje je po prostu po to, żeby zająć Cię czymś innym, to nie upieraj się. Nie myśl sobie – „Ja znam te Twoje sztuczki! Nie dam się przechytrzyć! Będziemy teraz czytać, czy tego chcesz czy nie!” Nie da się nikogo uszczęśliwić na siłę. (Czytaj też: Czemu Twoje dziecko jest ciągle niezadowolone, chociaż tak się starasz?) Być może Twoje dziecko akurat w tej chwili ma ochotę na coś całkiem innego, ale np. chce coś robić z Tobą, więc zgada się na czytanie wybranej przez Ciebie książki, chociaż ona go wcale nie interesuje? A być może  z jakiegoś powodu zmieniło zdanie w tym krótkim momencie, od wyboru książki do przeczytania pierwszej strony? Kto to wie? Tak czy siak – jeśli absolutnie nie widzisz zainteresowania – odpuść. Jak mówi przysłowie „Z niewolnika nie ma robotnika”, przymuszając do czytania trudno jest wychować miłośnika książek. A tutaj nasze ostatnie wybory czytelnicze: 1. Pippi się wprowadza i inne komiksy 2. Słynny kaskader 3. Edward i jego wielkie odkrycie 4. Proszę mnie przytulić Jakie jeszcze błędy popełniają rodzice czytając dzieciom? Możesz dopisać coś do listy? Jeśli możesz udostępnij proszę ten wpis znajomym. Będzie mi bardzo miło. Wpis w ramach projektu – Przygody z książką. Więcej wpisów na temat książek dla dzieci znajdziesz klikając w baner: Post 3 błędy, które popełniamy czytając dzieciom pojawił się poraz pierwszy w Nasze Kluski.

Prezent dla pięciolatka

NASZE KLUSKI

Prezent dla pięciolatka

Czy Ty też zabraniasz tego swojemu dziecku?

NASZE KLUSKI

Czy Ty też zabraniasz tego swojemu dziecku?

Wakacje z dziećmi – Mierzeja Wiślana

NASZE KLUSKI

Wakacje z dziećmi – Mierzeja Wiślana

NASZE KLUSKI

Jak zniszczyć w dziecku kreatywność – sprawdź czy i Ty nie popełniasz tych błędów

Człowiek kreatywny, to znaczy jaki? Taki, który potrafi wymyślić rozwiązanie każdej sytuacji? Taki, który potrafi wykorzystać to co ma, do stworzenia czegoś całkiem nowego? Który ma oryginalne pomysły, a nie powiela pomysłów innych? Który umie dostosować się do zmieniających się warunków, wprowadzać innowacje? Pewnie możesz podać jeszcze inne odpowiedzi na to pytanie i zapewne wszystkie będą dobre. To skoro już ustaliliśmy kim jest człowiek kreatywny, to teraz zastanów się proszę, czy chciałabyś, żeby twoje dziecko posiadało tę cechę w dorosłym życiu?  Większość dzieci przejawia naprawdę bardzo kreatywne podejście do otaczającego je świata i dopiero z wiekiem, u niektórych osób ten potencjał słabnie. Zastanawiałaś się kiedyś czemu tak jest i czy możesz coś zrobić, żeby temu zapobiec? Powodów tego stanu rzeczy jest zapewne wiele, ale w tym wszystkim dużo zależy od nas – rodziców. Często bowiem, nawet nieświadomie, niszczymy tą kreatywność naszych dzieci na co dzień. W jaki sposób? Oto trzy rzeczy, które zdecydowanie nie sprzyjają kreatywności. Wierzymy, że tylko jeden sposób jest dobry Niezależnie czy dotyczy to nowej zabawki, mycia rąk czy zakładania swetra. Dziecko dostaje nowe cymbałki i jeszcze zanim zdąży położyć na nich rączki, już jakaś usłużna dusza zaczyna „Tu się robi o tak! Zobacz! Tym tu! Bam bam! Nie tak! Zobacz jeszcze raz!” Wszystko w dobrej wierze, ale czasami, o ile nie zagraża to czyjemuś życiu czy zdrowiu, warto dać dziecku czas na zapoznanie się z nową zabawką. Niech samo dojdzie do tego, jakie daje możliwości, co można z nią zrobić… Kto wie, może znajdzie jakieś ciekawe zastosowanie, na które żaden dorosły by nie wpadł? Bo dorosły na cymbałkach gra, a dziecko może z nich zrobić tory, albo dach domku dla lalek, albo sitko, albo… dziecięca wyobraźnia jest tak bogata, że nie podejmuję się wymienienia wszystkiego, co dziecko mogłoby zrobić z cymbałkami. Pokazujemy dzieciom jak mają jeść, jak się bawić, jak ubierać. Pewnie. Skąd mają się nauczyć jak nie od nas. Ale naprawdę nie wymagajmy, że będą robić wszystko dokładnie tak, jak je nauczymy. Dajmy im czas i przestrzeń do podejmowania własnych prób i szukania własnych sposobów. Naprawdę każdy może mieć swój własny sposób na zakładanie swetra. Jedni zaczynają od rękawów, inni od głowy, ale o ile prowadzi to do tego samego rezultatu, nie ma sensu kłócić się o to, który sposób jest lepszy. Bałagan Co prawda niektórzy twierdzą, że w bałaganie lepiej im się myśli, ale w odniesieniu do dzieci to się raczej nie sprawdza. Małe dzieci codziennie napotykają na swoje drodze coś nowego, coś nieznanego. Ciągle zalewają je nowości. Na dłuższą metę nie jest to dobre dla niczyjego samopoczucia, może powodować poczucie niepewności czy nawet lęku. W takich warunkach trudno jest rozwijać się kreatywnie. Oczywiście nie twierdzę, że dom powinien być sterylnie czysty, a wszystko poukładane od linijki. Chodzi raczej o takie zorganizowanie przestrzeni, żeby dziecko bez problemu mogło się tam odnaleźć. Powszechnie znana prawda głosi – tam gdzie są dzieci, musi być bałagan. Ale ważne jest żeby ten bałagan nie zakłócał codziennego funkcjonowania. Najlepiej jeśli każda z zabawek, czy rzeczy dziecka, miała swoje miejsce w domu. Samochody chowamy do tego koszyka, lalki do tego, na tej półce stoją farby, kartki itd. Jeśli my jako rodzice, od samego początku będziemy pilnować tych miejsc, to dzieci szybko to podchwycą – może nie od razu będą je tam odkładać, bo wiadomo, w wirze zabawy czasem się zapomina, ale przynajmniej będą wiedziały gdzie co znaleźć. Bo niezależnie od tego kto sprzątał, mama, tata, czy dziecko – wszystko trafia na odpowiednie miejsce. W ten sposób, jeśli przyjdzie im do głowy jakiś kreatywny pomysł, nie będą musiały poświęcać wiele czasu i energii na szukanie narzędzi do jego wykonania. Bo wszystko jest tam gdzie zawsze. W bałaganie, często zanim uda nam się znaleźć odpowiednie narzędzia, mija nam cały zapał do działania. I z dziećmi jest podobnie. Mała uwaga – odradzam wszelkiego rodzaju głębokie skrzynie i wielkie pojemniki, do których wrzucamy wszystkie zabawki jak leci. To, że wszystkie są w jednym miejscu, naprawdę nie ułatwia odnalezienia tej jednej, która jest akurat potrzebna. To trochę tak, jakby np. wziąć wszystkie kosmetyki  i wrzucić do jednego pudła – szampony, mydła, żele, tusze, kremy, pasty do zębów – wszystko razem w wielkim pudle. Wyobrażacie sobie poranną toaletę? Bo ja nie bardzo. Więcej sprawdzonych sposobów organizacji zabawek znajdziesz w serii wpisów Przestrzeń do zabawy.  Brak dostępu do własnych rzeczy Ten punkt, tak jak poprzedni, odnosi się do organizacji przestrzeni. Nie wystarczy bowiem, żeby w domu był porządek, a każda rzecz miała swoje własne miejsce. Ważne jest jeszcze, żeby dzieci miały dostęp do swoich rzeczy. Żeby mogły po nie sięgnąć, kiedy akurat najdzie je wena twórcza, bez konieczności proszenia mamy czy kogokolwiek o pomoc. Nie jest to łatwe i nie u każdego sprawdzi się w 100%, ale im więcej samodzielności będą miały nasze dzieci w poruszaniu się po własnym mieszkaniu, tym lepiej dla ich kreatywności. Im więcej samodzielnych działań będą podejmować, tym większą będą miały pewność siebie i tym większe umiejętności. A to z kolei prowadzi do nowych pomysłów, kolejnych prób, nowych rozwiązań. A dlaczego nie u każdego się to sprawdzi? Bo dzieci są róże i mamy są różne. Są maluchy, którym już w wieku półtora roku można wytłumaczyć, że flamastry się zatyka i nie maluje nimi po ścianach. A są takie, które nie przyjmują żadnych argumentów i dalej robią swoje. Z drugiej strony są mamy, którym zmywanie tych flamastrów ze stołu, podłogi czy ściany sto pięćdziesiąt razy dziennie, nie będzie sprawiać najmniejszego problemu, albo po prostu nie będą zwracać uwagi na te „ozdoby”. A są takie, które będzie to denerwować. A że zdenerwowana mama rzadko wpływa dobrze na cokolwiek, niektóre rzeczy warto jednak umieścić poza zasięgiem dziecka i używać ich, tylko wtedy, kiedy możemy kontrolować sytuację. Pamiętajmy jednak o tym, że im mniej takich rzeczy będzie, tym lepiej dla rozwoju dziecka. Przy organizacji zabawek warto też pamiętać, że dzieci tak naprawdę bawią się tym, co widzą. O rzeczach zamkniętych w wielkich pudłach i ciemnych szafach, albo ustawionych na wysokich półkach poza zasięgiem wzroku, zwyczajnie z czasem zapominają. Poza tym, warto na miarę dziecięcych możliwości, tak zorganizować mieszkanie, żeby nie tylko do zabawek dziecko miało samodzielny dostęp. Często naprawdę niewiele trzeba, żeby maluch mógł sam wziąć sobie coś do jedzenia czy picia, samo umyć zęby, zapalić światło, znaleźć szmatę jeśli coś rozleje, albo szufelkę, jeśli rozsypie. Ale o tym jak konkretnie pomóc dziecku być samodzielnym w domu, napiszę innym razem. (Proszę daj znać w komentarzu, jeśli interesuje Cię ten temat.) Polecam książkę „Naucz mnie samodzielności” jest tam wiele pomysłów na to, jak rozwijać tę cechę w dzieciach już od najmłodszych lat. A czy Ty masz na sumieniu, któryś z tych grzechów? Nie są to ciężkie grzechy i często popełniamy je po prostu powtarzając to, co robią wszyscy i nie zastanawiając się nad tym, że można to zrobić inaczej. Warto jednak przyjrzeć się czasem swojemu zachowaniu i zweryfikować pewne rzeczy. Na początku proponuję, żebyś następnym razem, kiedy najdzie cię nieodparta ochota powiedzenia dziecko jak ma coś robić, ugryzła się w język, a przynajmniej policzyła w myślach do 30. To naprawdę nie dużo, a może dziecko w tym czasie samo znajdzie jakiś sposób?   Ten wpis z niewielkimi zmianami publikowany był już na portalu Kreatorka. Ale pomyślałam, że warto go przypomnieć. Post Jak zniszczyć w dziecku kreatywność – sprawdź czy i Ty nie popełniasz tych błędów pojawił się poraz pierwszy w Nasze Kluski.

NASZE KLUSKI

Czemu kary i nagrody nie działają i co robić zamiast

Twoje dziecko nie chce założyć butów, a Ty już musisz wychodzić? Rozrzuca zabawki i nie chce ich posprzątać? A może bije inne dzieci w piaskownicy? A najpewniej robi wszystkie te rzeczy i jeszcze wiele, wiele innych, które działają Ci na nerwy, a jednocześnie wyzwalają w Tobie takie wewnętrzne przekonanie, że coś powinnaś zrobić, jakoś zareagować, nauczyć, że tak nie można. Co wtedy? Jak karać? Kara jest wciąż bardzo częstym narzędziem wychowawczym w takich przypadkach. Oczywiście może mieć różne formy – klapsa, karnego jeżyka, fizycznego odebrania dziecku czegoś co lubi (zabawki, słodyczy), odebrania przywilejów (zakaz telewizora, komputera, wychodzenia z domu) itp. Specjaliści od wymierzania kar mówią, że żeby ta metoda była skuteczna muszą zostać spełnione pewne warunki, np. kara musi nastąpić zaraz po „złym” zachowaniu i najlepiej żeby miała związek z tym zachowaniem – żeby łatwo je było małemu człowiekowi ze sobą skojarzyć. Musi być zapowiedziana, żeby dziecko miało świadomość co je czeka. Musi też być dopasowana do dziecka i do przewinienia – nie za surowa, ale i nie za lekka. Czy spełnienie tych punktów gwarantuje rezultat? Na pewno – problem pojawia się dopiero, kiedy zastanowimy się jaki rezultat zostanie osiągnięty. Czy dziecko zrozumie co zrobiło źle i czemu  nie powinno tego robić? Niekoniecznie. Dowie się za to na pewno, że następnym razem musi się lepiej pilnować, żeby nie zostać przyłapanym, dowie się też że silniejszy ma prawo zrobić słabszemu przykrość, jeśli uważa, że tak jest lepiej. Więc jak karać? Moim zdaniem najlepiej wcale. To może nagroda? Skoro nie kara, to może nagroda? Zamiast karnego jeżyka obietnica cukierka, kiedy dziecko szybko założy buty? Lody za spokojne zakupy w sklepie? Albo pochwała każdego najdrobniejszego starania czy sukcesu w drodze ku „dobremu” zachowaniu? Wiele się teraz mówi o tym, że nagrody działają lepiej niż kary i to ku nim należy się skłonić w procesie wychowywania dziecka. Co zyskujemy? Zmotywowane dziecko i wydawałoby się brak poniżenia i krzywdy wyrządzanej dziecku. Ale… Właśnie – prawie każdy, kto kiedykolwiek obiecał trzylatkowi nagrodę za dobre zachowanie, a potem nie mógł tej nagrody dać, bo dziecko nie spełniło obietnicy, widział ten żal, smutek i rozczarowanie w oczach dziecka, które nie dostało obiecanej naklejki. Nagroda tak naprawdę działa na tej samej zasadzie co kara. Celem naszego działania w dalszym ciągu jest uniknięcie przykrej dla nas sytuacji – bo brak nagrody jest tak samo nieprzyjemny jak otrzymanie kary. Poza tym – trzeba pamiętać, że korzystając w wychowaniu z kar i nagród, wzmacniamy w dzieciach działanie na zasadzie motywacji zewnętrznej. Uczymy że nauka czy miłe zachowanie nie jest wartością samą w sobie i nie warto poświęcać na nie swojej energii jeśli nie czeka nas za to konkretna nagroda czy kara. To co? Nic nam nie zostaje? To co? Nic nam nie zostaje? Musimy się zdać na dziecko? Przecież jeśli tak zrobimy, to jak nic czeka nas bezstresowe wychowanie, dziecko z brakiem wartości i szacunku do nas i do ludzi wokół, rozpieszczony bachor, który myśli, że wszystko mu wolno! Czytaj też: 3 powody, dla których zarzuca mi się bezstresowe wychowanie Też wydaje Ci się że są tylko te dwie opcje – kary i nagrody albo straszne bezstresowe wychowanie? Na szczęście to nieprawda. Mamy jako rodzice również inne możliwości. Konsekwencje Wszystko co robimy – zarówno my jak i nasze dzieci – ma swoje konsekwencje. My dorośli jesteśmy w stanie przewidzieć większość konsekwencji naszego działania – nie wstanę wystarczająco wcześnie, spóźnię się do pracy; nie zjem śniadania – będę głodny, nie zawiążę butów – przewrócę się; przesadzę z alkoholem – będę miał kaca, a i głupot przy okazji mogę narobić. Niektóre konsekwencje akceptujemy, innych staramy się uniknąć odpowiednio dostosowując nasze działanie. Pomyśl o sobie – czy jeśli zgubisz klucz do mieszkania, potrzebna Ci jest jeszcze kara lub nagroda, żeby następnym razem lepiej go pilnować? Raczej nie. Dzieci też uczą się doświadczając konsekwencji własnego działania. Podejmują jakieś działania i albo osiągają sukces, albo odnoszą porażkę. Jeśli osiągają sukces – powtarzają swój proces działania. Jeśli rezultatem jest porażka – modyfikują swoje zachowanie, najczęściej do momentu kiedy w końcu im się uda (np. zejść z łóżka nie spadając na twarz), albo rezygnują i wzywają pomocy (Maaaaama!). Wydaje się to bardzo proste – pozwólmy dzieciom uczyć się na własnych błędach i wszystko będzie ok. I w pewnym sensie tak jest.   To są naturalne konsekwencje – przychodzą same, jako rezultat działania dziecka, a nie wynik pomysłów dorosłego. Na przykład jeśli ściągnę obrus ze stołu to pobiją się szklanki, a pyszne ciasto zamiast w mojej buzi wyląduje na podłodze, mogę się nawet skaleczyć – to naturalna konsekwencja; ale jeśli za ściągnięcie obrusu muszę iść do konta, to już raczej kara. Ale trzeba pamiętać, że to nie jest rozwiązanie każdej sytuacji. Działanie dziecka często ma wpływ nie tylko na dziecko, ale i na dorosłego. A poza tym, są takie sytuacje, które niosą ze sobą zwyczajnie zbyt duże ryzyko – nie pozwolimy przecież trzylatkowi siedzieć samemu przy otwartym oknie na piątym piętrze – bo w tym wypadku wnioski o tym, że trzeba uważać, mogą zwyczajnie przyjść za późno. I co wtedy? Znów wracamy do kar i nagród? Czyli nie ma innego wyjścia? Nie. Możemy w dalszym ciągu stosować konsekwencje. Dobrze jest jednak zdawać sobie sprawę z tego, że nie będą one naturalne. Często nazywamy je logicznymi konsekwencjami. Żeby nie stały się one karami, trzeba jednak zastanowić się, o co nam chodzi. Jeśli chcemy, żeby dziecko się poczuło źle, chcemy udowodnić mu, że mamy nad nim władzę, chcemy je poniżyć, żeby wiedziało gdzie jego miejsce i kogo ma słuchać, to kara sprawdzi się całkiem dobrze. Albo „nauki” wypowiadane w złości – „No i zobacz co zrobiłeś! Nigdzie nie można z tobą wyjść! Przecież ci mówiłam tyle razy, w ogóle mnie nie słuchasz! Jesteś niegrzeczny! To teraz masz – płacz sobie! To twoja wina!” Ale jeśli naszym celem jest to, żeby dziecko było bezpieczne, nasze potrzeby spełnione (np. chwila spokoju, zrobienie zakupów, wyjście z domu na czas), a dziecko zobaczyło, że w życiu podejmuje się różne decyzje i trzeba się liczyć z ich konsekwencjami, to warto podejść do tego odrobinę inaczej. Po pierwsze – tam gdzie to możliwe pozwolić dziecku odczuć konsekwencje jego działania, również te nieprzyjemne – nie zagadywać, nie odwracać uwagi, nie obiecywać cukierków, kiedy dziecko płacze, tylko zwyczajnie pozwolić przeżyć ból po upadku, żal i rozczarowanie, że czegoś się nie udało, albo coś się zgubiło. Ale oczywiście nie chodzi o to, żeby dziecku specjalnie takie lekcje stwarzać, bo większość dzieci w swoim życiu doświadcza wystarczająco dużo trudnych sytuacji. Po drugie – liczyć się z tym, że zachowanie dziecka ma konsekwencje również dla rodzica. To że dziecko pójdzie bez czapki i zmarznie, to problem dziecka. Ale jak się już przeziębi, to mama będzie musiała brać wolne, wyciągać gile z noska i walczyć o podanie leków. Jeśli nie jesteś na to gotowa  (a masz takie prawo) zrób coś Ty, nie wymagaj od dziecka, że weźmie odpowiedzialność też za Ciebie. Powiedz np. „możesz iść bez czapki, ale JA na wszelki wypadek ją wezmę – jak zrobi Ci się zimno, to będziesz mógł ją nałożyć”. „Nie chcesz założyć butów, ok. Ale JA muszę już wyjść, jeśli nie założysz – JA wezmę Cię za rękę i pójdziesz bez butów.” „Jeśli nie przestaniesz sypać chłopca piaskiem, JA wyprowadzę Cię z piaskownicy i będziesz siedział ze mną lub pójdziemy do domu.” Masz prawo bronić swoich granic, nawet w kontaktach z własnym dzieckiem. Dobrze jest tylko wtedy pamiętać jaki jest Twój cel. Nie chcesz, żeby dziecko czuło się źle, więc nie krzyczysz na nie, nie straszy, nie poniżasz, nie obrażasz. Zrobiłaś co mogłaś, żeby dziecko zachowało się tak, jak tego wymaga tego sytuacja, ale się nie udało, więc bierzesz odpowiedzialność za swoje granice i swoje potrzeby i zdecydowanie, ale grzecznie, spokojnie i bez gniewu, robisz to co  możesz w danej sytuacji, żeby nikomu nie stała się krzywda. Nie zwalasz winy na dziecko, bo dziecko to tylko dziecko i ciągle się uczy. Bierzesz odpowiedzialność na siebie, nie zapominając o podstawowych zasadach dobrego wychowania i szacunku również w stosunku do dziecka. W książce „Pozytywna dyscyplina” Jane Nelsen metoda ta nazwana jest „zdecyduj co ty zrobisz” i to bardzo dobrze oddaje całe jej założenie. Jeśli jeszcze nie czytałaś tej książki, to zdecydowanie polecam. Jest tam wiele takich „metod-kluczy”, które pozwolą Ci wychowywać dziecko bez kar i nagród, ale jednocześnie z dala od „wychowania bezstresowego”. A jakie jest Twoje zdanie na temat kar i nagród? Uważasz że są potrzebne, można je stosować? A może udaje Ci się wychowywać dziecko bez nich i możesz się podzielić jakimiś sprawdzonymi sposobami, czy po prosu wesprzeć tych rodziców, którzy jeszcze w to nie wierzą? Proszę zostaw komentarz. Będę mi też bardzo miło, jeśli udostępnisz ten wpis znajomym. Post Czemu kary i nagrody nie działają i co robić zamiast pojawił się poraz pierwszy w Nasze Kluski.

Idziemy na niedźwiedzia – czyli jak ożywić literaturę

NASZE KLUSKI

Idziemy na niedźwiedzia – czyli jak ożywić literaturę

NASZE KLUSKI

Czego Twoje dziecko powinno się nauczyć w te wakacje

Masz wrażenie, że wakacje trzeba jakoś wykorzystać? Tak zaplanować dziecku czas i zajęcia, żeby jak najwięcej się nauczyło, jak najlepiej przygotowało do kolejnego roku? Organizować wycieczki, wysłać na półkolonie, wakacyjne zajęcia językowe, albo inną wakacyjną szkołę dla małych odkrywców? Nie można tak przecież puścić dziecka samopas, to strata czasu. A poza tym jak dzieci się nudzą, to przecież przychodzą im do głowy głupie pomysły. Już lepiej wymyślić coś za nie. Do końca nie wiem z czego wynika to nasze parcie na wykorzystywanie każdej chwili do granic możliwości, to przekonanie, że dzieci muszą się ciągle czegoś uczyć, a żeby się uczyć potrzebują zorganizowanych zajęć i nadzoru nauczyciela czy rodzica. Pewne jest jednak, że takie przekonanie ma wielu rodziców i kładzie ono na nas i na nasze dzieci dużą presję. Wydaje mi się, że niepotrzebnie. Nasze dzieci naprawdę „zaprogramowane” są tak, żeby się uczyć, a najlepsze co możemy zrobić to im na to pozwolić. Ale na ich zasadach, niekoniecznie na super drogich zajęciach dodatkowych, niekoniecznie nawet wymyślając kolejne fascynujące projekty, które możemy wykonać z naszym dzieckiem. Najlepszą nauką dla dzieci jest zabawa. I nie „nauka przez zabawę” sztucznie wymyśloną przez dorosłego, ale najzwyklejsza, najprostsza, codzienna zabawa. Nie wierzysz? Nadal zastanawiasz się czego to niby Twoje dziecko nauczy się biegając wolno po placu zabaw? Boisz się, że będą to raczej słowa na „k” i „ch”, a nie wiedza matematyczna czy przyrodnicza, która może się później przydać w szkole? Postaram się rozwiać te wątpliwości. Zabawa rozwija mózg Pozwól, że posłużę się cytatem.   Badania nad mózgiem pokazują, że najważniejsze dla jego rozwoju są pierwsze lata życia dziecka. Zabawa stymuluje rozwój dziecięcego mózgu i jego funkcjonowanie i ma kluczową rolę w budowaniu podstaw, organizacji i możliwości mózgu. (…) Spróbuj sobie wyobrazić połączenia w mózgu jako zarośniętą, trudną do przejścia ścieżkę. Im więcej dziecko się bawi (używając zmysłów i motoryki) tym częściej w swoim mózgu przechodzi przez tą zarośniętą ścieżkę. Im częściej chodzi tą ścieżką podczas pochłaniającej go wolnej zabawy, tym bardziej widoczna staje się ścieżka. Szybko stanie się drogą polną, potem ulicą, a potem autostradą. Przez częste używanie w zabawie, przebycie drogi z punktu A do B staje się coraz szybsze. Dziecko, które nie stymuluje swoich połączeń, które siedzi cały dzień przed telewizorem też ma te połączenia, jednak w jego mózgu pozostają one zarośniętą wąską ścieżką.” Źródło Tak więc wiemy już, że wolna zabawa rozwija mózg dziecka. Jeśli to Cię nie przekonuje, żeby pozwolić swojemu potomkowi na nieskrępowaną zabawę na placu zabaw, zwróć uwagę, na konkretne rzeczy, których niekierowane przez dorosłego dziecko, może się nauczyć na najzwyklejszym placu zabaw. Dla ułatwienia, podzieliłam te umiejętności na przedmioty. Matematyka Na tej stronie znalazłam ciekawy podział na zagadnienia matematyczne, których powinno nauczyć się dziecko zanim jeszcze zasiądzie w swojej pierwszej szkolnej ławce. Wiele z nich bez problemu można ćwiczyć na placu zabaw. Orientacja przestrzenna: dziecko uczy się jej chodząc po krzakach, drabinkach, uważając żeby nie wejść pod bujającą się huśtawkę czy budując konstrukcje z piasku Rytmy – czyli dostrzeganie prawidłowości w otaczającym świecie i korzystanie z nich w różnych sytuacjach: czy pilnowanie swojej kolejki na zjeżdżalni, albo do huśtawki nie jest dostrzeganiem rytmu, pewnej powtarzalności? Kształtowanie umiejętności liczenia, a także dodawania i odejmowania – obejmuje liczenie na konkretnych przedmiotach, a także w pamięci: mam paczkę ciastek, albo żelków i pięciu kolegów, to jak mam to podzielić? Ile mi zostanie? Kolega ma trzy samochody, to ile mu zostanie jak odda mi jeden? Ja mam dwa samochody, kolega pięć, to ile miejsc parkingowych musimy przygotować? Oczywiście dzieci najczęściej nie zadają tych pytań w takiej formie, jednak te obliczenia są gdzieś w ich głowach i pomagają później odnaleźć się w „prawdziwej” matematyce Rozwijanie umiejętności mierzenia długości – kto skoczył dalej z huśtawki, czyj samochód pojechał dalej, kto podrzucił patyk wyżej? I jak to sprawdzić? To tylko nieliczne pytania z jakimi dzieci stykają się na co dzień. Mierzenie płynów – dzielenie się piciem (choć przez wielu uważane za niehigieniczne) to dla dzieci coś całkiem naturalnego. Tak samo jak przelewanie wody w kałużach. I chociaż zapewne głównym założeniem tych zabaw nie jest mierzenie płynów, to jednak dzieci wszystko obserwują i wyciągają własne wnioski, choćby taki, że w węższej części butelki jest mniej napoju niż na dole, tam gdzie butelka się rozszerza. Fizyka  Siły działające w przyrodzie: budując z piasku, kamieni czy roślin dzieci obserwują – co i kiedy się przewraca, jak można temu zaradzić, a czego w ogóle zbudować się nie da. Jak będzie płynąć woda w kałuży jeśli wykopię jej tunel? Co zrobić, żeby przepłynęła z jednej kałuży do drugiej? W którą stronę spadam jak lecę z huśtawki?  Czemu huśtawka staje jak przestaje bujać ją nogami? Albo czemu kręcąc się na karuzeli odpycha mnie na zewnątrz.  Stany skupienia – bo przecież przyniesione ze sklepu lody w końcu zaczynają cieknąć Przewodnictwo ciepła – bo niby czemu zjeżdżalnia się nagrzewa tak, że nie można na niej usiąść, a drewniane schody nie Tonie czy nie? – co może być statkiem na kałuży, bo pływa, a co tonie i nadaje się raczej do zbudowania tamy? Światło – kiedy i gdzie szukać cienia i czy przez cały dzień cień jest w tym samym miejscu Biologia Budowa człowieka – wolna zabawa na placu zabaw częściej niż siedzenie w domu owocuje skaleczeniami i otarciami. To bardzo dobry sposób, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o ludzkim organizmie i jego możliwościach regeneracji. Obserwacja roślin i zwierząt – nawet jeśli tylko pod kątem, patrzenia czy ten robak może mnie ugryźć czy nie, albo czy z tej trawy da się zrobić dach do mojego pałacu. Ale dzieci bardzo często interesują się otaczającym je światem. Przyglądają się mrówkom drepczącym przez piaskownice, ganiają motyle i ptaki. Złamane gałązki czy zerwane liście i kwiaty rozrywają na części pierwsze zapoznając się tym samym z ich budową. Może nie poznają w ten sposób budowy pantofelka, ale na pewno wiele się nauczą. Geografia Minerały – wybierając kamienie, które najlepiej nadają się do ozdobienia piaskowego pałacu czy puszczania kaczek po kałużach można zaobserwować jak są różne Struktura gleby – czemu piasek w piaskownicy jest inny niż ten, na którym rośnie trawa? Co je różni? W czym są podobne Pogoda – kiedy trzeba się już zbierać z placu zabaw, bo nadciąga burza i jak rozpoznać, czy to burza, czy może jednak zaraz wyjdzie słońce; jak wygląda plac zabaw kiedy pada deszcz, kiedy jest pochmurno, kiedy wieje, a jak kiedy świeci słońce? Język Poszerzanie słownictwa – w rozmowie ze starszymi dzieci uczą się nie tylko wyrazów niecenzuralnych Umiejętność argumentacji – bo jakoś trzeba wytłumaczyć kolegom, że tym razem bawimy się według moich zasad, albo w zabawę, którą ja wymyśliłem, albo że może powinni mnie jednak przepuścić w kolejce do zjeżdżalni, dać jedno ciastko więcej. Dorośli często ustępują dzieciom z zasady, a w towarzystwie dzieci trzeba się trochę nagimnastykować, żeby przekonać do swoich racji Umiejętność dyskutowania – wspólna zabawa to bardzo dobra lekcja nie tylko argumentowania, ale też zrozumienia, o co chodzi w dyskusji i jakie zasady powinny nią kierować. Dzieci metodą prób i błędów dochodzą do tego, że nie każdy może mówić jednocześnie i że słuchanie jest równie ważne. Te umiejętności przydają się później w nauce szkolnej i w życiu   Czytaj też: Jak przygotować dziecko do szkoły    Opowiadanie – bo kolegom trzeba przecież opowiedzieć o nowej zabawce, o wycieczce, czy bajce, którą oglądało się wczoraj Edukacja ekologiczna Recycilng – jak można wykorzystać w zabawie rzeczy, które mama i tata chcą już wyrzucić? Np. pudełko po lodach czy butelkę po soku. Oczywiście do zabawy. Bo najlepsze zabawki wcale nie mieszkają na półkach w sklepach. Odpowiedzialność za swoje otoczenie – bo przecież to mój plac zabaw i jeśli zostawię na nim śmieci, to wcale nie będzie mi przyjemnie bawić się następnego dnia. I jako bonus Poza tym plac zabaw, to miejsce gdzie dziecko poza wiedzą szkolną zdobywa też wiele innych umiejętności społecznych – samodzielność, pewność siebie, umiejętność komunikacji z innymi, doświadcza i uczy się wielu emocji, z którymi przyjdzie mu sobie radzić przez całe życie. Więcej na ten temat przeczytasz tutaj: Czego Twoje dziecko może nauczyć się w te wakacje. Nie zapominaj też, że nawet jeśli wydaje Ci się, że dziecko na tym placu zabaw nie robi nic, to i tak jest to dla niego ważny czas, każdemu bowiem potrzebne są takie chwile, gdzie może się ponudzić, przemyśleć pewne sprawy i dać szansę swojej własnej kreatywności, a nie polegać we wszystkim na dorosłych i ich sposobach organizowania czasu. (Czytaj też: Czemu potrzebna jest nuda?) Apel I naprawdę nie chodzi o to, żeby dzieci odpytywać z tych rzeczy, chodzi raczej o to, żeby na własnej skórze miały szanse doświadczyć otaczającego je świata, trochę z nim poeksperymentować, wysnuć i obalić własne teorie. Później, kiedy to samo spotkają w książce, będzie im znacznie łatwiej zrozumieć, o co chodzi. Wolna zabawa i czas spędzony beztrosko na dworze wśród kolegów lub samotnie, to nie czas stracony. To jedna z najbardziej efektywnych form nauki dla małych ssaków. Pozwólmy więc na nią swoim dzieciom. Zadbajmy o to, żeby chociaż w wakacje mieli czas dla siebie, który mogą spędzić na własnych zasadach i według własnego uznania. Naprawdę nie musimy wszystkiego im organizować. Post Czego Twoje dziecko powinno się nauczyć w te wakacje pojawił się poraz pierwszy w Nasze Kluski.

NASZE KLUSKI

Sprawdź, czy Twoje dziecko jest gotowe, żeby pójść do pierwszej klasy

Liczenie, czytanie czy wiedza przyrodnicza są w programie. Tego dzieci z założenia mają się nauczyć w szkole. A i tak rodzice często dbają o to, żeby tę szkołę wyręczyć. Już od najmłodszych lat uczą liter, dodawania, nazw zwierząt czy roślin. W konsekwencji część dzieci przychodzi na lekcje i się nudzą (i przeszkadzają lub tracą zapał do nauki), a część nie nadąża, bo Pani próbuje wypośrodkować tempo nauki i dla tych, co litery znają i dla tych, co nie znają – a to w warunkach obecnej szkoły jest bardzo trudne, o ile w ogóle możliwe. Jednak są rzeczy, których warto nauczyć dzieci zanim pójdą do szkoły. Po to, żeby im było łatwiej się uczyć nowych rzeczy, a nauczycielom przekazywać wiedzę. Ja wiem, że niektórym może się wydawać, że rolą nauczyciela jest nauczyć dziecko wszystkiego i znaleźć taki sposób, żeby dziecko się chciało uczyć, ale jednak od rodziców bardzo wiele zależy i rodzice mogą w prosty sposób pomóc i jednym i drugim. I naprawdę nie chodzi o jakieś skomplikowane i trudne działania. Jakich umiejętności i jakiej wiedzy potrzebują pierwszaki zdaniem nauczycieli? Wszystko to, o czym mówili pedagodzy można chyba podzielić na cztery grupy Samoobsługa Umiejętność zajmowania się sobą w takich codziennych sprawach, jak ubranie się, jedzenie, korzystanie z toalety. Rzeczy, które nam dorosłym wydają się oczywiste, dzieciom często sprawiają trudności. I o ile w domu, nie ma większego problemu jeśli dziecko nie zawiąże sobie samo sznurówek, to w szkole, kiedy na dwadzieścia kilka osób przypada jedna Pani, a dzieci nie mają w zwyczaju czekania, takie wiązanie sznurówki potrafi zrobić trochę zamieszania. Jakich umiejętności w kwestii samoobsługi dzieciom najbardziej brakuje? wiązanie (sznurówek i nie tylko) ubieranie się (w szczególności obsługa guzików i elementów wiązanych, ale problemem są też czapki, szaliki, rękawiczki) – ogólnie wybierając dziecku ubranie do szkoły bierzmy pod uwagę to, czy dziecko jest samo w stanie je założyć i zdjąć. Jeśli nie, to albo postarajmy się przećwiczyć potrzebne umiejętności, albo zmieńmy ubranie, na prostsze w obsłudze składanie ubrań i odkładanie ich na miejsce (przy w-f-ie lub w szatni) zamiast rzucania wymiętych na podłogę samodzielne korzystanie z toalety (używanie papieru, wtedy kiedy potrzeba; spuszczanie wody, mycie rąk po skorzystaniu) używanie chusteczek higienicznych, zamiast dłubania w nosie zakrywanie buzi przy kichaniu czy kaszlu zamykanie po sobie drzwi do klasy, jeśli dziecko wychodzi na lekcji do łazienki świadomość do czego jest przerwa – nie tylko do tego, żeby trochę pobiegać i poszaleć, ale też, żeby coś zjeść, wypić czy iść do łazienki, bo dzieciom najczęściej o tych rzeczach przypomina się tuż po wejściu do klasy znajomość swoich danych – imię, nazwisko, wiek, adres, a może nawet telefon rodzica (tak na wszelki wypadek – Co ma zrobić dziecko gdy się zgubi?) uświadomienie dziecku, że Pani może się nim zająć, zapewnić bezpieczeństwo itd, jeśli słucha i robi to, o co Pani prosi (np. nie oddala się sam podczas wyjścia poza szkołę itp.) Samodzielna nauka Są takie rzeczy, których świadomość bardzo dzieciom ułatwia pracę na lekcji, a których często brakuje. Może więc zamiast ćwiczyć literki, spróbujecie poćwiczyć pakowanie plecaka na czas, czy otwieranie książki na odpowiedniej stronie. Bo niestety, są to rzeczy, z którymi wiele dzieci sobie nie radzi. Oczywiście Panie w razie konieczności i na miarę możliwości pomagają, ale jednak to wymaga czasu, którego na lekcjach za wiele nie ma (przynajmniej z punktu widzenia nauczyciela, bo uczniowie, szczególnie starszych klas, mogą to odczuwać trochę inaczej) pakowanie plecaka i piórnika zachowywanie porządku na biurku – oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że dzieci nie zawsze w ferworze zdobywania wiedzy panują nad tym, co się dzieje na ławc, ale warto im uświadamiać, że porządek na miejscu pracy jest ważny. Że dużo łatwiej się uczyć, jeśli z ławki co chwila nie spada klej, czy kredka i gdzie niczego nie można znaleźć. Poza mówieniem: „Zrób porządek na biurku!” warto też dawać konkretne wskazówki – np. kładź książki po zewnętrznej stronie biurka, kredki, którymi już nie malujesz odkładaj na miejsce do piórnika, schowaj do plecaka wszystko to, co nie jest potrzebne na lekcji itd. Bo samo „Posprzątaj!” to często dla dzieci za mało, mogą nie do końca wiedzieć co znaczy posprzątane biurko, więc to co ich zdaniem jest „porządkiem” może odbiegać od naszych oczekiwań. Mogą też po prostu czuć się przytłoczone całym bałaganem i nie wiedzieć jak podejść do tego całego „sprzątania”, łatwiej będzie jeśli całość rozbijemy na mniejsze zadania. odkładanie rzeczy na swoje miejsce (czy to pomocy w klasie, czy własnych kredek do piórnika) sprzątanie po swojej pracy – np. świadomość tego, że skrawki papierków trzeba wynieść do kosza, rozlany na ławce klej wytrzeć, że jak coś spadnie na podłogę, to też trzeba to podnieść, że krzesełka trzeba dosunąć przed wyjściem z klasy itd. świadomość tego, że w szkole robimy to, o co prosi nas nauczyciel i nie musimy za każdym razem go pytać, czy dobrze, czy tak, co dalej? Zrobiliśmy to, co powiedziała Pani, to super, teraz czekamy, aż powie, co trzeba robić dalej. słuchanie – ten punkt trochę łączy się z poprzednim. Oczywiście wiadomo, że dzieci jeszcze na tym etapie nie zawsze panują nad sobą, a ich skupienie i uwaga znika szybko, jeśli coś akurat przestaje je interesować, ale… No właśnie – ale. Wiele dzieci po prostu nie wie, że zazwyczaj wystarczy posłuchać Pani, żeby dowiedzieć co trzeba zrobić. Nie wie, że pytania do polecenia zadaje się dopiero jak Pani skończy tłumaczyć, a dziecko w dalszym ciągu ma jakieś wątpliwości. Nie wie, że trzeba też słuchać odpowiedzi udzielanym innym dzieciom, bo najprawdopodobniej ich pytanie jest bardzo podobne. A w konsekwencji Pani musi odpowiadać 20 razy na dokładnie to samo pytanie. Tak jak mówię – nikt nie oczekuje, że dziecko w pierwszej klasie, będzie się zachowywać jak dorosły, ale naprawdę jest wiele dzieci, które nie mają zielonego pojęcia, że słuchanie w takiej formie pomoże im lepiej się uczyć. umiejętność zadawania pytań – rodzice często mówią: „Jak nie wiesz, zapytaj Pani!” I dziecko przerywa Pani w pół zdania, bo akurat coś mu przyszło do głowy, bo często mama czy tata zapominają, jak to pytanie powinno odbywać się w warunkach lekcyjnych. Warto więc wytłumaczyć dzieciom czym jest podnoszenie ręki i dlaczego w szkole jest tak ważne przestrzeganie tej zasady. Jeśli nie wiesz, podpowiadam: Pani zajmuje się dwadzieściorgiem dzieci i próbuje ich jeszcze czegoś nauczyć. A to znaczy, że Pani czasem coś tłumaczy całej klasie, lub rozmawia z jakimś innym dzieckiem. A ma przecież tylko jedną buzię i nie może odpowiadać i słuchać kilku osób jednocześnie. Trzeba poczekać na swoją kolej (chociaż w międzyczasie warto słuchać tego, co mówi Pani, bo może to będzie odpowiedź na nasze pytanie – patrz punkt poprzedni). Co więcej, podnosimy rękę, żeby nie robić niepotrzebnego zamieszania i hałasu. A więc jak już podniesiemy rękę, to trzeba poczekać, aż Pani pozwoli nam mówić, a nie od razu krzyczeć. korzystanie z pomocy kolegów – jeśli czegoś nie wiemy, nie trzeba od razu pytać Pani, czasem wystarczy rozejrzeć się po klasie i sprawdzić co robią koledzy, lub cicho zapytać kolegi z ławki czekanie na swoją kolej  otwieranie książki na konkretnej stronie świadomość tego, że w zeszycie kartki zapisujemy po kolei, a nie „jak się otworzy” pomaga też wcześniejsze obejrzenie książek, uświadomienie dziecku, że to książka do nauki pisania, ta do liczenia, a ta do angielskiego i zapoznanie z takim pojęciem jak „ćwiczenia” w odróżnieniu od „książki”. struganie ołówka czy kredek codzienne sprawdzanie zawartości plecaka i piórnika – wyjmowanie rzeczy niepotrzebnych, uzupełnianie braków czy upewnianie się, że kredki i ołówki są zatemperowane wycinanie po śladzie – na to wielu nauczycieli zwracało uwagę. Dzieci nie radzą sobie z tym zadaniem, chociaż w pierwszych klasach nie są to zazwyczaj zbyt skomplikowane figury. Warto więc pracować nad tą konkretna umiejętnością, ale i w ogóle – nad małą motoryką. Im więcej dzieci malują, kleją, lepią, wycinają, babrają się w błocie i innych substancjach, tym lepiej dla ich późniejszej szkolnej nauki. Czytaj też: Sensoplastyka, czyli czemu dzieci lubią się babrać? Zabawa z nożyczkami Jak nauczyć dziecko posługiwania się nożyczkami?  Emocje Tutaj po prostu zacytuję wypowiedź jednej z nauczycielek edukacji wczesnoszkolnej, bo myślę, że to najlepiej oddaje istotę problemu:   Poza tym chciałabym zwrócić uwagę na bardzo ważny problem, z którym na pewno niejedna z nas się spotyka… rozwój emocjonalny dziecka. Mam wrażenie, że rodzice w tym pędzie życia zapominają o rozmowach z dziećmi na takie zwykłe, ludzkie tematy. Wolą się skupić ma tym, aby dziecko miało wiedzę przyrodniczą… wiedziało wiele o kosmosie itp… a tymczasem dziecko nie potrafi rozmawiać o emocjach, uczuciach. Ba! Nie umie ich nazywać, rozpoznawać. Więcej takich rozmów w domu. O swoich uczuciach, o uczuciach innych, o wzajemnej pomocy, o tym, że każdy jest inny i ma do tego prawo Szkoła to miejsce gdzie dzieci stykają się z najróżniejszymi emocjami. Im lepiej potrafią je nazywać, im lepiej zdają sobie z nich sprawę, im więcej znają sposobów na radzenie sobie z tymi emocjami, tym łatwiej im będzie w szkole. Ja bym jeszcze tylko dodała do tego umiejętność mówienia „nie” i dbania o swoje granice. Są oczywiście dzieci, które nie mają z tym problemów i robią co chcą, niezależnie od tego co się dzieje wokół. Ale są i takie, które z powodu strachu, czy chęci bycia bardzo „grzecznymi” nie potrafią przeciwstawić się kolegom czy nauczycielowi. I tak na przykład – jeśli dziecko chce wyjść do łazienki, bo czuje, że już nie wytrzyma, a Pani z jakiegoś powodu nie reaguje (np. nie widzi podniesionej ręki), to uczymy dziecko, że lepiej żeby wstało, złapało Panią za rękę (żeby upewnić się, że Pani zauważy), powiedziało „Muszę iść do łazienki” i żeby wyszło, niż ma siedzieć cicho dopóki się nie zsika. Dobre wychowanie To oczywiście nie jest niezbędne do dobrej nauki, ale miło jest kiedy dziecko mówi dzień dobry, do widzenia, dziękuję, przepraszam czy proszę, jeśli zwraca się do nauczycielki „proszę Pani” itd. Pewnie forma „Pani pomóż mi no tutaj!” ma swój urok i (normalny) nauczyciel się nie obrazi, ale jednak warto wpajać dzieciom zasady dobrego wychowania. Nawet jeśli dziecko jest niechętne, żeby za każdym razem mówić „dziękuję” kiedy dostanie cukierka od babci, to warto, żeby wiedziało, kiedy i po co się takich zwrotów używa. Choćby po to, żeby czuło się pewniej. Żeby nie musiało się zastanawiać co ma Pani powiedzieć na powitanie, albo czy jak widzi swoją Panią na mieście, to może się do niej odezwać czy nie. Chociaż ja najczęściej mam tak, że moi młodsi uczniowie jak mnie widzą gdzieś poza szkołą, to zamiast „dzień dobry” widzę uśmiech i słyszę wypowiadane do rodziców – szeptem lub na cały głos – „to moja Pani, widzisz!”, ale tak widzę po oczach, że czasem nie bardzo wiedzą co mają zrobić czy powiedzieć. Czyja to rola? Sporo tych wszystkich punktów się nazbierało. Oczywistym jest, że postępowanie według nich wszystkich dla wielu dzieci będzie nieosiągalne, choćby ze względu na etap rozwoju czy charakter. Ale mimo wszystko dobrze jest o tych sprawach w domu rozmawiać i uświadamiać dzieci, żeby i one wiedziały, o co w tym chodzi. Całkiem inaczej pracuje się z dziećmi, które wiedzą, po co są w szkole i jak ta szkoła funkcjonuje, nawet pomimo tego, że dziecko nie do końca jeszcze nad sobą panuje, że wielu rzeczy jeszcze się uczy. Dzieci mimo wszystko chcą być „grzeczne”, tylko nie zawsze dajemy im odpowiednią wiedzę i środki ku temu. Wielu z tych rzeczy dzieci nauczą się w szkole. Nie chcę tym wpisem zwalać całej odpowiedzialności na rodziców. Wydaje mi się po prostu, że to nasze wspólne zadanie – i nauczycieli i rodziców. I dobrze jest, jeśli rodzice zdają sobie sprawę ze specyfiki miejsca pracy jakim jest szkoła, z tego że nauczyciel ma wiele ograniczeń – choćby to najprostsze, że jest jeden, a dzieci dwadzieścioro czy trzydzieścioro. I tak jak dbamy o to, żeby nasze dzieci nauczyły się czytać, pisać i mówić po angielsku, tak dbajmy też o to, żeby radziły sobie w życiu szkolnym, a nie tylko na sprawdzianie czy podczas odpytywania. Najważniejszy szacunek Chociaż punktów jest dużo, to jednak w większości chodzi o zwykły ludzki szacunek – o to, żeby szanować siebie, kolegów, nauczyciela, budynek szkolny, klasę, własne przybory, ubrania, swoją pracę, przyrodę. To dużo ważniejsze niż nauczenie dzieci czytania, pisania, liczenia do tysiąca i recytowania „Lokomotywy” z pamięci. Chociaż zdaję sobie sprawę, że dużo łatwiej pochwalić się tym, że pięciolatek już umie pisać czy dodawać. Ale naprawdę – nie zapominajmy drodzy rodzice, że w życiu chodzi o coś więcej niż wiedza czysto akademicka. Stosunek do ludzi, samodzielność, samoświadomość, dobre wychowanie, umiejętność sprawnego uczczenia się i później pracy, to też bardzo ważne „lekcje” w życiu dziecka. Do początku roku zostało jeszcze trochę czasu, zachęcam więc – przyjrzyj się uważnie tej liście i zastanów, czy Twoje dziecko ma te umiejętności. Jeśli nie – jest jeszcze czas, wiele z nich zdążycie przećwiczyć i przegadać, zanim trafi do swojej pierwszej ławki. I oczywiście udostępnij ten wpis. Z góry dziękuję, nie tylko jako blogerka, ale a może przede wszystkim – jako nauczyciel. I na zakończenie – jeszcze raz dziękuję nauczycielom, którzy zechcieli odpowiedzieć na moje pytania. P.S. Jeśli czytacie tego bloga, to pewnie znacie już moją opinię na temat szkoły w obecnej postaci. Krótko mówiąc – nie jestem zwolenniczką. Zdaję sobie jednak sprawę, że większość dzieci mimo wszystko tam trafia, więc pomyślałam sobie, że może warto zastanowić się jak przygotować takiego małego człowieka do tego, żeby jednak z nauki w szkole wyniósł możliwie jak najwięcej. I temu właśnie ma służyć ten wpis.         Post Sprawdź, czy Twoje dziecko jest gotowe, żeby pójść do pierwszej klasy pojawił się poraz pierwszy w Nasze Kluski.

Pippi Pończoszanka – 18 zabaw inspirowanych książką

NASZE KLUSKI

Pippi Pończoszanka – 18 zabaw inspirowanych książką

Pippi Pończoszanka to pierwszy audiobook z jakim Klusek miał do czynienia. Kiedy go kupiliśmy nie miał jeszcze roku. Wydawałoby się, że historia rudowłosej dziewczynki już dawno powinna mu się znudzić, ale nie – w dalszym ciągu bardzo chętnie do niej wraca chociaż jej historie słyszał już setki razy. Inne wpisy zainspirowane Pippi: Grzeczne dziecko Osoba, która mnie inspiruje Szczerze mówiąc, mam podobnie. Znam już tę książkę prawie na pamięć, a mimo wszystko za każdym razem znajduję w niej jakąś inspirację. Dzisiaj na przykład znalazłam w niej inspirację do napisania tego wpisu 18 zabaw zainspirowanych przez Pippi Pończoszankę 1. Jak wygląda Pippi Spróbujcie stworzyć jej portret. Możecie do tego użyć kartki i kredek, farb  czy plasteliny, ale możecie też spróbować przebrać się za nią, oczywiście według wskazań Astrid Lindgren. A kto wie, starsze dzieci może pokuszą się o to, żeby tak jak Pippi samodzielnie uszyć sobie sukienkę? „Jej włosy, koloru marchewki, zaplecione były ciasno w dwa odstające warkocze. Jej nos miał kształt małego kartofelka pokrytego piegami. Trzeba przyznać, że usta pod tym nosem, to były szerokie usta z silnymi białymi zębami. Jej sukienka była dość nietypowa. Pippi uszyła ją sama. Chciała, żeby była niebieska, ale nie wystarczyło jej materiału, więc w kilku miejscach doszyła kawałki czerwonego. Na długich cienkich nogach miała pończochy – jedną brązową i jedną czarną, a na stopach parę czarnych butów, które były dokładnie dwa razy dłuższe niż jej stopy.”   2. Przejdźcie się w nietypowy sposób W książce czytamy o tym, że Pippi dla zabawy chodzi tyłem, ale kto powiedział, że nie można chodzić bokiem, albo podskakiwać na jednej nodze, czy iść z jednym okiem zamkniętym? Spróbujcie wymyślić jakiś sposób, żeby urozmaicić sobie chodzenie i spojrzeć na świat z całkiem innej perspektywy. „Raptem Tomi zapytał – Czemu szłaś tyłem? – Czemu szłam tyłem? – powiedziała Pippi – Czyż to nie wolny kraj? Czyż nie mogę chodzić jak mi się podoba? Jeśli o to chodzi, to powiem ci jeszcze, że w Egipcie wszyscy chodzą tyłem (…)” 3. Wymyślcie historie o ludziach z innych krajów Według Pippi ludzie w Egipcie chodzą do tyłu, w Brazylii smarują włosy jajkiem, a dzieci w Argentynie mają zakaz nauki. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście i Wy stworzyli własne teorie na temat ludzi w innych krajach. To świetna zabawa i doskonałe ćwiczenie kreatywnego myślenia. A jeśli bardzo zechcecie – zawsze możecie później spróbować zweryfikować własne teorię i dowiedzieć się więcej o zwyczajach panujących w innych krajach. „Nigdy  nie byłam w Egipcie? Żebyś wiedział, że byłam. Byłam wszędzie i widziałam rzeczy dużo dziwniejsze niż ludzie chodzący tyłem. Ciekawa jestem co byście powiedzieli, gdybyście zobaczyli ludzi chodzących na rękach, tak jak to się robi w Indiach.” 4. Stańcie się Poszukiwaczami Rzeczy Zasady są proste. Wychodzicie na dwór i możecie wziąć wszystko to, co leży na ziemi. „- Poszukiwacz rzeczy -kto to taki? – zapytał Tomi. – Ktoś, kto szuka rzeczy, naturalnie. Co innego mógłby robić? – powiedziała Pippi (…) Świat jest pełen rzeczy i ktoś musi ich szukać. I to właśnie robi Poszukiwacz Rzeczy”. 5. I koniecznie wymyślcie różne zastosowania dla rzeczy, które uda Wam się znaleźć „Taka śliczna mała szpulka – można przez nią dmuchać bańki mydlane, można ją powiesić na szyi. Muszę iść do domu i natychmiast zrobić naszyjnik.” 6. Zróbcie pierniki Najlepiej na podłodze lub w jakimś innym, równie niekonwencjonalnym miejscu. Przepis na szwedzkie pierniczki znajdziecie tutaj. „Tego ranka Pippi była zajęta robieniem pierniczków. Zagniotła górę ciasta i rozwałkowała je na podłodze w kuchni. – Bo – powiedziała Pippi do swojej małpki – jaki pożytek ze stolnicy, kiedy chce się upiec co najmniej pięćset pierników?” 7.Idźcie spać tak jak Pippi Połóżcie się spać z nogami na poduszce i zaśpiewajcie sobie kołysankę. Być może okaże się, że to świetny sposób na zasypianie. „Zawsze spała ze stopami na poduszce i z głową pod kołdrą. – Tak śpią ludzie w Gwatemali – powiedziała. – I to jedyny poprawny sposób zasypiania. Widzicie, o tak, mogę ruszać palcami u stóp kiedy śpię. A czy możecie zasnąć bez kołysanki? – ciągnęła. – Ja zawsze muszę sobie trochę pośpiewać przed snem. Inaczej nie mogę zasnąć.”   8. Wymyślcie pytania do zadań z matematyki „Kasia ma dwa jabłka, a Adaś ma trzy. Ile mają razem?” Tego typu zadania na odległość czuć nudą. Ale Pippi ma i na to swoje sposoby. Wystarczy wczuć się trochę w historię i spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o bohaterach. „Jeśli Lisa ma siedem jabłek, a Aksel ma dziewięć jabłek, to ile jabłek mają razem? – Tak, odpowiedz Tomi – przerwała Pippi – i powiedz mi też czy jeśli Lisę rozboli brzuch, a Aksela jeszcze bardziej rozboli brzuch, to czyja to wina. I skąd zwędzili jabłka?” 9. Jak wyglądają litery Litery przez abstrakcyjność swoich kształtów, mogą dla niektórych dzieci być trudne do zapamiętania. Ale i tu Pippi wie, co zrobić. Wystarczy przyjrzeć się każdej literce uważnie i zastanowić – do czego to ona jest podobna. Im śmieszniej, tym lepiej. „- Spójrz Pippi – powiedziała Pani – zobaczysz coś ciekawego. Tutaj na obrazku jest jeż. A ta literka obok niego, to „j” – W to nigdy nie uwierzę – odpowiedziała Pippi. – Moim zdaniem to wygląda jak prosta kreska, nad którą mucha zostawiła brudną kropkę. Ale najbardziej chciałabym wiedzieć, co ma wspólnego jeż z kupą muchy?” Czytaj też: Książki o literkach 10. Narysujcie coś w skali 1:1 Może nie tak jak Pippi – kredkami po podłodze, ale np. kredą po chodniku, lub na papierze dużego formatu? To całkiem inne doświadczenie niż malowanie na malutkim A4. ” – Ależ Pippi – powiedziała niecierpliwie nauczycielka – dlaczego nie rysujesz na papierze? – Już dawno go zarysowałam. Na tak małej karteczce nie ma wystarczająco dużo miejsca dla mojego konia – odpowiedziała Pippi. – Teraz właśnie rysuje mu przednie nogi, ale jak dojdę do ogona, to chyba będę musiała wyjść na korytarz.” 11. Wyszorujcie podłogę Nie brzmi jak zabawa? A jednak. Jeśli nie macie szczotek do szorowania, to zamieńcie je na szmaty, albo stare koszulki, owińcie nimi stopy i chociaż wytrzyjcie podłogę do sucha. „Przerwa na szorowanie? Podoba mi się to! – powiedziała Pippi. – To kolejna niesprawiedliwość. Czy ja mam jakieś przerwy na szorowanie? Ależ oczywiście że nie, chociaż stanowczo przydałaby mi się. Spojrzała na podłogę w kuchni. – Ale na dobrą sprawę mogę szorować i bez przerwy. I to właśnie zamierzam zrobić. Z przerwą czy bez, chciałabym zobaczyć jak ktoś próbuje mnie powstrzymać (…) Pippi podgrzała duży czajnik z wodą i bez zastanowienia wylała go na podłogę w kuchni. Zdjęła swoje wielkie buty i ustawiła na chlebaku. Przywiązała do gołych stóp dwie szczotki do szorowania i ruszyła jak na wrotkach, rozchlapując wokół siebie wylaną wodę.” 12. Piknik Każdy powód jest dobry, żeby wybrać się na piknik. Jeśli chcecie, możecie spróbować przygotować też odpowiednie menu: „[Tomi i Anika] aż zapiszczeli z radości, kiedy zobaczyli te wszystkie pyszności, które Pippi rozstawiła na skale. Były tam kanapki z klopsem i szynką, cała masa naleśników z cukrem, kilka małych podsmażonych kiełbasek i trzy budynie ananasowe. Bo widzicie – Pippi uczyła się gotować na statku swojego ojca.” 13. Zatańczcie polkę Czemu by nie? Nie wiecie jak? Spróbujcie nauczyć się razem – np. stąd. „Pippi odłożyła walizkę na szafę i zwróciła się do swoich jeńców. – Czy któryś z was potrafi tańczyć polkę? – Ależ tak – powiedział Thunda-Karlsson – potrafimy obaj. – Och to świetnie – zawołała Pippi i aż klasnęła w ręce – Czy możemy trochę potańczyć, bo widzicie – ja właśnie się nauczyłam.” 14. Zagrajcie na grzebieniu To kolejna umiejętność, której możecie się wspólnie nauczyć. Przyda się np. jeśli nie macie podkładu muzycznego do wspomnianej wyżej polki. Jak to się robi? Wikipedia mówi, że tak: „technika gry polegająca na nuceniu melodii przy jednoczesnym przyłożeniu do ust owiniętego w cienką serwetkę, pergamin lub folię aluminiową grzebienia. Dźwięk wydobywa się przykładając delikatnie zgięte w „dzióbek” wargi do boku grzebienia i trzymając go delikatnie na środku palcami. Dźwięk wydawany przez struny głosowe człowieka jest zamieniany poprzez drganie pergaminu na charakterystyczny, brzęczący odgłos.” A tu dowód na to, że nawet dziecko powinno sobie z tym poradzić. „Ale nie mamy muzyki – powiedziała zaniepokojona. Zaraz jednak wpadła na pomysł. – Czy umiesz grać na grzebieniu? – zapytała Blooma. – A ja z nim zatańczę – wskazała na Thunder-Karlssona. Tak, Bloom umiał grać na grzebieniu. I grał tak, że słychać go było w całym domu.” 15. Rozsypcie cukier I spróbujcie trochę po nim pochodzić. Świetne doświadczenie sensoryczne i nawet nie tak dużo sprzątania. Możecie też spróbować jakie wrażenie na gołych stopach robią różne rodzaje cukru – granulowany, w kryształkach, w kostkach, puder… Albo przetestować całkiem inne produkty. Czytaj też: Sensoplastyka, czyli czemu dzieci lubią się babrać. „Wzięła łyżeczkę cukru i zaczęła rozsypywać go po podłodze. – Zwróćcie uwagę, że to cukier do posypywania, więc to całkiem w porządku, że posypuję nim podłogę. Bo niby po co miałby być cukier do posypywania, jeśli nie po to, żeby człowiek mógł nim sobie coś posypać? Chciałabym to wiedzieć? Czy zauważyły Panie jak świetnie się chodzi po podłodze posypanej cukrem? – zapytała. – Oczywiście najfajniej jest chodzić na bosaka – dodała zdejmując buty i pończochy. – Też musicie spróbować, bo nie ma nic fajniejszego.”   16. Powspominajcie Obejrzyjcie zdjęcia z poprzednich wakacji, wyjmijcie schowane gdzieś pamiątki. Przypomnijcie sobie jak to było. Wspólne wspominanie to bardzo miła forma spędzania czasu. „Potem Pippi siadła przy swojej skrzyni i oglądała wszystkie ptasie jajka i muszelki i rozmyślała o miejscach gdzie zbierała je razem z tatą, o tych wszystkim małych sklepikach z całego świata, gdzie kupili te piękne rzeczy, które teraz leżały w jej skrzyni.” 17. Dajcie prezenty z okazji własnych urodzin „Nagle Pippi sobie coś przypomniała: – Ojej! Wy też musicie dostać prezenty urodzinowe. – Ale to twoje urodziny – powiedzieli Tomi i Anika. Pippi patrzyła się na nich zaskoczona: – Właśnie. Przecież to moje urodziny, więc chyba mogę dać wam prezenty jeśli mam na to ochotę? Czy może tabliczka schorzenia tego zabrania?” 18. Zagrajcie w „Nie dotykaj podłogi” To gra wymyślona przez Pippi. Zasady są proste, co wcale nie znaczy, że tak łatwo uda się wykonać jej założenia. Jeśli boicie się strat w meblach, możecie spróbować przenieść się z zabawą np. na plac zabaw. „Pippi zaproponowała grę w „Nie dotykaj podłogi.” Zasady były proste. Jedyne co trzeba było zrobić, to przejść dookoła kuchni nie dotykając ani razu podłogi.”* *Wszystkie cytaty w tłumaczeniu własnym z angielskiego. Wpis w ramach projektu Przygoda z Książką. Więcej wpisów o książkach znajdziesz klikając w baner.  To od czego zaczniesz? Daj znać w komentarzu. A może masz inne pomysły na zabawy inspirowane Pippi? Post Pippi Pończoszanka – 18 zabaw inspirowanych książką pojawił się poraz pierwszy w Nasze Kluski.